Sztuką współczesna i polityka

Obrazek użytkownika Recenzent JM
Kultura

Trwają wakacje, kolejny weekend, więc przy niedzieli nieco lżejszy temat. Zawsze korciło mnie, by dać wyraz temu, co myślę o sztuce współczesnej. A myśli mam politycznie niepoprawne.

W sztuce współczesnej, w moim przekonaniu, jak w lustrze odbijają się wartości współczesnego świata. Poprawność polityczna, pijar, reklama, manipulacja, kicz, wulgarność.
To odbicie niemal tożsame z obrazem dzisiejszej polityki.
Nie należy się temu dziwić, gdyż twórcy sztuki współczesnej i politycy nowoczesnego świata – to mentalnie ta sama rodzina. Niewielu marzycieli i idealistów. W większości celebryci, materialiści, cwaniacy, naciągacze i cynicy. Myślę, że gdyby tak zapytać twórców sztuki współczesnej o sens tworzenia, a polityków o cel ich działania, to jedni bardziej, drudzy mniej - ale prawie każdy skłamie.

Polityka i współczesna sztuka są do siebie zaskakująco podobne. Wzajemnie się wykorzystują, wzajemnie uzupełniają i wzajemnie sobie służą.
Wspólnych atrybutów dla obu tych dziedzin jest niemało. Są podobne nawet w tym, że i sztuka i polityka – jakościowo coraz bardziej „schodzą na psy”. Oczywiście, nie mam tu na myśli miłych i przyjacielsko nastawionych do człowieka kudłatych czworonogów, ale raczej tych z filmu Pasikowskiego - brutalnych, wulgarnych, cynicznych, a czasem przez swoją głupotę po prostu śmiesznych i nieudolnych „amatorów”.
Pomijając nieliczne wyjątki - cel tworzenia ludzi kultury coraz bardziej zaczyna być tożsamy z celem działania polityków. Bo to co ich „podnieca – to się nazywa kasa”.

Aktualnie obserwujemy, że zapłata, stanowiska, zaszczyty, nagrody i odznaczenia są coraz bardziej oderwane od pracy i prawdziwych zasług. Ranga dzieła sztuki, ocena jego wartości, jak i z drugiej strony ocena politycznej działalności mają niewiele wspólnego z rzeczywistą ich wartością. Najczęściej są kreowane przez te same środowiska, zaprzyjaźnione z nimi media i tę samą propagandę. Wynagradzana jest usłużność i dyspozycyjność, a nie talent, ciężka praca i profesjonalizm. Aktualnie „geniuszem” najczęściej zostaje się z nadania. Dlatego nie dziwi, że na polu polityki brak prawdziwych osiągnięć, a na polu kultury króluje szmira i kicz.

Tak mi się wzięło na te rozważania, gdy dowiedziałem się, że w Muzeum Narodowym w Warszawie trwa aktualnie czasowa ekspozycja wybitnych dzieł Marka Rothko, wypożyczonych z National Gallery of Art w Waszyngtonie. Celowo użyłem słowa „wybitnych”, bo obrazy tego twórcy osiągają na rynkach dzieł sztuki niebotyczne ceny. Jego obraz „pomarańczowe, czerwone, żółte” z 1961 r. osiągnął na aukcji domu Christie’s w Nowym Jorku cenę 86,9 mln. dolarów. Jak na razie jest to najwyższa cena jaką uzyskano za dzieło sztuki. Inny jego obraz – „biały środek (żółty, różowy, lawendowy)” z 1950 r. sprzedano z kolei w 2011 r. w tym samym domu aukcyjnym za cenę 72,8 mln. dolarów. Ceny osiągane przez dzieła wykonane ręką tego mistrza - to moim zdaniem najbardziej reprezentatywny wyróżnik jego sztuki. Innym wyróżnikiem jest to, że nie wiadomo, co właściwie jego dzieła mają przedstawiać. Z reguły są to duże, prostokątne płaszczyzny, lub pasy – pomalowane niejednolicie na różne kolory i stąd biorą się nazwy jego płócien. Wydawałoby się, że nazwa płótna wzięta od zastosowanej kolorystyki powinna wystarczyć by jego dzieła można chociaż od siebie odróżnić, ale w świecie sztuki nic nie jest takie, jak się wydaje. Skoro znaleźli się chętni, by aż tyle płacić za jego dzieła, to i trzeba było zapewnić na odpowiednim poziomie podaż. A skoro tak, to znalazły się dzieła wykonane w podobnej kolorystyce. W końcu paleta odróżnialnych dla oka barw jest skończona.

