Ostrożnie z wyciskaniem brukselki!

Obrazek użytkownika Mohair Charamassa
Kraj

Porażka Pawlaka ani mnie grzeje, ani ziębi, ot kolejny nocny zmiennik dostał kopniaka. Spośród wielu jego medialnych kreacji pamiętam bodaj dwie: jedną, gdy podczas którejś z kampanii, kończąc przemówienie, zajodłował: „zwyciężymy!”, po czym przypomniał sobie, że mu piarowcy kazali wznieść ręce, więc wzniósł i stał tak z miną strusia, zdziwionego, że nie umie latać.

Wtedy się nie udało – wczoraj za to odleciał z gracją Dreamlinera. A drugi raz, pamiętam, już jako wicepremier, przed kolejną rundą negocjacji z UE zawadiacko oznajmił, że jedzie do Brukseli „wyciskać brukselkę”. Bon mot pewnie gdzieś w terenie zasłyszał od kolesiów, no i mnie zniesmaczył, bo wyobraziłem sobie jakbyśmy się czuli, gdyby tak jakiś unijny biurokrata przed wizytą w Warszawie zgłosił chęć, no ... na przykład … bzykania syrenki.

Jakie by nasze związki z Unią nie były, ich analizy podjąć się nie odważę, niech mądrzejsi ode mnie liczą „za” i „przeciw” - ja tylko chciałbym nieśmiało zauważyć, że wyciskanie brukselki bywa równie sexy jak wyciskanie kaktusa. Oto przykład:

Młody człowiek, świeżo upieczony absolwent całkiem niezłej uczelni, autor i nadawca kilkudziesięciu CV, wkurzony nagabywaniem o „niezbędne przecież doświadczenie” i kuszony podjęciem bezpłatnych staży, postanowił założyć własną działalność gospodarczą. Miał szczęście! Ogłoszono właśnie konkurs dla ubiegających się o dofinansowanie projektów ze środków unijnych. Czemu nie? - pomyślał. Wystarczy pokonać kilkuset kandydatów, podpisać kilka tuzinów oświadczeń i zdobyć drugie tyle zaświadczeń, odbyć kilkanaście szkoleń, poddać się paru testom, pozbawić się możliwości pracy zarobkowej na około rok pod groźbą utraty szansy skorzystania z dobrodziejstwa projektu, napisać biznesplan o objętości pracy magisterskiej, zdobyć lokal, zainwestować kilka tysięcy wkładu własnego, zakwalifikować się do finałowej trzydziestki i można już intonować „Odę do radości” oraz machać niebieską flagą z żółtymi gwiazdkami.

Mój młody znajomy wszystko to wykonał włącznie z punktem ostatnim, a potem już miał z górki – wystarczyło przez rok utrzymać działalność, rozliczyć się co do złotówki, złożyć teczkę sprawozdań, poddać kilku kontrolom, przeprosić rodziców za zwłokę z oddaniem długu, pomodlić się by się wszystko zgadzało co do grosza, zapłacić ZUS i podatki i już mógł ... działałność zamknąć.

Nie chcę chłopakowi narobić kłopotów, więc nie napiszę czym się naprawdę zajmował. Powiedzmy, że chciał produkować i sprzedawać pierogi. Mam nadzieję, że tego nie przeczyta, ale na wszelki wypadek - żeby się nie obraził - dodam, że pierogi o wysokim stopniu przetworzenia. Rzecz w tym, że ze względu na zawartość zaawansowanej myśli kulinarnej, sam ich wykonać nie mógł. Mógł, a właściwie musiał nabyć w firmie A, bądź u konkurencji – w firmie B. Firma A oferowała następujący model biznesowy: dasz synku, na dzień dobry, 50 patyków – możemy rozmawiać. Firma B, dobrodziej, pozwalała sprzedawać swój towar za prowizję, która starczała na połowę opłaty czynszu za wynajęty lokal, na ZUS - nie starczała.

Chciałem mu zadać kilka pytań: kto zarobił i ile za pomoc przy pisaniu biznesplanu? Kto za serię szkoleń? Kto za konsultację i nadzór? Ile zgarnęli eksperci i administracja? Jak się te sumy miały do wysokości grantu, który dostał? Machnął ręką, nie chciał rozmawiać. Zdążył mi tylko powiedzieć ciekawostkę: obie wspomniane firmy – A i B – były europejskie!

Co by nie mówić, to jest historia z happy endem: mój młody znajomy wreszcie dostał pracę. Zarabia 1500 na rękę na umowie śmieciowej i przyjęto go po czwartym etapie rozmów kwalifikacyjnych. Wiecie, czym pokonał innych kandydatów?

Mogł się przecież pochwalić doświadczeniem w biznesie!

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

podczas którejś z kampanii, kończąc przemówienie, zajodłował: „zwyciężymy!”, po czym przypomniał sobie, że mu piarowcy kazali wznieść ręce, więc wzniósł i stał tak z miną strusia, zdziwionego, że nie umie latać.
-------------------------------------------------
Cały Pawlak, cały on, chociaż wtedy, mi ta jego mina z tymi wzniesionymi rękami bardziej przypominała kota robiącego do kuwety.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#308128

mają zmyślniejszy wyraz pyszczków niż wyraz facjaty Pawlaka.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#308150