Biedny Sierakowski patrzy na RAF

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Co o rewolucji powiedziałby Lenin, a co Stalin? No, tego typu pytań dzisiejszy czerwony intelektualista sobie nie stawia. Dziś rewolucję rozpatruje się w kontekście myśli Zizka, Rorty’ego, Foucaulta, Lyotarda, Benjamina, Gramsciego itp., którzy wolą wracać raczej do ożywczych źródeł bijących wciąż z boskich oczu Marksa. No bo wiadomo, rewolucja trochę jednak za bardzo poszalała i natłukła tyle milionów ludzi, iż rewolucjoniści dostali nie tyle stalinowskiego „zawrotu głowy od sukcesów”, ale też zadyszki, a nawet dziwnego poczucia, że co za dużo to niezdrowo. Dzisiaj więc porządny intelektualista lewacki nie przyznaje się już do związków z ideą zbrojnego, bolszewickiego przewrotu, nie zna na pamięć historii WKP(b), a w swojej frazeologii nie używa już takich strasznych zwrotów jak „walka klasowa” czy „zwalczanie burżuazji”, choć idee jakiegoś rozprawienia się z wyzyskiem oraz burżuazyjnymi instytucjami (jak rodzina, Kościół itp.) oraz skonstruowania nowego, lepszego społeczeństwa pozostały te same.

Obecnie jednak przez czerwone salony przetacza się dyskusja dotycząca spuścizny porewolucyjnej, choć już analizuje się nie tyle to, co zdziałali bolszewicy i sowieciarze, a już najwyżej to, co zdziałali terroryści. No i taką subtelną refleksję nad Frakcją Czerwonej Armii (nie wiedzieć czemu ta nazwa nie pojawia się w całym tekście, ino, panie, z niemiecka lub w postaci akronimu), zdobywa się S. Sierakowski, przedstawiciel neoleninizmu, neomarksizmu i wielu innych ożywczych kulturowo nurtów, z jednego pnia – tj. zbożnej walki o sprawiedliwość społeczną - wyrastających. Dokonuje on drobiazgowej wiwisekcji FCA, przypominając nam, jak to byt kształtuje świadomość, czyli jak nieziemskie warunki zachodnioniemieckiego konsumeryzmu i społecznej apatii skłoniły bojowników o lepszy ład na świecie do aktów przemocy - aczkolwiek tak się jakoś składa, że nie tylko pomija on związki czerwonych terrorystów ze słynnym czerwonym terrorem, ale też, co sugerowałaby nawet sama nazwa, ze Związkiem Sowieckim i jego służbami specjalnymi, które, tak się dziwnie składa znowu, specjalizowały się nie tylko w zwalczaniu jakichkolwiek form oporu wobec komunizmu na samym obszarze bloku sowieckiego, ale i specjalizowały się w szkoleniu grup terrorystycznych, do poszerzania przestrzeni życiowej dla ożywczej leninowsko-stalinowskiej myśli poza granicami obozu.

Wydawałoby się, że takie rzeczy to już wiedzą średnio rozgarnięci licealiści, pod warunkiem oczywiście, że sięgają po jakieś inne lektury aniżeli to, co podsuwa sterowana od lat pop kultura, a co dopiero tacy myśliciele jak Sierakowski, jednakże przysłowie powiada, że najciemniej jest pod latarnią, tedy ja powiedziałbym – odwołując się do doświadczenia historycznego, że najciemniej jest pod czerwoną gwiazdą. Chodzi nie tylko o ciemnotę intelektualną, której świadectwa dają nam książki wielu teoretyków marksizmu-leninizmu, ale i ciemności wynikające z gospodarki planowych niedoborów (druga faza zasilania w późnym peerelu), mimo że obiecywano zniewolonym obywatelom, że oprócz czerwonego terroru (tj. „władzy rad”) zapewni im się przynajmniej elektryfikację. Warto przy tej okazji wspomnieć, że w Polsce, czyli tym wesołym baraku w koncłagrze, o wesołości w którym wciąż nas zapewniają weseli komuniści, którym po zwinięciu obozu zapewniono miękkie lądowanie, no więc w tymże baraku, to niektóre wsie zelektryfikowano dopiero w latach 70., taki rozpęd miała komunistyczna rewolucja. A i dziś, jakby poszperał na prowincji, gdzie UE nie dochodzi, to by pewnie znalazł domy unplugged, no ale mniejsza z tym, bo przecie wiemy, że w końcu światłość brukselska na największe zakamarki padnie i nic nie będzie zakryte przed okiem eurourzędnika. To wszystko jednak przed nami.

