Deja vu? Czyli o greckiej tragikomedii...

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Gospodarka

A o to, co lata temu napisałem o Euro...

Co się zaś tyczy samego euro, to jako twór syntetyczny (bo też i oparty na samym sztucznym fundamencie koncepcyjnym), nie odzwierciedlający w jakimkolwiek stopniu gospodarki narodowej, równie szybko może zniknąć jak się pojawił, zaś poszczególne państwa mogą równie szybko wrócić do walut narodowych. Ma się rozumieć, że po takim „eksperymencie” nie będą to już te same waluty co wcześniej mimo, że ich nazwy mogą być przywrócone. Jak na razie, euro jest narzędziem, za pomocą którego posiada się kontrolę i włądzę nad toczącym się procesem integracji politycznej.

Nie macie Państwo pewnego deja vu? No, bo jak nie to przypomnę cały tekst.

Kolega Jaku w swoim wpisie poprosił kol. haka, by ten rozwinął swoją myśl, zawartą w komentarzu, cytuję: Ja się obawiam, że widzimy problem nie takim jaki on jest. Euro jest narzędziem władzy, nie sposobem na polepszenie gospodarki. Powiem zatem jak ja to widzę, zgadzając się z tezą kol. haka. Rozwinę za niego. Otóż, by to zrozumieć, to należy przypomnieć sobie znaczenie zasad ekonomicznych oraz samą historię powstawania euro. W pierwszej kwestii trzeba dostrzec, że centralnym elementem dla każdej (a więc również i dla europejskiej) formacji ustrojowo-politycznej (monarchia, demokracja, kolonia, lenno etc.) - stanowiącym dla niej status quo - jest pieniądz, a właściwie jego historia. Bez zrozumienia historii pieniądza nie jest możliwe zrozumienie historii gospodarczej jako takiej, zaś bez tego historii bytów polityczno-ustrojowych, społeczeństw, kultur etc. etc. Pieniądz bowiem jest w wymiarze pozametafizycznym tym, co tu i teraz, realnie, na Ziemi łączy czasoprzestrzennie społeczeństwa, kultury, narody, gospodarki itp. I robi to silniej niż jakikolwiek innych mechanizm/instrument. Pieniądz jako taki jest najsilniejszym (silniejszym niż dyplomacja, siły zbrojne, propaganda itp.) środkiem rażenia, który umiejętnie wykorzystany może stanowić najskuteczniejszą broń przeciwko komukolwiek. Zawsze w historii pieniądza było tak, że najskuteczniej uwalniał on wszelakiego typu siły sprawcze tam, gdzie pozostałe instrumenty zawodziły. Więcej, silniejszym pieniądzem (walutą) jednego kraju można było wykończyć gospodarkę kraju np. sąsiedniego, a zatem jego podstawy egzystencji, bez konieczności uciekania się do użycia siły militarnej. Historia pieniądza dostarcza całą masę takiego typu przykładów. I tak, powiedzmy, że każdy kto swoją suwerenność chciał oprzeć na autarkii, pierwsze co robił, to zamykał wszelakiego typu oficjalne kanały przepływów pieniądza, zaś w dalszej kolejności pozostałe mechanizmy funkcjonalne (takie np. jak ruch ludności, wymianę towarową, informacji itp.). Z drugiej strony, każdy kto chciał innego coraz silniej od siebie uzależnić, to na tego drugiego otwierał się jeszcze bardziej, a szczególnie jego pieniądz coraz silniej wiązał ze swoim. Dzięki temu mógł poprzez operowanie własnym systemem monetarnym i skarbowym (tzn. tezauryzacją swojej waluty, jej wartościowaniem, czystością wagową, stopą procentową, tworzeniem rezerw, stopą inflacji, stopą podatkową, cłami, innowacjami finansowymi itp.) mieć realny wpływ na to, co następowało u tamtego. I to niezależnie od tego, jak tamten starał się być ustrojowo-politycznie, społecznie, narodowo, kulturowo niezależny od tego, który na niego wpływał i oddziaływał. Dlaczego tak się działo? Myślę, że dlatego, iż sam pieniądz jak i system monetarno-skarbowy - którego jest centralnym punktem - są instrumentami pewnego typu zarządzania informacją nadającą znaczenie i wykładnię każdej działalności ludzkiej i również składającej się na to, co zwykle nazywa się dziedzictwem historycznym, pamięcią historyczną. Kto w tym się lepiej porusza ten posiada większą siłę oddziaływania. A to z kolei składa się na to, co ogólnie nazywa się metapolityką. Doskonale zaś ją rozumiejącą są najstarsze narody europejskie (Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Holendrzy, Hiszpanie), które wskutek 1,5.tysiąc letniej tradycji potrafiły „przećwiczyć” to w praktyce. Wraz z krwawym wyrąbywaniem się ich narodowej substancji szło również tworzenie się ich systemów monetarno-skarbowych i były to procesy ze sobą wzajemnie sprzężone. Stąd m.in. nie dziwi, że udział ich walut we wspólnym koszyku ECU (na fundamencie którego sformowane zostało euro) był największy. Wyjątkami tutaj były lir włoski i peseta hiszpańska. Dlaczego te dwa wyjątki? Dlatego, że zarówno Włosi jak i Hiszpanie stosunkowo późno zakończyli proces formowania swoich narodów, gospodarek, systemów finansowo-skarbowych… mimo, że (jak na ironię) to z ich tradycji antycznej najpełniej i najobficiej sięgały wcześniejsze najszybciej krystalizujące się państwowe formy narodowe. Po rozpadzie Rzymu najszybciej ten proces zapoczątkował się w Bretanii, następnie we Frankonii, dalej w Germanii, następnie we Flamandii, zaś Hiszpania i Italia dołączyły do niego na samym końcu. Skutkiem tego cały proces kształtowania się kluczowych europejskich walut narodowych był rozciągnięty w czasie obejmującym tysiąclecie formowania się nowoczesnej Europy. (Dzisiaj jest ona post-nowoczesna, tj. taka, która utraciła swoje naturalne rezerwy i zdolności rozwojowe.) Mimo to, na kontynencie europejskim wykształcił się w miarę unitarny system finansowy, zwany systemem nadreńskim, w którym de facto dwa (góra cztery) państwa mają w nim fundamentalne znaczenie – szczególnie polityczne. Są to Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Cała reszta (za wyjątkiem Wlk. Brytanii należącej do innej „kultury” systemowej, tj. do systemu anglosaskiego, anglo-amerykańskiego) wokoło nich orbituje. I tutaj dochodzimy do drugiej kwestii, tj. do powstania euro.

