Dom Elżbiety XXIII, XXIV, XXV i XXVI jako bonus. Teraz wyszłam już z zaległości.:D

Obrazek użytkownika Iwona Jarecka
Kultura

Część XXIII

Kiedy wrócili do sypiali Elżbiety, zegar w hollu bił drugą. Oboje nieśli ze sobą filiżanki z herbatą, rozmawiając o tym, czego jak na razie dowiedzieli się z pamiętnika. Wiedzieli jedno, że Zofii musiało coś się przytrafić ze strony tego Gerarda i byli ciekawi, co tak strasznego, że ona z naiwnego dziewczęcia stała się wyrzutkiem własnej społeczności i Kościoła.

Piotr wziął w rękę pamiętnik i zaczął:

“Termin ślubu zbliżał się nieubłaganie, kilkakrotnie przychodził do nas ksiądz dobrodziej, wypytując się o mojego narzeczonego. Chyba i on się martwił, bo znał mnie od czasu chrztu świętego, a ów Mioducki był dla niego znakiem zapytania.

Próbował przez kurię się czegoś o tych Mioduckich dowiedzieć, ale…nikt o nich nic nie wiedział oprócz tego, że są katolikami osiadłymi na stale we Francji.
To też nam zakomunikował, a mnie wziął na stronę i zapytał, czy mam wolną wolę za tego Mioduckiego iść.

Księdzu powiedziałam jak na spowiedzi, że moja wola jest związana z wolą ojca i z jego życiem. Przedstawiłam mu też moją i ojca sytuację i to, że mój narzeczony oświadczając się o mnie, przedstawił ojcu pewne warunki. Ksiądz jakby jeszcze bardziej się tym zmartwił, potem długo rozmawiał z ojcem sama na sam w bibliotece, gdy wyszedł, ojciec podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i ciężko westchnął.

Potem coraz częściej widziałam ojca w takim melancholijnym nastroju, starzał się jakby w oczach, a skora na twarzy przybierała popielatej barwy.

Tydzień przed ślubem zdążył się dziwny wypadek. Spacerowałam w ogrodzie, gdy nagle do nóg spadł mi zakrwawiony gołąb, zlękłam się, ale pochyliłam się nad nim by sprawdzić czy żyje, gdy do ogrodu wpadł kocur i jednym zwinnym ruchem urwał gołąbkowi głowę. Wszyscy z kuchni tę scenę widzieli, bo okno kuchenne na ogród wychodzi i kucharka Józia mnie ostrzegła, że to zły znak i bym uważała. Mówiła też, że ten gołąb to ja, a kocur mój narzeczony. Trochę mnie tym przeraziła, ale pomyślałam, że to gusła i przesądy…ech naiwność moja.

Wreszcie nadszedł dzień ślubu, z samego rana hałas w domu był ogromny, a ja, by trochę przed tym wszystkim odpocząć uciekłam na strych. Lubiłam to miejsce zakazane, choć ojciec zawsze się na mnie gniewał, gdy mnie tam znajdowali, bo czasem zdążało się, że i tam usnęłam.

Siedziałam więc na tym strychu, wyglądając przez okno i ciesząc się, bo gości zjeżdżało coraz więcej, tylko niepokoił mnie fakt, że jeszcze nie ma mojego narzeczonego.

W końcu i mnie zaczęto szukać i nawoływać, bo czas był, bym do gości wyszła. Ociągałam się, wciąż na drogę spoglądając, czy pan Miodunki nie jedzie. Wreszcie dojrzałam paradne powozy na końcu drogi, było ich aż trzy, więc sam nie jechał. Myślałam, że przywiózł rodzinę, ale okazało się, że to byli tylko jego przyjaciele.

Zbiegłam szybko ze schodów, chcąc mojego przyszłego męża i kompanię jego przywitać i tu zdążył się następny pech, czy omen, bom sukienkę o wystający gwoźdź zahaczyła i cały rąbek wyrwałam.

