Zebego słuszność częściowa.

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Gospodarka

Kolega bloger Zebe w tekście, pt. Rysa na szkle jął się uzasadniać wybór, tzw. mniejszego zła, jakim jest członkostwo Polski w strukturach Unii Europejskiej. Jak każdy, kto usiłuje przeforsować wątpliwe uzasadnienie czegoś tam, asekuracyjnie zastrzega się pisząc, Nie jestem sceptykiem tego projektu. Mam po prostu pytania i wątpliwości. To taka swoista mimikra na okoliczność bycia zahaczonym w sprawie jasnego samookreślenia się. Zresztą nie wprost znajduje się to w następnych zdaniach, Ktoś , kto dziś neguje nasze wejście do UE jest dla mnie człowiekiem o małej wyobraźni. To było jedyne możliwe wyjście. Korzystne dla Polski. No to, ja, zapewne człowiek o małej wyobraźni, będę w niniejszym tekście tak bezczelny, by odnieść się do częściowej słuszności tez kolegi blogera. Tez brzmiących swoistym tonem łabędzich treli unijnych.

W I połowie lat 90.tych studiowałem w Szkole Głównej Handlowej. W programie studiów była, rzecz jasna, cała masa różnych przedmiotów, tzw. integracyjnych. Wiedza na nich przekazywana dotyczyła integracji Europy w ramach szeroko rozumianych Wspólnot. A przede wszystkim Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, Euroatomu oraz Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu. Główny jednak nacisk był kładziony na integrację w ramach EWG i dotyczył on zacieśniania międzynarodowej współpracy państw europejskich w obrębie struktur gospodarczych. O jakimkolwiek tworzeniu struktur politycznych, quasi-państwowych itp. nie było wówczas mowy. Aczkolwiek wskazywano na coraz bardziej rozrastającą się strukturę instytucjonalną w ramach wszystkich Wspólnot, jednakże przypisywano jej funkcje wyłącznie koordynujące w prowadzeniu polityk ekonomicznej, finansowej, socjalnej, rolnej, przemysłowej, transportowej oraz zagranicznej polityki ekonomicznej.

Z czego więc brało się takie powyższe podejście? W zasadzie sprawa była względnie prosta. Mianowicie, po II w. św. Europa wyszła z niej solidnie „uszkodzona” i zniszczona. By zapobiec wybuchowi kolejnej wojny, światowe elity doszły do wniosku, że Europę (szczególnie Zachodnią) trzeba jak najszybciej odbudować, by nie popełnić tego samego błędu, jakim było pozostawienie jej samej sobie po latach Wielkiego Kryzysu, który stał się akceleratorem dla szybko wówczas rosnących faszyzmu, nazizmu oraz komunizmu z różnymi ich mutacjami. W tym zatem celu światowe elity skonstatowały, że konieczne jest objęcie Europy Zachodniej protektoratem Stanów Zjednoczonych i utrzymywanie jego aż do chwili, gdy Stary Kontynent stanie na nogi i otrząśnie się po powojennej tragedii. Amerykanie (podstawowy modus operandi tego procesu) na to przystali uznając to zresztą jako świetną, nieomal bezkosztową, inwestycję na przyszłość, by instrumentami ekonomiczno-politycznymi niejako „zwasalizować” sobie swoją Starszą Siostrę. Właściwie komunikat był czytelny, „No, Europko żeś strasznie narozrabiała, w związku z czym, jeśli chcesz się teraz pozbierać, to tylko pod naszą kuratelą.” I taki był główny zamysł, tzw. planu Marshalla, który trwał aż do czerwca 1952 r. Przez 7 lat Amerykanie w Europie Zachodniej wtrącali swoje – nomen omen – „trzy grosze” pomagając jej odbudować infrastrukturę, przemysł, rolnictwo, całą sferę socjalną itp., a przy tej okazji przypominali jej ustrojowe zasady kapitalistyczne i demokratyczne. Mając pewność, że Starsza Siostra zaczyna dawać sobie radę sama zaprzestali jej aktywnie pomagać i z Europy Zachodniej wycofali swoje jakkolwiek rozumiane „instrumentarium” polityki gospodarczej. Pozostawili jednak narzędzia nacisku politycznego w postaci swoich baz wojskowych niejako komunikując coś takiego, „No, Europka, widzimy, że już wydobrzałaś. I dobrze. Możesz się już powoli sama rządzić. Zostawimy jednak u ciebie swoich boys, z dwóch powodów. Po pierwsze, rośnie niebezpieczeństwo, że te dzikusy ze Wschodu będą chciały ciebie najechać. A dla nas byłoby to wyjątkowo niewygodne. A po drugie, musimy przypilnować byś po raz kolejny nie zwariowała, jak to było przez ostatnie trzydzieści kilka lat. Jest jednak pewien myk. Mianowicie, widzisz Europka, my wszyscy tworzymy pewne instytucjonalne struktury ponadpaństwowe, wielostronne itp. Chodzi o to, byś ty również podobne tworzyła, by wspólnie koordynować różnorakie obszary, gdyż między nami mówiąc brak tego doprowadził do Wielkiego Kryzysu a w konsekwencji do ogólnej światowej rzezi. Zacznij, Europka, tworzyć instytucje. Jak będziesz chciała, to know-how możemy tobie podesłać.” I na tym mniej więcej leitmotivie pojechało późniejsze tworzenie EWWiS, EWG, Euroatomu itp.