Euro jest narzędziem stabilizacji - przede wszystkim politycznej w obrębie Europy (szczególnie jej części kontynentalnej) - oraz równoważenia wpływów pomiędzy Niemcami, Francją, Włochami i Hiszpanią. Twórcy Wspólnot (EWWiS, EWG i Euratomu) wyciągnęli wnioski z Historii i skonstatowali, że czas wojen w Europie się skończył wraz z powstaniem unitarnej formy funkcjonalnej, opartej na wspólnym (przez wszystkich zrozumiałych) modelu systemu finansowego. Zresztą wiedzieli oni także, że preludium do każdej krwawej, militarnej jatki stanowią różnorakiego typu wojny handlowe, monetarno-skarbowe oraz ekonomiczne. Stąd by im zapobiec sformowali wizję Europy zjednoczonej wokół zarządzania europejskimi procesami gospodarczymi, jednak przeniesionymi na poziom ponadnarodowy, bez unieważniania samej istoty państw narodowych. „Odkurzyli” więc niejako to, co kiedyś w historii europejskiej się sprawdziło, to jest sięgnęli do lamusa po pewien „archetyp” integracji gospodarczej w postaci Ligi Hanzeatyckiej. Uwspółcześniając ten koncept do rzeczywistości XX. wiecznej uznali, że skoro w obrębie głównych europejskich państw narodowych funkcjonują wzajemnie rozpoznawalne systemy monetarno-skarbowe, gospodarcze i polityczne, to dla stabilizacji europejskiej konieczne jest powołanie takich mechanizmów instytucjonalnych, które ponadnarodowo neutralizowałyby wpływy jednych państw wobec innych, z zachowaniem ich odrębności. Temu pomysłowi przyklasnęły różne europejskie siły konserwatywne i prawicowe, które widziały w nim sposób na po pierwsze, trwały europejski pokój, po drugie, na zrównoważony rozwój, po trzecie, na zachowanie dotychczasowego zróżnicowania, po czwarte, na synergię różnych wzajemnie powiązanych ze sobą układów gospodarczych, finansowo-skarbowych oraz politycznych. Jednym z mechanizmów instytucjonalnych miało być to, o czym już wspomniałem, tzn. ECU – innymi słowy, Europejska Jednostka Rozliczeniowa. ECU zastąpiła wcześniej używaną EUA – Europejską Jednostkę Rozrachunkową, zaś ani ta ani jej następczyni nie były sensu stricte jednostkami monetarnymi. Inną podobnego typu jednostką rozrachunkową, mającą większe, globalne, znaczenie są, tzw. Specjalne Prawa Ciągnienia (SDRy – Special Drawing Rights) Banku Światowego.