Pobiegłam więc szybko do swojego pokoiku, wołając na służącą która mi miała w tym dniu usługiwać, by szybko do mnie przyszła. Dziewczyna nie była zbyt bystra, ze wsi wzięto kilka młodych dziewczyn tego dnia do pomocy, a ta była najmniej gramotna, więc ją mi do pomocy dali, by niczego nie sknociła, bo przecież tylko miała mi pomóc się ubrać i włosy w koronę zapleść. Z szyciem też miała kłopoty, więc jej tą igłę z nicią wyrwałam i sama sobie tą suknię naprawiłam.
Dziewczyna tylko biadoliła, że to nieszczęście, jak przed ślubem coś się rozedrze i że nie dobrze to wróży mojemu pożyciu małżeńskiemu. Odfuknęłam na nią, by lepiej się moimi włosami zajęła i przestała po próżnicy ozorem mleć.”

- Szkoda, że nie pisze nazwisk, było by ciekawiej – przerwał nagle Piotr – a swoją drogą, cóż to za słowo „gramotna”.

- Wiesz, mnie pewnie by te nazwiska nic nie mówiły, a podejrzewam, że dla Zofii, nie miało znaczenia, ja się ta niegramotna dziewczyna nazywa. I fakt, dziwne to słowo. A wiesz, mnie jedno w tym pamiętniku dziwi, że niektóre chwile życia opisuję z taką precyzją, a przecież, pisze post factum.

- Najwyraźniej, pewne sceny z życia, no choćby ślub, był wydarzeniem, który głęboko wrył się w jej świadomość, jak i te dziwne zdarzenia przed. Ale czytać dalej? Czy na dziś zakończymy? – Zapytał Piotr, kończąc swoją już zimną herbatę. – Zwłaszcza, że zbliżamy się do scen intymnych, w końcu za chwilę będzie jej noc poślubna i…

- Myślisz, że opisze swoje pierwsze…hm hmm, no rozumiesz. – Uśmiechnęła się Ela.

- Tak, tak sadzę i…że to nie był jej najszczęśliwszy moment – Piotr bardzo poważnie wymówił te słowa i po chwili dodał – wiedz, że może za chwilę wstąpimy w jakąś najciemniejszą czeluść tamtego zapomnianego świata jej życia i nie wiem, czy teraz powinniśmy się w to wgłębiać. Gdzieś podświadomie to czuję, że będzie tam coś…

- Jeśli tak – przerwała mu Ela – to nie ma co zwlekać, może powinniśmy jak najszybciej tego się dowiedzieć. Łatwiej bronić się przed tym co się widzi, lub wie, prawda? A ona…no wiem, że tu wciąż jest, może czeka na to, byśmy rozwikłali ten kłębek.

- Albo otworzyli „Puszkę Pandory”, bo i tak się może zdarzyć. Może w tym co tu zawarte włożyła jakąś moc. Wiem, to głupie, ale z jednej strony mi jej żal ogromnie, a z drugiej…nic właściwie jej nie tłumaczy, no może tylko miłość do ojca, że nie chciała by stracił ten dom. Ale ja postąpiła z moim przodkiem?

XXIV

Elżbieta spojrzała na Piotra, w jej oczach coś się czaiło, pokręciła głową, chcąc jakby zanegować ostatnie jego ostatnie słowa.

- To nie tak przecież – zaoponowała – była bardzo młoda, lęk przed katastrofą finansową ją przeraził, a Ksawery, no cóż zamiast ją w jakiś sposób pocieszyć, zwyczajnie uniósł się ambicją i jeszcze ją uraził. I nie sądzę, by to była puszka Pandory, raczej jeżeli już mamy nazywać to mitologicznie jakaś nić Ariadny. – Ton głosu Elżbiety stał się ostry, a nawet władczy.

- Może – powiedział ostrożnie, przyglądając się Eli – to co, czytamy dalej, czy odkładamy?

- Czytamy – policzki Elżbiety lekko się zaróżowiły, jakby się nagle zawstydziła. – i wybacz mój ton, nie chciałam, by to zabrzmiało jak rozkaz.