Bowiem, tak naprawdę, o co wówczas latało? Mianowicie o to, że podobnie jak wcześniej, tak też i po okresie powojennej odbudowy, różnorakie państwa zachodnioeuropejskie znajdowały się na różnorakim poziomie rozwoju społecznego, gospodarczego, infrastrukturalnego itp. Co tak w zasadzie wynikało z ogólnie rozumianej spuścizny historycznej, jak też i ze stopnia zniszczeń powojennych. Były bowiem państwa (jak np. Wielka Brytania, Francja, Niemcy, kraje Beneluksu, Szwajcaria, Austria czy też skandynawskie), które wcześniej były lepiej rozwinięte gospodarczo oraz względnie mniej ucierpiały w wojnie. Były również takie (jak np. Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, szczególnie południowe), których przedwojenny rozwój zatrzymał się w najlepszym razie na etapie wczesnokapitalistycznym. To oddawało zresztą ów bipolarny podział Europy Zachodniej na bogatszą, lepiej uprzemysłowioną Północ, i biedniejsze, przeważnie rolnicze, Południe. I teraz żeby jedno z drugim jakoś sensownie posklejać trzeba było wykombinować mechanizm, zasady i narzędzia, dzięki którym różne państwa zachodnioeuropejskie mogły zacząć się wspólnie dogadywać. W związku z czym proces ten przeniesiono na poziom ponadkrajowy. I rozpoczęto obudowywać go strukturami instytucjonalnymi: komitetami, komisjami, radami, grupami sterującymi, z własnymi normami i metodami działania. W dalszym ciągu jednak nie tracono z pola widzenia tego, że odbywać się to musi poprzez suwerenne struktury państwowe, gdzie każdy naród i społeczeństwo są czymś odrębnym od pozostałych, posiada własne rozwiązania polityczne, społeczne, gospodarcze itp., własną tożsamość, doświadczenia historyczne, kulturę, zwyczaje itd.

Całe te koncepta wspólnotowe miały punkt odniesienia w tym, co jest wiadome od czasów, kiedy David Ricardo wykombinował swoją teorię kosztów komparatywnych z jej centralną ideą, tzw. wskaźnika przetworzenia. Z grubsza ujmując polega to na tym, że państwu specjalizującemu się w budowie wozów drabiniastych trudno jest nie tylko konkurować lecz również współpracować z państwem specjalizującym się nie tylko w budowie, lecz również w konstruowaniu, odrzutowców. Bierze się to stąd, że to drugie dysponuje znacznie większym niż to pierwsze potencjałem ekonomicznym (i innymi zbliżonymi do niego), gdyż dzięki temu może pozwolić sobie na produkowanie dobra charakteryzującego się wyższym przetworzeniem. Oczywiście to pierwsze państwo może także czerpać korzyści z takiej wymiany handlowej, jednak po pierwsze, musi być to w miarę precyzyjnie określone, a po drugie, w czasach coraz szerszego otwierania się różnych rynków na świecie swoje wozy drabiniaste może sprzedawać nie tylko temu, który produkuje odrzutowce, lecz każdemu innemu. By jednak bogata Północ mogła gospodarczo współpracować z biednym Południem należało oba te problemy rozwiązać na poziomie ponadkrajowym. Znowuż więc chodziło o samo dogadanie się. A było to tym bardziej konieczne, gdyż o ile w czasach obowiązywania planu Marshalla na nim skorzystały przede wszystkim kraje bogatsze, to biedniejsze znalazły się na peryferiach we wspólnej części europejskiego kontynentu. No i zaczęły pojawiać się problemy. Polegały one na tym, że wskutek instytucjonalnego scalania się Europy Zachodniej zdecydowanie lepsze korzyści odnosiły dzięki temu państwa bogatsze, na co nałożyły się m.in. takie czynniki jak wyższy poziom modernizacji, poradzenie sobie z wewnętrznymi problemami strukturalnymi oraz to, że były one głównymi inicjatorami procesów wspólnotowych. Biedniejsze Południe było raczej wtórnym beneficjentem tych procesów.