O co chodziło w przypadku EUA oraz ECU? W gruncie rzeczy o to, że po to, by móc sprawnie zarządzać europejskimi procesami gospodarczymi na poziomie ponadnarodowym trzeba było mieć pewien syntetyczny miernik zjawisk gospodarczych oraz monetarno-dewizowych, który odwoływałby się do finansowo-ekonomicznego potencjału poszczególnych walut narodowych państw tworzących ponadnarodowe struktury instytucjonalne. W gruncie rzeczy zasada nie była aż tak wcale skomplikowana, na jaką wygląda. Mianowicie, na poziomie tak złożonych struktur ponadnarodowych jakimi były Wspólnoty (tj. EWWiS, EWG i Euratom) a także pozostałe struktury instytucjonalne wokół nich powstające, należało dać zatrudnionym tam biurokratom pewien normatywny instrument, dzięki któremu możliwe było konstruowanie wspólnych budżetów, planowanie gospodarcze, formowanie polityk gospodarczych itp. itd. Z racji tego, że w każdym takim przypadku niemożliwe, z praktycznego punktu widzenia, stało się operowanie na indywidualnych jednostkach monetarnych (marka niemiecka, frank francuski, funt brytyjski etc. etc.) obejmujących różnorakiego typu agregaty finansowo-ekonomiczne, trzeba było niejako „sprowadzić je do wspólnego mianownika”, a zatem zastosować wobec nich pewnego typu „indeksację” zapewniającą wzajemną czytelność pomiędzy państwami budującymi takowe struktury instytucjonalne. Na poziomie wpływów politycznych miały one zapewnione parytety głosów, zaś na poziomie finansowo-ekonomicznym stosowne „wagi” w tak „zindeksowanym” normatywnym i syntetycznym instrumencie monetarno-dewizowym. Oszacowany został ich potencjał finansowo-ekonomiczny, wzmocniony wskutek negocjacji politycznych, w efekcie czego w taki a nie innych sposób uzyskano poszczególne „wagi” walut narodowych. Trzeba powiedzieć, że dla, tzw. zwykłego obywatela, EUA jak też i ECU miały (bądź nie miały go wcale) niewielkie znaczenie, gdyż z jego macierzystą gospodarką wiązał go nadal jego pieniądz narodowy, z kolei z pozostałymi, zwykłe kursy walutowe. W podobnym stopniu dotyczyło to również rodzimych przedsiębiorstw, aczkolwiek one z tych „zindeksowanych” normatywnych i syntetycznych instrumentów monetarno-dewizowych również korzystały, np. w rozliczeniach z bankami i kontrahentami zagranicznymi. Mimo to w całości obrotów finansowych w europejskim systemie finansowym udział transakcji denominowanych w ECU, aczkolwiek stale rosnący, były przez długi czas względnie niewielki. W dalszym bowiem ciągu ECU był instrumentem oddziaływania finansowo-ekonomicznego stosowanym na poziomie ponadnarodowych struktur Wspólnotowych. Był on wykorzystywany do „komunikowania się” pomiędzy strukturami instytucjonalnymi banków centralnych i rządów państw tworzących Wspólnoty i ich coraz bardziej biurokratyzującymi się formami organizacyjnymi. Koniecznie jednak trzeba podkreślić, że jakkolwiek na wykształcenie się samej formuły ECU miały przemożny wpływ instytucje systemu finansowego, to ona sama została przyjęta wskutek zadziałania mechanizmów politycznych. Trzeba również stwierdzić, że ECU była czymś innymi niż jednostką monetarną (pieniądzem), gdyż w jakimkolwiek stopniu nie reprezentowała czegoś, co można by nazwać „jednolitą gospodarką europejską”. Takowej bowiem nie było, i przypuszczalnie w dalszym ciągu nie ma. By jakąś jednostkę monetarną uznać za formę pieniężną musi ona odzwierciedlać jednorodny ustrój gospodarczy i polityczny obowiązujący na danym terytorium. W Europie coś takiego nie istnieje. Inaczej niż miało to miejsce w USA, gdzie na gruzach dawnych kolonii wpierw zbudowany został jednorodny ustrój gospodarczy i polityczny obejmujący federację autonomicznych stanów, zaś w następnym kroku stworzono unitarny system monetarno-skarbowy. Eurofederaści chcą wbudować dom od kalenicy i pokrycia, zaś fundamenty mają dla nich mniejsze znaczenie.