A co za nami? No właśnie rewolucja i działania FCA (czyli RAF-u). Sam tekst, jak wspomniałem pokazuje terrorystów w pewnym odizolowaniu od „dobrej nowiny”, jaką niósł Marks, Engels, Lenin, Stalin czy Trocki, a zarazem w uwikłaniu w, by tak rzec, sytuację krajową oraz, co oczywiste, międzynarodową (tj. rozprzestrzenianie się amerykańskiego imperializmu na przykładzie sytuacji w Wietnamie czy Kambodży). Ma się rozumieć, termin „imperializm amerykański” tu się nie pojawia, gdyż Sierakowski woli nie używać języka N. Chomsky’ego czołowego amerykańskiego antyimperialisty sprzeciwiającemu się imperializmowi amerykańskiemu w Ameryce, choć nieskorego do osiedlenia się, dajmy na to, na przedmieściach Moskwy czy choćby w Odessie, gdzie, prawda, niejeden ważny strzał padł, swego czasu i do pracy na którymś z wydziałów posowieckiej lingwistyki (a przecież to są takie wielkie tradycje) – ale wiemy, o co chodzi. Nam wiele tłumaczyć nie trzeba, bośmy nie takie rzeczy między wierszami, za komuny, czytali. I nam dwa razy nie trzeba powtarzać o imperializmie.

Ciekawa rzecz jest jednak inna. (Składnia miała być też inna w tym ostatnim zdaniu, ale tak chciałem nieco zamącić w umyśle czytelnika :)) Mianowicie Sierakowski dokonuje zabiegu przesunięcia znaczeniowego – co w klasycznym leninizmie (znakomicie sparafrazowanym przez G. Orwella w stylistyce newspeaku) jest stalym fragmentem gry – to znaczy chce nas oświecić w taki sposób, że pokazuje nam nowe oblicze komunistycznych terrorystów w Niemczech, tj. podobieństwo ich grupy do struktury faszystowskiej. No kto by pomyślał, że myśl takiego antykomunisty, jak G. Herling-Grudziński, który z uporem powtarzał, że komunizm i faszyzm to dwa totalitarne bliźniaki, za co zresztą wielu salonowców strasznie zgrzytało zębami, bo przecież komunistyczny drwal w lesie ludzkich istnień może trochę wiórów przy rąbaniu nazostawiał, ale przecież, jakie piękne miał ideały!, zostanie twórczo skonsumowana przez młody umysł z warszawskiego neomarksistowskiego salonu. Nie popadajmy jednak w przesadny entuzjazm, ponieważ, obawiam się, Sierakowski chce w ten sposób obciążyć zbrodniczymi działaniami faszyzm, nie zaś komunizm, a to już zabieg wyjątkowo nieelegancki. Jeśli bowiem mówimy o ludobójstwie, to jednak komunizm/bolszewizm ma tu o wiele więcej osiągnięć aniżeli ten drugi zbrodniczy ustrój, zresztą, co też warto przypomnieć, pierwsze obozy koncentracyjne to zbudowali bolszewicy, a nie narodowi socjaliści, no więc nie zrzucajmy z podium liderów, jeśli chodzi o statystyki ludobójstwa.

Na tym jednak nie koniec, niestety, ponieważ Sierakowski zastanawia się, czy terroryzmem nie były też działania zbrojne czy zawierające przemoc, a skierowane przeciwko komunizmowi. No jasne, że były. Zresztą, już za rewolucji bolszewickiej mówiono o „białym terrorze”. Później zaś zwalczano „element kontrrewolucyjny” oraz „wrogów ludu”, traktując wszelkie działania wymierzone w porządek ustanowiony przez sowieciarzy właśnie jako terrorystyczne. Nie trzeba chyba przypominać, co wyrabiano w więzieniach z ludźmi ze zbrojnego antysowieckiego podziemia w Polsce, jeśli nie udało się ich zabić w jakiejś NKWD-owskiej zasadzce. Tedy antykomunizm utożsamiano z terroryzmem i tępiono z bezwzględnością i okrucieństwem, do jakich tylko bolszewizmowi na razie się dojść udało (no ale historia się nie skończyła, jak wiemy), przy czym, czego Sierakowski nie dodaje, a powinien, owo utożsamienie było wyłącznie z załganej optyce komunistów. Sądziłem do niedawna, że polską walkę narodowowyzwoleńczą nikt z głową na karku z terroryzmem nie kojarzy, no ale odkąd ktoś z Ministerstwa Prawdy stwierdził, że żołnierze AK to byli terroryści, to nic nie powinno mnie już w debacie publicznej dziwić. Warto, nawiasem mówiąc, przypomnieć, że tak polskich żołnierzy podziemia traktowali także hitlerowcy, używając też określenia „bandyci”, które zrobiło potem furorę także w komunistycznej, ubeckiej frazelogii.