Mimo wszystko cały czas dotyczyły one z czasem powiększającej się grupy krajów, które w dalszym ciągu pozostawały odrębnymi podmiotami państwowymi. Ogólnie rzecz ujmując cały wic polegał na przesłaniu, „Zacieśnianie współpracy gospodarczej. Tak. Przy całej odrębności państw biorących w tym udział.” I tak to sobie przez dziesięciolecia trwało, przekształcało się i puchło. Aż do momentu kiedy komitety, komisje, rady, grupy sterujące nie osiągnęły w gruncie rzeczy pozycji różnorzędnej rządom krajów współtworzących Wspólnoty. Było to, ma się rozumieć, przedstawiane jako coś koniecznego, by cała ta koordynacja mogła toczyć się płynnie, bez znaczących rozbieżności oraz w miarę efektywnie. Było to oczywiście w coraz większym stopniu zaprzeczeniem leninowskiej tezy o tym, że ilość przechodzi w jakość, gdyż powyższe struktury instytucjonalno-organizacyjne (wraz z ich pełzającym i dyskrecjonalnym etatyzmem) stosunkowo szybko zaczęły chorować na wszystkie możliwe, zaś opisane przez Cecila Parkinsona, choroby biurokratyczne aż do początkowych stadiów zwyrodnienia. Przykładem tego mogą być wspólnotowe (przeniesione na unijny poziom) dyrektywy, które wcześniej miały moc niewiążących zaleceń i wskazówek, by z czasem wynaturzyć się w kierunku powszechnie obowiązującego prawa. Od tego momentu każdy kraj, czy jemu jest to potrzebne, czy też nie, był zobowiązany stosować się do czegoś, co wcześniej mógł odrzucić (względnie zawiesić na jakiś czas). Marksistowska nadbudowa zaczęła się coraz szybciej odrywać od bazy. W swoich łabędzich trelach Zebe zaledwie to dostrzega, gdy pisze, (…) Myślę, że rząd Donalda Tuska charakteryzuje się li tylko irracjonalnym „owczym pędem” w kierunku bezsensownego i bezkrytycznego akceptowania wszelakich unijnych rozwiązań, które nas w tej chwili bezpośrednio nie dotyczą. Śpiesz się powoli, można by powiedzieć. Ależ po ratyfikowaniu przez Lecha Kaczyńskiego, tzw. traktatu lizbońskiego, owe rozwiązania nas w tej chwili dotyczą i to jak najbardziej bezpośrednio.