O artyście pisze się, że „należał do pokolenia, które stworzyło wielką sztukę amerykańską”. Biorąc pod uwagę rozmiary jego niektórych płócien – myślę, że rzeczywiście można je zaliczyć do dzieł wielkich. Uzyskiwana zaś za te dzieła cena musiała jakoś być zależna od wielkości zamalowanej powierzchni. Co do talentu i profesjonalizmu – uważam, że niejeden mistrz malarstwa pokojowego pomalowałby te płótna lepiej. Niezaprzeczalnym faktem jest z kolei to, że nie uzyskałby za nie nawet jednej tysięcznej tego, co mistrz Rothko.
Ale to jest moja osobista ocena. Konia z rzędem temu, kto wie, czym kieruje się los – czyniąc człowieka sławnym, lub bogatym.

Wystawa odbywa się w Warszawie, więc jeśli ktoś dysponuje czasem i jeszcze stać go na pokrycie kosztów biletu wstępu, to zachęcam do obejrzenia i skonfrontowania swoich odczuć z moimi.
Myślę, że warto, bo do końca życia będzie pewnie co opowiadać dzieciom i wnukom, albo chociażby znajomym.
Kogo nie stać, lub nie może – proponuję, jako namiastkę, fotki w „necie”. Na pewno nie da się tego porównać z kontemplowaniem oryginałów, ale w necie można oglądnąć fotki dzieł mistrza za „frico”, co w dobie kryzysu też nie jest bez znaczenia. Wierzcie mi, że warto. Kiedyś przy obcowaniu ze sztuką – człowiek uczył się pokory. Przy obcowaniu ze sztuką współczesną nabiera wiary, ufności i pewności siebie. Czuje się psychicznie podbudowany, bo przecież też by tak potrafił, gdyby oczywiście nie musiał oszczędzać. Płótno, farby, szczotki malarskie i pędzle – przy takiej powierzchni - to kosztowałoby teraz niemało. Chyba żeby nazwać obraz „biały środek, wszystko białe” – wtedy wystarczyłby może sam podkład i byłoby taniej.

Skoro już wzięło mnie na zwierzenia, to przyznam się bez fałszywej skromności, że kiedy pierwszy raz samodzielnie malowałem ściany w swoim pokoju – uzyskałem podobny efekt jak na niektórych płótnach Marka Rothko. Ale ja, nie obznajomiony ze sztuką współczesną, nie wiedziałem wtedy, że udało mi się stworzyć dzieło sztuki z dziedziny wielkoformatowej abstrakcji – takie „malarstwo pół koloru”.
Kiedy rodzice zobaczyli efekt mojej pracy, te tchnące upływem czasu pęknięcia na powierzchni farby, te różnorakie przebarwienia o niejednorodnym nasyceniu barwą i ślady po zróżnicowanych pociągnięciach pędzlem - kazali zdrapać farbę i ściany jeszcze raz przemalować.

Tak sobie teraz myślę – ileż prawdziwych dzieł sztuki zostało bezpowrotnie utraconych, bo nikt na czas nie rozpoznał w nich geniuszu autora.

Jeśli jeszcze nie dość naraziłem się miłośnikom sztuki współczesnej i rozmiłowanym w niej krytykom – to spokojna głowa. Jeszcze nie skończyłem.
Na czym polega geniusz Marka Rothko? Pomijając to, że za takie kwoty udało się sprzedać jego dzieła – przyznam się, że nie potrafiłem zrozumieć i musiałem poszukać w sieci.
Wikipedia geniusz mistrza opisuje tak:
„Przywiązywał duże znaczenie do używanych przez siebie pędzli. Dbał o nie, w specjalny sposób je czyszcząc i konserwując. Lubił miękki włos wysłużonych pędzli będący jakby przedłużeniem dłoni. Malując wielkie formaty używał pędzli służących do malowania ścian. Ale malował lekko, jedynie samym czubkiem...W ekstremalnych przypadkach malarz uważał, że jego kompozycje należy oglądać przy wygaszonych światłach”.
Czysta poezja – tak pięknie to ująć. Może więc muzea – zamiast płócien powinny eksponować jego pędzle będące przedłużeniem dłoni mistrza?
Jednak przyznaję, że dotychczas nie wiedziałem, jak wiele mam wspólnego z mistrzem Rothko. Też czasem coś namaluję i co ciekawe, moje malarskie dzieła też lepiej się ogląda przy „wygaszonych światłach”. A pędzle i szczotki też konserwuję na swój specjalny sposób.