W historii ECU nastąpił pewien moment przełomowy wówczas, gdy europejskie (a w dalszej kolejności, światowe) rynki finansowe dostrzegły - drzemiący w tym instrumencie - potencjał spekulacyjny, umożliwiający prowadzenie agresywnej gry rynkowej. Było to możliwe wyłącznie dzięki temu, że wskutek przyrostu swego rodzaju „masy krytycznej” poprzez transakcje zawierane pomiędzy instytucjami finansowymi a także podmiotami komercyjnymi (takimi jak przedsiębiorstwa), możliwe było niejako „oderwanie” pierwotnego sensu istnienia tego instrumentu od jego zasadniczego celu. W tym znaczeniu instrument ten przestał być narzędziem, którym posługiwała się biurokracja wspólnotowa, a stał się następną rynkową jednostką podlegającą na rynkach finansowych zwykłym prawom podaży i popytu. Dzięki temu bardzo szybko wzrosło jego znaczenie, ponieważ rynki finansowe niejako nadały jemu pewną dynamikę bez- (i pośrednio) przyspieszającą szereg procesów gospodarczych. W pozostałych bowiem sektorach gospodarczych (np. w sferze realnej) zauważono, że ECU pełni szereg funkcji pieniężnych, a zatem możliwe jest używanie tego instrumentu (niejako „obok” własnych walut narodowych) w zwykłej wymianie towarowo-pieniężnej. Skutkiem tego było to, że ECU, można tak rzec, trafiło „pod strzechy”.

Wskutek nasilającej się „eurosklerozy” oraz osłabienia w Europie sił konserwatywnych i prawicowych, coraz bardziej rosło znaczenie sił lewackich i liberalnych, mających unitarne podejście do integrowania Europy. One to dążąc do powstania Unii Europejskiej kładły nacisk na budowę i kształtowanie się monostruktur, zgodnie z filozofią eurokomunizmu. Zabrały się więc za przebudowę struktur wspólnotowych w kierunku tworzenia nadbudowy politycznej, której podległaby miała być cała realna baza społeczna, gospodarcza i kulturowa. Inaczej więc niż w optyce, która przyświecała europejskim konserwatystom i prawicy, nowa siła integracyjna zamierzała poddać wszystkie procesy centralizmowi wykluczającemu jakiekolwiek zróżnicowanie gospodarcze, systemowe, strukturalne, funkcjonalne oraz kulturowe. Zabrawszy się z początku za budowę struktur centralnych zostawiły niejako „na boku” problemy konstruowania jednolitego systemu finansowego, uznając, że stopień jego zintegrowania (szczególnie na poziomie strukturalno-instytucjonalnym) jest na tyle wysoki, że stąd nic nie zagraża formowaniu się monostruktur, szczególnie na poziomie politycznym. Z kolei te wymagały stosunkowo długiego okresu ich urabiania, by zbyt szybko można było przejść do następnego etapu tworzenia federacyjnego państwa Stanów Zjednoczonych Europy. Po ukształtowaniu się strukturalno-instytucjonalnych zrębów (w postaci politycznej nadbudowy), takich jak Komisja Europejska, Rada Europy, Parlament Europejski, Europejski Trybunał Sprawiedliwości, wrócono do pogłębiania unifikacji europejskiego systemu finansowego z jednej strony poprzez obudowywanie go różnorakimi instytucjonalnymi organizmami, z drugiej z kolei, poprzez przekształcenie ECU w jednolitą, obejmującą całą federację, walutę używaną zarówno w rozliczeniach wewnętrznych jak i poza federacją.