Proces „uwspólnotowienia” uległ przyspieszeniu po, tzw. obaleniu komunizmu w Europie Środkowowschodniej, gdy europejskie elity połapały się, że za, tzw. chwilę, do korzystania z wypracowanego przez dekady zachodnioeuropejskiego, kapitalistycznego, dobrobytu ściągną milionowe ludy wschodnie. Wobec tego postanowiono przede wszystkim, by przyspieszyć dostosowanie państw biedniejszego Południa do pełnego współdecydowania (w tym przede wszystkim w oparciu o kryteria ekonomiczne i ich demograficzne pochodne) o zakresie, tempie i głębokości współpracy na poziomach gospodarczym, instytucjonalno-organizacyjnym, politycznym itp. To z jednej strony. Z drugiej natomiast, by potencjalnych nowych przybyszów potrzymać dostatecznie długo w przedakcesyjnej zamrażarce, by dostatecznie „skruszeli”. W tym samym czasie przyspieszono budowę wspólnych centralnych instytucji, przekształcając dotychczas funkcjonujące ciała kolektywne w samodzielne organizmy lub tworząc nowe. W tych nowych centralnych instytucjach, przed przyjęciem nowych przybyszów, sformowano podział sfer wpływów pomiędzy dwoma zasadniczymi obszarami wspólnotowymi obejmującymi bogatszą Północ i biedniejsze Południe. Odbywało się to już pod auspicjami nowej formy współpracy ponadkrajowej (właściwie, ponadnarodowej), która powstała w miejsce wygasłych Wspólnot (EWWiS, EWG i Euroatom) i przyjęła nazwę Unia Europejska. Wspomniany podział sfer wpływów polegał z grubsza na tym, że biorąc pod uwagę łączny potencjał demograficzno-ekonomiczny państw biedniejszych przyznano im nieznacznie mniejszy potencjał decyzyjno-polityczny w zamian za łagodniejsze ich traktowanie, jeśli chodzi o ich ogólny wkład gospodarczy na rzecz wspólnego, unijnego organizmu. Dzięki temu państwa te zostały sprytnie „uelastycznione”, skutkiem czego było pozyskanie ich jakkolwiek rozumianej „przychylności” dla dalszych kroków integracyjnych. Względem przyszłych nowych przybyszów wykreowano w ten sposób swego rodzaju „złego policjant”. Z kolei państwom bogatszym przyznano większy parytet decyzyjno-polityczny, narzucając im ich większy wkład w całość unijnej gospodarki. W ten sposób silniejsze państwa zachowały zdolność rządzenia wewnątrz zintegrowanych struktur instytucjonalno-organizacyjnych. Dla przyszłych nowych przybyszów oznaczało to pojawienie się „policjanta dobrego”. W dalszym jednak ciągu dotyczyło to pojedynczych podmiotów państwowych z ich jednolitymi narodami i społeczeństwami. Od tego momentu obie strony były z tej „transakcji” obopólnie zadowolone. Gdy się już obie te grupy wspólnie dobrały, zaś powyższa „transakcja” okrzepła, to możliwe zaczęło stawać się otwieranie drzwi dla, „skruszałych” już, nowych przybyszów.

I tutaj dochodzimy do momentu, który nas szczególnie interesuje. Mówiąc najprościej w tym unijnym klubie znaleźliśmy się na zasadach, z których współkształtowania zostaliśmy wcześniej wykluczeni, gdyż w trakcie tego procesu znajdowaliśmy się w przedsionku. Nie wiadomo więc na jakiej podstawie Zebe wiedzie swoje trele, gdy pisze, że W dalszym ciągu jesteśmy nader atrakcyjnym partnerem w strukturach Unii. Oczywiście, jeśli ma to być atrakcyjność, której oczekują od nas główne stolice europejskie, to w istocie tak może być. Jednakże jest to myślenie reprezentujące optykę brukselską. Nasza bowiem może być zgoła odmienna. To jest, w gruncie rzeczy, odpowiedź na pytanie, czy Unia jest nader wszystko atrakcyjnym partnerem dla nas. A to chyba zmienia postać rzecz. Przecież w przedakcesyjnym okresie prezentowano Polakom korzyści uczestnictwa w takim projekcie, jednakże przedstawiano to przez pryzmat mechanizmów działających w ramach poprzednich rozwiązań wspólnotowych, które zmieniły się wraz z ich przekształceniem w formy unijne. Zebe nic o tym nie wspomina. A szkoda, bo gdyby jednak to zrobił, to odkryłby, że już wtedy m.in. wobec nas zaczęła się gra w „dobrego” policjanta, którymi były najbogatsze państwa znajdujące w centrum unijnych struktur, i w „złego”, którymi były unijne peryferia.