- Nie szkodzi, widzę, że nas oboje ten pamiętnik poruszył. – Powiedział i zaczął:

“Bardzo się bałam spotkania z Mioduckim, więc gdy już dziewczyna uczesała mnie, włożyła wianek, a i wyrwany rąbek sukienki zamaskowałam, musiałam wyjść, bo i godzina piąta, czyli czas ślubu zbliżył się nieubłaganie.
Weszłam do saloniku, wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę, na chwilę zacisnęła powieki i pomodliłam się w duchu, by było już po wszystkim, gdy usłyszałam koło siebie głos Mioduckiego, który po francusku przedstawiał mnie swojej kompanii.

Dygnęłam, lekko przerażona i odpowiedziałam jak umiałam najlepiej po francusku, że czuję się zaszczycona tak zacnym towarzystwem.
Ojciec nas pobłogosławił i ucałował moją głowę.

Potem wszystko potoczyło się tak szybko, ślub, moja przysięga i to, że wciąż drżałam. Gerard patrzył na mnie, ale w jego oczach nie widziałam nic, poza znudzeniem, a nawet pogardą, co wcale nie wprawiało mnie w lepszy nastrój.

Od momentu ślubu, Gerard mnie nie odstępował i jego kompania tak samo, dowiedziałam się też, że kazał spakować moje kufry i że jutro po południu mamy już wyjeżdżać do Francji.
Tłumaczył to tym, że niestety interesy go wzywają, a ja jako jego żona muszę mu towarzyszyć. Zapytałam, czy poinformował o tym mojego ojca, a on, że oczywiście, bo jeszcze z Paryża słał listy do niego i że ojciec wie o tym od dawna. Byłam zła na ojca, ze mi tego nie powiedział, a w mojej głupocie nawet się cieszyłam na ten wielki świat.

Gerard nie odwiedził mnie tej nocy, fakt, dopiero położyłam się nad ranem, by trochę odpocząć przed podróżą, która mnie czekała. Nie mogłam jednak zasnąć, bałam się tego, że on może wkroczyć do mojej sypialni i wyegzekwować prawo do mojej niewinności. Wiedziałam, że to nieuchronne i chyba wtedy chciałam mieć to za sobą. No cóż, pewnie miał w tym swój plan, by mnie nie spłoszyć, za nim nie stanę się jego zakładniczką.”

- O rany, to zabrzmiało groźnie – przerwał czytanie Piotr.

- Tak. Może teraz ja będę czytała?

- Chcesz?

- Tak, a właściwie powinnam, czuję, że chcę się tego, co tam teraz jest napisane, dowiedzieć się wprost od Zofii.

- OK.! – Piotr oddał pamiętnik Elżbiecie.

Tak, zakładniczką, to chyba najdelikatniejsze określenie.

“Kiedy dotarliśmy do Paryża, zobaczyłam wielki paradny dom, przy nim nasz( ten dom)wydawał się wiejską chałupą. Wszystko wydawało mi się wspaniałe, nawet Gerard wydawał mi się milszym, niż przedtem. Popisywał się przed mną swoją pozycją i bogactwem.

Poza tym, wciąż byłam jego żoną tylko liturgicznie, bo przez ten cały czas się do mnie nie zbliżył. Wtedy w swojej naiwności myślałam, że i jego tak samo jak i mnie ta sprawa przeraża i krępuje, no cóż, byłam tylko naiwną wiejską dziewczyną.”

- Ale stopniuje napięcie – jęknął Piotr .

Elżbieta kiwnęła potakująco głową.

“Gdy wszystko mi pokazał, kiedy poczułam się jako tako pewniej, nagle wszystko się zmieniło. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że zostałam przez niego kupiona, jako niewolnica, że tyle wydał na mnie pieniędzy iż mógłby kupić wszystkie prostytutki Paryża.

Jak mogła się poczuć dziewczyna taka jak ja?

Po tych słowach zdarł ze mnie suknie i gdy próbowałam się bronić, uderzył mnie tak mocno, że straciłam przytomność. Gdy się ocknęła, leżałam na łóżku, przywiązana za nogi i ręce.

On siedział obok, czekając aż się zbudzę. Powiedział, ze jeżeli będę krnąbrna, wciąż będę zasługiwała na bicie i pokazał mi bat jak na konia.

Potem tym batem rozsunął mi nogi…uśmiechając się przy tym. Jak ja go wtedy znienawidziłam! Potem wszedł we mnie bez czułości i wstępów sprawiając mi ból. Gdy skończył wyszedł, zostawiając mnie przerażoną i związaną.