Przyjęto w związku z powyższym dwa etapy. W pierwszym powołano do życia formalną unię walutową pod nazwą Unia Gospodarcza i Walutowa. W drugim zaś ustalono, że obowiązującą w niej walutą będzie nowa jednostka (tym razem monetarna) pod nazwą „euro”. Zarówno jedno jak i drugie nie miały charakteru naturalnych instytucji gospodarczych, tj. takich, które samoistnie powstają na drodze spontanicznego rozwoju w obrębie gospodarki; lecz był to proces w istocie polityczny nadzorowany przez Berlin, Paryż i Rzym. Właściwie, w pierwszym przypadku należałoby raczej powiedzieć, że był on nadzorowany przez Frankfurt nad Menem (gdzie mieści się siedziba zarówno Budesbanku, tj. niemieckiego banku centralnego, jak też Giełdy Niemieckiej, Deutsche Boerse oraz Europejskiego Banku Centralnego), zaś w ostatnim przez Mediolan (tj. siedzibę włoskiego banku centralnego). Same zaś funkcje, koordynujące proces powstawania Unii Gospodarczej i Walutowej oraz wprowadzania euro, były wykonywane w stolicach administracyjnych tych państw, gdzie nadawano jemu stosowną oprawę polityczną, dyplomatyczną i propagandową. Bruksela natomiast miała pilnować, by na poziomie ponadnarodowym cały proces przebiegał sprawnie i bez zbędnych zgrzytów, a zatem pełnić rolę koordynującą. Nowa jednostka monetarna miała zaś być takim „betonem” spajającym „na wsiegda” gospodarki państw członkowskich przekształcanych w federacyjne państwo Stanów Zjednoczonych Europy. Dzięki niemu możliwe stało się uzyskanie władzy nad procesem powstawania owego państwa i jego rządzeniem. Należało zatem doprowadzić do tego, by owa nowa jednostka była nie tylko jednostką rozliczeniową funkcjonującą w obrębie instytucji finansowych, rządów oraz struktur instytucjonalnych zintegrowanego i zunifikowanego organizmu politycznego (pod nazwą Unia Europejska) a także różnorakich podmiotów gospodarczych sfery realnej lecz również by zaczęła być używana jako jednostka płatnicza wykorzystywana przez obywateli nowego państwa (przez tzw. Europejczyków). W owym politycznym procesie dokonano dwa główne „manewry” o charakterze ściśle politycznym. Pierwszy polegał na tym, by zachować parytet wpływów politycznych głównych państw na kontynencie (tj. Niemiec, Francji, Włoch oraz Hiszpanii) poprzez „odpowiednie” dociążenie ich znaczenia w stosownych strukturach instytucjonalnych Unii Gospodarczej i Walutowej. Polegało to przede wszystkim na zapewnieniu im widocznej „reprezentacji” w gremiach decyzyjno-kierowniczych stosownych organizmów instytucjonalnych. Z tym, że Niemcy oraz Francja zostały wyraźnie wyróżnione. Drugi zaś na tym, że przekształcając formułę ECU w nową jednostkę monetarną zmieniono model formuły z udziałów procentowych (poszczególnych walut narodowych) na stosunek kursowy. Wzmacniać miały to również, tzw. kryteria konwergencji ustanowione w traktacie z Maastricht. Zrozumiałe jest, że w takim przypadku, najsilniejszy udział w nowej walucie miały zapewnione marka niemiecka oraz frank francuski. Pozostałe waluty były niejako „dopełnieniem” całej konstrukcji.

Cóż bowiem powyższe praktycznie rzecz oznacza? Myślę, że oznacza to związanie gospodarki nowego federacyjnego państwa Stanów Zjednoczonych Europy z dwoma, najsilniejszymi politycznie centrami, tzn. z gospodarką niemiecką oraz francuską. Poddanie zjawisk gospodarczych, politycznych, społecznych (a również i kulturowych) pozostałych państw członkowskich pod pośrednią kontrolę dwóch europejskich stolic (tj. Berlina i Paryża), z występującymi tutaj w roli pomocniczej Rzymem oraz Madrytem, zaś bezpośrednio Brukseli i Frankfurtu nad Menem. Wyłonienie się dwubiegunowości polityczno-instytucjonalnej, tj. państwa centralne – państwa peryferyjne, zwanej niekiedy „Europą dwóch prędkości”. Pogłębiającą się i postępującą erozją wewnętrzną wskutek dalszego rozszerzania Unii Europejskiej, a zatem oddalania się perspektyw budowy federacyjnego państwa Stanów Zjednoczonych Europy. Narastania ruchów odśrodkowych rozsadzających Unię od wewnątrz, oraz dośrodkowych zwiększających presję integracyjną. I – last but not least – poprzez euro spowodowanie głębokiego pęknięcia, nie tylko na peryferyjnych obrzeżach samej Unii co w jej najtwardszym jądrze strukturalno-systemowym, rozrywającym polityczny sojusz czterech/pięciu głównych stolic europejskich. Co się zaś tyczy samego euro, to jako twór syntetyczny (bo też i oparty na samym sztucznym fundamencie koncepcyjnym), nie odzwierciedlający w jakimkolwiek stopniu gospodarki narodowej, równie szybko może zniknąć jak się pojawił, zaś poszczególne państwa mogą równie szybko wrócić do walut narodowych. Ma się rozumieć, że po takim „eksperymencie” nie będą to już te same waluty co wcześniej mimo, że ich nazwy mogą być przywrócone. Jak na razie, euro jest narzędziem, za pomocą którego posiada się kontrolę i włądzę nad toczącym się procesem integracji politycznej.

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/685/pogadanki-o-stanach-zjednoczonych-europy-i-euro-cd-czyli-moherowy-fighter-jakuemu

Teraz już pamiętacie?

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)