Zanim jednak wraz w nowymi przybyszami wciągnięto nas z przedsionka do unijnego przedpokoju (obecnie dalej nas nie ma w „salonie”), to w tym ostatnim zaczęto kombinować nad narzuceniem dwóch ważnych instrumentów scalających. Jednego – politycznego. Zaś drugiego – ekonomicznego. Tym pierwszym miało być coś na kształt konstytucji, z kolei, drugim, pieniądza. I jedno i drugie poddano fazie testowej, by w miarę szybko rzucić to „na rynek”. Konstytucja, jak wiemy, przyjmowała się z oporami, z kolei, unijny pieniądz wszedł właściwie bez problemów. Jest ciekawe, że jakkolwiek do ostatniego etapu w procesie powstawania tego pierwszego my wraz z nowymi przybyszami zostaliśmy dopuszczeni, to w drugim przypadku zostało to zrobione bez naszego udziału. Właściwie, nie ma w tym nic dziwnego, gdyż jakkolwiek w pierwszym przypadku proces był znacznie trudniejszy (a tym samym wywoływał dość znaczny rezonans w opinii publicznej), a przy tym nie dający od razu spodziewanych rezultatów i korzyści politycznych, to jednak nie istniało niebezpieczeństwo dopuszczenia doń nas wraz z grupą nowych przybyszów. Z kolei w drugim, proces okazał się być wyjątkowo łatwy (nie tak głośny w odbiorze opinii publicznej) i nieomal natychmiast przynoszący wymierne korzyści ekonomiczne (a pośrednio polityczne). Z tego też powodu konieczne było, by konstruowanie wspólnego pieniądza odbyło się bez udziału grupy nowych przybyszów. Między innymi temu celowi służyć miało takie określenie, tzw. kryteriów konwergencji dopuszczających do uczestnictwa w eurozonie, by ustanowić je na dosyć wysokim poziomie, jednak na tyle je „uelastycznić”, by w pierwszym rzędzie mogły im odpowiadać państwa, tzw. starej Unii. Co się zaś tyczy formowania kształtu przyszłej konstytucji, to w tym przypadku sięgnięto po wcześniejszy wzorzec gry w „dobrego” i „złego” policjanta, lecz tym razem zamieniono się rolami. Tym pierwszym stały się unijne kraje peryferyjne, z kolei drugi, państwa centrum. Można zaryzykować tezę, że dzisiaj odkrywane „trupy w szafie” u państw peryferyjnych są pewnym „osadem” pozostałym po grze konstytucyjnej, jednak ukształtowanym w trakcie tworzenia wspólnego unijnego pieniądza. W skrócie mówiąc, ów polski hydraulik, którym straszono przede wszystkim bogatsze kraje unijnego centrum, okazał się być greckim lub portugalskim rybakiem, hiszpańskim bądź włoskim plantatorem winogron względnie irlandzkim górnikiem, którzy za zgodę na rozszerzenie Unii i przyjęcie konstytucji błyskawicznie skorzystali z wprowadzenia wspólnego pieniądza, dzięki czemu można było w głównych europejskich stolicach tryumfalnie ogłosić postęp w integracji. Chodziło głównie o zadowolenie brukselskich elit. Wygląda więc na to, że zachodnioeuropejskie społeczeństwa zafundowały sobie zakalca w cenie pierwszorzędnego wypieku cukierniczego.

Z tym wszystkim wiążą się konkretne konsekwencje. Ich tłem jest to, że Polska w strukturach unijnych jest ciałem „roztopionym”, podporządkowanym wspólnej polityce na poziomie ponadpaństwowym. Ma to wyraz, w przytaczanej przez Zebego cesze wspólnej polityki monetarnej, która jest emanacją zintegrowania finansowych korzyści na poziomie całego organizmu unijnego. Z tym jednak, że realny wpływ na politykę monetarną poprzez instytucje centralne posiadają państwa z ekonomicznie najsilniejszego obszaru unijnego, pozostałe natomiast (w tym również my) są ich dopełnieniem. I nie bez kozery polityka fiskalna została pozostawiona w gestii poszczególnych państw członkowskich, gdyż z nią wiąże się cała masa problemów, ciężaru których europejskie elity nie kwapiły się brać na swoje barki. Innymi słowy, biurokratyczne elity brukselskie uznają, że spijanie „śmietanki” z funkcjonowania takiej lub innej polityki monetarnej jest dla zintegrowanej struktury unijnej nader korzystne, podczas gdy tak „niewdzięczne” zagadnienie, jakim jest polityka fiskalna, należy od siebie trzymać na dystans. I teraz, nawet, jeśli z polityką monetarną wiążą się jakieś straty, to da się je „rozpuścić”, przerzucając je na podatników, tj. lokując problem w najtrudniejszej sferze ekonomicznej. Zebe wspomina o tym, gdy pisze, że Decydenci poświęcą wszystko, żeby ratować ten projekt. [Chodzi o euro. – przyp. MF] Oni nie poświęcą Grecji, nie poświęcą Portugalii. To my za to zapłacimy w imię utopijnych idei. Bo właśnie o te idee chodzi. No i o nieomylność nomenklatury brukselskiej. Oni nigdy nie wypiją piwa, które naważyli. Wręcz przeciwnie, zaproszą do kufla kolejnych użytecznych idiotów. Ano ów „kufel” zostanie podsunięty przez cwaniaków „kutych na cztery kopyta” wiedzących, że swoje kariery polityczne i urzędnicze oraz własną stopę życiową, zawdzięczają wcale nie temu, że są oni jacyś wyjątkowi, niepospolici, nietuzinkowi, wybitnymi geniuszami itp. lecz temu, że mają poparcie wśród tych, którzy dysponują ogromnym kapitałem, by ich popierać. Oni uzasadnią każde decyzje nawet takie, które znajdują się dwóch diametralnie różnych biegunach doktrynalnych. Więcej, będą oni twierdzić, że nie widzą w tym żadnej logicznej sprzeczności.