Było mi zimno, bolało mnie, czułam jak coś lepkiego cieknie mi po nogach. Zaczęłam płakać, ale starałam się robić to cicho, by on już nie wrócił. Ale wrócił, po jakiś trzech, może czterech godzinach, byłam zmarznięta i półprzytomna ze strachu. Zapytał, czy będę teraz grzeczną. Kiwnęłam głową na tak.
Cóż mogłam innego uczynić? Myślałam, że jak będę posłuszną, będzie lepiej i tu się też myliłam. On lubił się nade mną znęcać, jakby to go popdniecało. Im bardziej ja byłam przerażoną, tym on bardziej zadowolony.
Pomyślałam, by uciec, wyjechać, znów być pod opieką ojca, ale tu napotkałam barierę, sama nie posiadałam żadnych pieniędzy. A by dostać się znów do domu, potrzebowałam ich dość dużo.

Napisałam do ojca, opisując mu wszystko, napisałam żeby mnie ratował, bo mój mąż to potwór. Niestety, pokojówka zaniosła list mojemu mężowi. Wszedł do mojego pokoju, bez słowa rzucił mój list na stolik. Pchnął twarzą na łóżko, aż zabrakło mi na moment powietrza, przywiązał ręce do łóżka i zarzucił suknie do góry i zdarł bieliznę. Potem bił, a robił to tak, by mnie bardzo bolało, a żeby nie przeciąć skóry. Gdy mdlałam z bólu, odczekiwał chwilę, bym była przytomna. Kiedy skończył bić, wszedł we mnie od tyłu… drąc mi suknię na piersiach. “

- Boże – jęknęła Ela

XXV

- To jakiś ohydny sadysta – Piotr był tak samo przerażony jak Elżbieta. – Przecież to było jeszcze dziecko, ona miała niespełna szesnaście lat.

- Zwróć uwagę, że dopiero pokazał swoje prawdzie oblicze, gdy była zupełnie pod jego władzą. Ciekawam, czy jego ci przyjaciele, to też takie bestie.

- A, z tymi co przyjechał na własny ślub?

- Tak. Wiesz, nadal nie rozumiem, co się stało, że ona tu….że to ją ekskomunikowali.

- Sądzę, że to nie koniec, że w jej psychice coś się załamało, cholera wiesz, jak takie coś może zniszczyć młody umysł. Ona nawet pewnie nie zdawała sobie sprawy, że może być inaczej.

- Zobacz – Ela zmieniła temat – robi się jasno. Siedzieliśmy całą noc.

Rzeczywiście za oknem budził się dzień. Ptaki wesoło zaczęły świergotać w gałęziach. Czyste niebo i słońce. Tamta rzeczywistość pamiętnikowa nagle straciła na barwie. Jakby się zbudzili po nocnym koszmarze.

- Tak, chyba czas, byśmy dali sobie trochę czasu, po tym, cośmy się dowiedzieli? – Piotr spojrzał na Elżbietę.

- Masz rację. Mam szaloną ochotę na mocną kawę, a ty?

- Czytasz w moich myślach? – Piotr uśmiechnął się ujmująco.

W kuchni zaparzyli kawę, Ela chcą być dobrą gospodynią, gdy Piotr poszedł do łazienki szybko zarobiła ciasto na naleśniki. Gdy Piotr wrócił, już pierwsze, gorące stały na stole.

- Chyba się z tobą ożenię – niby żartem powiedział Piotr, przyglądając jak na to zareagowała Ela.

- Nie chwal, zanim nie spróbujesz – w tym samym tonie powiedziała Elżbieta. – A skąd wiesz, czy bym cię chciała?

Oboje się roześmiali, co było im potrzebne po tej ciężkiej nocy.

- Łap naleśniki, póki gorące, ja zaraz skończę smażyć – Powiedziała Ela z zarumienioną twarzą.

Piotr zastanawiał się, czy to z powodu gorąca bijącego od patelni, czy raczej z powodu ich żartów.

Wkrótce potem, gdy kończyli jeść, dopijając resztki kawy Piotr zapytał:

- To co, dziś w nocy też będziemy czytali?