Od razu zresztą w tym kontekście unaocznia mi się scena z wajdowskiego „Popiołu i diamentu”, AK-owcy ostrzeliwują samochód z komunistami, ci – jak to zwykle w polskim filmie wojennym bywa (choć na pocieszenie warto dodać, że w sowieckim i rosyjskim też) – robią nieziemskie pląsy jak w tańcu św. Wita, no i padają, zaniedługo zaś okazuje się, jak wiemy, że to byli jacyś poczciwi robociarze z cementowni. W ten sposób nasz wspaniały reżyser z jeszcze wspanialszym pisarzem, który z najwspanialszym J. Bermanem całą rzecz skonstruowali, chcieli powiedzieć, że polskie podziemie działało jak terroryści, którzy nigdy nie liczą się z ofiarami cywilnymi, ba, wprost za swój cel obierają cywilów właśnie dlatego, że to sieje niesamowitą grozę wśród innych obywateli oraz wśród możnych tego świata. No i znowu, gdyby tak sięgnąć pamięcią wstecz, to największe zasługi w terroryzowaniu i eksterminacji ludności cywilnej miała przecież armia czerwona (nawet niemiecka armia, mimo że żołnierz ze swastyką starał się z wszelkich sił poszerzać Lebensraum i ścierać z powierzchni ziemi podludzi, nie może się równać). Tak, tylko że tego nie mówił nam ani Berman, ani Andrzejewski, ani Wajda do dziś tego nie powiedział, choć kręcąc „Katyń” miał znakomitą okazję, a tymczasem pokazał w filmie czerwonoarmistę jako kogoś, kto pomaga Polce, której mąż akurat w dole katyńskim wylądował. Nawet Bauman tego nie powiedział jeszcze, a mógłby.

Odbiegłem jednak nieco od tematu, ale też i Sierakowski jest w swoim artykule wybitnie dygresyjny, ponieważ niejako przy okazji, jak wspomniałem, dość wybiórczej wiwisekcji FCA, deliberuje, ot tak, cytując klasyka, czyli Rorty’ego w kwestii samego okrucieństwa:

„Jego zdaniem nie sposób, nie popadając w błędne koło, teoretycznie uzasadnić przekonania, że okrucieństwo jest rzeczą straszną. Nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie „Dlaczego nie być okrutnym?”. Zdaniem Rorty’ego istnieją tylko konkurencyjne opowieści. W tym opowieść o RAF i opowieść samego RAF.”

Opowieści, a może klechdy, gawędy, bajania. Różni je jedynie to, że niektóre z nich kończą się happy endem, a w niektórych ktoś musi w przyspieszonym tempie i w kawałkach przejść na tamten świat.

Jednak, żeby było śmieszniej, to na koniec, jak to zwykle we współczesnej myśli lewicowej bywa, dostaje się jakiemuś Kaczorowi i taki Lech K. okazuje się personą podejrzaną z punktu widzenia bezstronnych żiżkologów, ponieważ skasował sprawę braci Kowalczyków dotyczącą wysadzenia auli, gdzie się na początku lat 70. „funkcjonariusze” mieli zjechać. Po dziś dzień niejeden rozsądny człowiek żałuje, że to towarzystwo nie wyleciało wtedy w powietrze, gdyż trochę mniej „ludzi honoru” chodziłoby po polskiej ziemi, Pan Bóg jednak nie zawsze ma takie plany, jak my, tedy i nie zawsze dozwala, by zbrodniarzy osądzić w momencie, który z naszego punktu widzenia jest właściwy. Zatem kaczyści patronami terroryzmu? Tego jeszcze nie przerabialiśmy, ale przerobić możemy. Czemu nie? Do walki z terroryzmem można zaś zawsze zatrudnić specjalistów od zwalczania kontrrewolucji.

Nawiasem mówiąc, RAF wciąż żyje:
http://www.baader-meinhof.org.pl/historia-raf
http://www.baader-meinhof.org.pl/o-stronie
(co dowodzi, jak sprawne są nasze służby w zwalczaniu terroryzmu i komunizmu, zwłaszcza że część materiałów tam zamieszczonych pochodzi ze słynnej strony Lewica Bez Cenzury):

„ZBUDUJMY CZERWONĄ ARMIĘ

Towarzysze z "883"(1) - nie ma sensu wyjaśniać niewłaściwym ludziom tego, co jest właściwe.Robiliśmy to dostatecznie długo.Nie wyjasniajmy akcji uwolnienia Baadera(2) intelektualnym paplom,cykorom,mądralom wszystko wiedzącym lepiej, lecz tej części społeczeństwa,która jest potencjalnie rewolucyjna.To znaczy tym,którzy od razu potrafią zrozumieć ten czyn,bo sami są więźniami.Tym,którzy nie mogą traktować poważnie gadania "lewicy",bo pozostało bez następstw i działań.Tym,którzy mają dość!
Akcję uwolnienia Baadera wyjaśniajcie młodzieży w Markisches Viertel(3),dziewczynom w Eichenhofie(4),na Ollenhauerstrasse(5),w w Heiligensee(6), chłopakom w Jugendhofie(7),w ośrodku pomocy dla nieletnich,w Grunes Haus(8),w Kieferngrundzie(9).Wielodzietnym rodzinom,młodocianym robotnikom,praktykantom,uczniom starszych klas,rodzinom w dzielnicach przewidzianych do rewitalizacji,robotnicom z Siemensa i OEG-Telefunken,z SEL-a i Osramu,zamężnym robotnicom,które oprócz tego,że zajmują się domem i dziećmi,muszą jeszcze pracować na akord-cholera!”

http://www.rp.pl/artykul/61991,272864_Terror_w_Republice_Swiecidelek.html

Ocena wpisu: 
Brak głosów