Zebe oczywiście myli się, gdy twierdzi, że Donald Tusk sklei tę rysę na szkle., mając na myśli deklaracje Tuska o jakiejś tam pomocy dla Grecji. Otóż deklaracja ta nie jest jakimkolwiek sklejeniem czegokolwiek, lecz sygnałem dla „reszty cywilizowanej” Europy, „Chłopaki i dziewczyny, ratujmy się!”. Chce się on pokazać w ten sposób w gronie tych, którzy jako pierwsi dostrzegli wyzierającego „trupa” z szafy, by „coś” z tym „trupem” zrobić, gdyż jego wygląd jest nieestetyczny. On zaś ma wyjątkową wrażliwość na estetykę, więc w tym „naszym, wspólnym europejskim domu” nie może być miejsca dla czegoś takiego, jak „trupy w szafach”. Aż dziw, rzecz jasna bierze, że wówczas, gdy nawoływał do wejścia Polski do UE, jak też i do podpisania przez Prezydenta traktatu lizbońskiego, owego „trupa” nie dostrzegał, jednak to ma najmniejsze znaczenie. Dzisiaj, ma się rozumieć, o tym „trupie” można już mówić jawnie i bez zażenowania, nie będąc posądzonym o bycie moherowym beretem. Niestety, ale zarówno dla samego premiera jak i dla Zebego, można mieć nie najlepsze wiadomości, gdyż owa rysa, o której pisze Zebe, miast się zmniejszać z czasem sukcesywnie będzie powiększała się coraz głębiej. Zwyczajnie, są granice absurdu, zaś taką najbardziej widoczną jest Ural, do którego można jeszcze rozszerzać Unię Europejską. Dalej już się nie da, bo poza nim rządzą już Chinczyki. A przecież za cenę wspólnego „tak” nie da się w nieskończoność „uelastyczniać” Europejczyków, nawet gdyby mieli nimi być kozacy naddniestrzańscy. Jaka jest bowiem wspólnotowość Mongoła siedzącego w jurcie na Wyżynie Nadwołżańskiej z potomkiem Wikingów mieszkającym w luksusowej rezydencji gdzieś nad Wielkim Bełtem, to jest to jedynie radosny koncept brukselskich planistów. Samo zaś euro takich absurdów nie zniesie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Dziękuję za ten tekst.Powiedzmy na początku, że ja to wiem.
Ja zakładam jednak coś jeszcze. Otóż zakładam, że Polska jako spory kraj, ma dużo do zaoferowania Unii. Nie można postrzegać UE jako czegoś co wchłania. Jeżeli taką opcję przyjmiemy, to z góry stajemy się sceptykami.
Przykład GB i ich polityka. Chociażby monetarna.
Są sytuacje w życiu narodów, że nie można w pewnych momentach iść pod prąd. Można jednak idąc z nurtem, zaznaczyć swoją obecność. Tego sobie życzę. Od nas samych i rządzących.
Może jestem naiwny, ale tak to widzę.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#53368