- A masz czas?

- Mam zaległy urlop, czas go wykorzystać. Co prawda miałem go przeznaczyć na malowanie mojego apartamentu, ale…wiesz, nie palę się do tego. – Tu znów uśmiechnął się uroczo, aż Elżbiecie serce podskoczyło w piersi.

- Słuchaj – powiedziała lekko drżącym głosem – jeżeli tak, to może zostań – tu spojrzała badawczo jak na to zareagował. Gdy stwierdziła, że raczej po jej słowach odczuł ulgę, kontynuowała – zrobię obiad, a ty w tym czasie będziesz czytał?

- Świetny pomysł! Tylko wiesz, tu jest wieś, tu wszyscy zauważą, że poszedłem do ciebie wczoraj, a i dziś jestem tu nadal.

- I co z tego?

- Niby nic, ale wiesz ludzie tworzą własne scenariusze. Zwłaszcza, że mój samochód wciąż stoi przed twoim domem.

- Acha, zrozumiałam. Znaczy, że jesteś tu bo…no, że spędziłeś ze mną noc, tak?

- No, dokładnie. Teraz żałuję, że nie zostawiłem samochodu koło własnego mieszkania, ale po tym co usłyszałem od ciebie przez telefon…a, wiesz, że przez moment miałem wrażenie, że ty, to nie ty, wczoraj?

- Wiesz, podejrzewam, że ona chciała mnie wczoraj po prostu zmusić do przeczytania pamiętnika. Wiem, teraz, że to rodzaj spowiedzi, ty też. Więc chodziło jej o to właśnie, może dlatego próbowała wszystkich sposobów? Sama przez moment czułam się bardzo dziwnie, rozumiem o czym mówisz.

- A ten zapach? Cholera, ja go dokładnie pamiętam, wtedy w lesie, był najpierw on, potem zimno, ale takie, że czułem jak mi krew zamarza, wiesz?

- Wczoraj na szybę też zaczął wchodzić mróz, na moment. Tyle, że ja potem poczułam ulgę, i tylko wiedziałam, że muszę przeczytać zapiski Zofii. Wiesz, może jej chodziło, byśmy to razem czytali?

- Może – Piotr na chwilę się zamyślił, jakby coś sobie przypominał. – Wiesz, wtedy w tym lesie, też miałem wrażenie ulgi, mimo tego zimna. To dziwne, dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Wiesz – zmienił temat – muszę wykonać kilka telefonów, wrócić choćby na chwilę do domu, przebrać się, trochę umyć, ogolić. Nie masz nic przeciwko temu?

- Jasne, wiesz, przepraszam, że nie pomyślałam o tym. Sama też powinna wziąć prysznic.

Piotr wyszedł, a Elżbieta poszła do łazienki.

XXVI

Kiedy brała prysznic, zadzwonił telefon. Owinęła się szybko w ręcznik i pobiegła odebrać, myśląc, że to Piotr, bo dzwonił telefon stacjonarny.
Po drugiej stronie jednak odezwała się Kanusia.

- Elżbietko, nie gniewaj się, że ci zawracam głowę, ale powiedziałam wczoraj Piotrkowi o wszystkim. Leżę w tym szpitalu i się cały czas o ciebie niepokoję. Piotruś wczoraj nagle zniknął ze szpitala, a ja nic nie wiem.

- Niech się pani nie martwi, wszystko jest w porządku. Piotr wczoraj do mnie przyjechał i…wie pani ja mam pamiętnik Mioduckiej i wraz z Piotrem go czytamy.

- Dziecko! – Głos Kanusi stał się teraz jeszcze bardziej zaniepokojony. – Nie rozgrzebuj tego, wyrzuć! Spał! Zniszcz! Mówiłam ci przecież, ona chce tobą manipulować, twoją babcię też nękała.

- Kochana Kanusiu – głos Eli nabrał miękkości – wie pani jak ta Zofia została skrzywdzona?

- Nie chcę wiedzieć i tobie też radzę tego nie czytać.

- Nie ma pani racji, nawet zwyrodnialcowi należy się spowiedź, prawda? Dlaczego pani się jej tak boi?