Trochę się podrażniłem z miłośnikami sztuki Marka Rothko, ale przyznaję, że jego obrazy są i tak na dużo wyższym poziomie niż wiele innych dzieł „sztuki” współczesnej wystawianych w galeriach i muzeach. Ot choćby wieszane na krzyżu genitalia, wystawiane w muzeach odchody, czy dzieła tak mocno zaawansowane artystycznie, jak budowle z klocków „Lego”.
A wielu współczesnych krytyków udaje, że im się to podoba i że te „odchody” mają jakąś wartość artystyczną.

Choć przyznaję ze wstydem, że my profani - nie potrafimy dostrzec w sztuce tego, co widzą w niej krytycy sztuki i wybitni jej znawcy.

Jeden z profesorów akademii sztuk pięknych zachwycając się malarstwem Marka Rothko wypowiedział się tak: „Ja nie potrafię zdefiniować, czy nawet opisać, czym jest to malarstwo”.
Prawda, że głębokie i że robi wrażenie?
Inny znawca sztuki z kolei o dziełach Krystyny Abakanowicz wypowiedział się w telewizji Polsat, że to jest taka sztuka, że nie wiadomo, jak ją zdefiniować.
Żeby powiedzieć coś tak błyskotliwego, to się pewnie długo trzeba uczyć.
Jeszcze inny jej rzeźbiarstwo po prostu zdemaskował. Stwierdził, że:
„Wszystkie jej rzeźby są trójwymiarowe”.

Czy my, dyletanci - potrafilibyśmy sami dostrzec w rzeźbach ich trójwymiarowość?
Czy potrafilibyśmy dostrzec geniusz współczesnego artysty, gdyby nie powiedzieli nam o tym eksperci, specjaliści, komentatorzy i inni znawcy? Gdyby nie odpowiednia reklama i promocja?
Ale czego ja się właściwie czepiam? Przecież wiadomo, że jaka „krytyka” – taka i „sztuka”.
Ale nie dziwmy się zanadto uznanym znawcom i krytykom sztuki współczesnej. Używają takich gładkich słówek, bo im nie wypada skrytykować, wręcz muszą się zachwycić i pochwalić – a za bardzo nie wiadomo za co. Jeśli chcą nadal być „autorytetami” w tej dziedzinie – nie mogą o sztuce współczesnej wypowiadać tego, co myślą. My jeszcze możemy, ale też nie wiadomo, czy i tej odrobiny swobody jakiś współczesny polityk nie zechce w przyszłości ograniczyć.

Myślę jednak, że patrząc na działania politycznych „klakierów” trudno nie dostrzec kolejnych analogii pomiędzy światem sztuki współczesnej a światem polityki.

Na koniec jeszcze tylko taka ciekawostka.
Droga artystyczna Marka Rothko wyglądała w największym skrócie tak:
realizm, surrealizm, abstrakcja. A potem depresja i samobójcza śmierć.
Czy nie tak wygląda już droga wielu współczesnych polityków?

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Przeczytałam Twój artykuł z wielką przyjemnością i rozbawieniem:) Masz rację, w obcowaniu ze sztuką współczesną człowiek nabiera pewności siebie - ta różnorodność faktur w kładzionej przeze mnie na ścianach farbie ;)!!!
Pewności siebie nabrałam także po przeczytaniu przytoczonych przez Ciebie wypowiedzi krytyków sztuki. Jakaż głębia!!!!!

Pozdrawiam serdecznie ze "100"!
...............................................
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, aldd meg a Magyart Ps.33,5

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

...............................................
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, aldd meg a Magyart Ps.33,5

#369812