- Nie, nie boję – powiedziała zdenerwowana Kanusia – to nie tak. Przyjedziesz dziś tu do mnie?

- Jasne, poproszę Piotra, żeby mnie do pani podwiózł, ale niech się pani nie denerwuje, bo znów się coś pani stanie. – Głos Eli był zatroskany.

- Nic mi nie będzie. Przyjedź, to coś ci opowiem. Może to zmieni twoją decyzję.

- OK.! Przyjadę i chętnie wysłucham tego co pani wie, może przestanę kroczyć po omacku.

- No, to nie będę przedłużać. Do widzenia i przyjedź.

- Do zobaczenia. – Ela odłożyła słuchawkę.

Bardzo zaintrygował ją ton głosu Kanusi. Było w niej tyle zdecydowania i uporu. Co chce jej opowiedzieć?

Całkiem zapomniała, że stoi na środku pokoju w samym ręczniku i tak zastał ją Piotr.

- O wybacz !– Omiótł ją spojrzeniem – przepraszam, że włażę jak do siebie – zaczął się wycofywać z biblioteki.

- Przestań, ja już zmykam się ubrać.- Lekko się zarumieniła – Kanusia dzwoniła – zakomunikowała, jakby to właśnie ją tłumaczyło, że jest wciąż w ręczniku.

Zniknęła w sypialni, a Piotr stał chwilę oniemiały, gdy usłyszał głos Eli zza drzwi, że Kanusia ją prosiła, by przyjechać, bo chce jej coś opowiedzieć o Mioduckiej. I czy nie mógłby jej tam podrzucić.

- Oczywiście! –Odkrzyknął – to nici z naszego czytania na razie?

- Wiesz, jestem ciekawa, co ma do powiedzenia Kanusia – Ela stanęła w drzwiach w czerwonej bluzeczce i czarnej spódniczce. – A przecież czytać możemy potem, prawda?

- O kurcze! – Zawołał Piotr, gdy zobaczył Elżbietę – ale ślicznie wyglądasz. A jasne, sam jestem ciekaw, co chce ci powiedzieć Knusia. Wiesz, ojciec był mało rozmowny, dziadek też, nigdy nie opowiadali o tym…no wiesz.

- A twój ojciec, właśnie, czy on by nam nie mógł czegoś opowiedzieć?

- Nie sądzę, nie żyje od dwóch lat. Dziadek zresztą też. Ja sam jak palec – zrobił minę zagubionego szczeniaka.

- Przepraszam, nie wiedziałam – Ela nie przejęła lekko żartobliwego tonu Piotra.

- Słuchaj, tak bywa. Ty też nikogo nie masz.

Ela uśmiechnęła się słabo.

- No to co, jedziemy do Kanusi?

- Jasne, jestem gotowa.

- Tylko musimy zrobić spacer do samochodu, bo zaparkowałem koło siebie.

- O, spacer przed oknami? – Uśmiechnęła się Ela szeroko.

- Słuchaj i tak już zapewne wszyscy wiedzą, że spędziłem noc u ciebie. To moja wina, ale się stało.

- Przecież ci mówiłam, że nie ważne. To co idziemy?

- Jasne.

Wyszli, widzieli po drodze, ja lekko drgają firanki w oknach, byli pewni, że za nimi śledzą ich ciekawskie oczy.

- Daj mi rękę – uśmiechnęła się Elżbieta – niech mają choć na co patrzeć.

Roześmiali się oboje i Ela wsunęła dłoń w jego rękę. Poczuła ja napływa na nią fala podniecenia, było jej tak dobrze, jakby była z nim od zawsze. Spojrzała na jego twarz i aż się zaczerwieniła, bo on wpatrywał się w nią z takim samym rosnącym podnieceniem.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

do jutra 10 oczywiście.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Marika

#48945

ale taki wypas, czyli tyle tekstów na raz się już nie zdarzy.

Na TXT, czekali cierpliwie za następną częścią od 17 lutego.

Pozdro.;p

" Upupa Epops ".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

" Upupa Epops ".

#48946

a i tak będę czekać. pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Marika

#48951

naprawdę, bardzo.

Pozdro.:D
" Upupa Epops ".

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

" Upupa Epops ".

#48954