Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi

Obrazek użytkownika wojcicki
Kultura

Kiedyś był znany i modny. Łakomie przerzucałem strony miesięczników i kwartalników literackich, aby znaleźć jakikolwiek tekst o nim i jego dokonaniach.

Fernando Arrabal - nieco obsesyjny. No, powiedzmy, bardzo obsesyjny. Powiem jeszcze, że moim zdaniem artysta bez obsesji jest jak pianista bez rąk. Albo jeszcze gorzej... .

Oto dwa fragmenty z "Jądra szaleństwa - Księga Lęku":

Z tyłu za mną jest zakonnica i duża patelnia na ogniu. Przypuszczam, że robi omlet, bo widzę przy niej dwa ogromne jaja. Podchodzę bliżej, ona przygląda mi się uporczywie, a ja dostrzegam pod jej habitem dwa udka żabie zamiast nóg.
Na patelni leży mężczyzna z obojętną miną. Od czasu do czasu wysuwa jedną nogę - może mu gorąco - ale zakonnica tego mu zabrania. Teraz mężczyzna już się nie rusza i coś w rodzaju bulionu, bo pachnie rosołem, pokrywa go całkowicie. Zupa staje się bardzo gęsta, już go nie widzę.
Zakonnica każe mi iść do kąta. Idę za nią. Zaczyna mówić i prawi sprośności. Zbliżam się do niej, aby lepiej zrozumieć. Ktoś śmieje się z tyłu za nami. Patrzę na ręce zakonnicy i widzę dwie żabie łapy.
Jestem nagi: lękam się, żeby mnie ktoś nie zobaczył w takim stanie. Ona każe mi zająć miejsce na dużej patelni, aby nikt mnie nie przyłapał. Siadam tam. Bulion staje się coraz gorętszy: staram się wysunąć stopę z patelni, ale zakonnica mi zabrania. Nagle rosół zakrywa mnie całkowicie i czuję, jak żar zwiększa się bezustannie.
Teraz wrę.

I kolejny fragment:

Wręczyła mi bukiet kwiatów, ubrała w czerwoną bluzę i wsadziła sobie na ramiona. Mówiła: "To karzeł, który ma zwariowany kompleks niższości", a ludzie wybuchali śmiechem.
Szła bardzo szybko, a ja z całej siły trzymałem się jej czoła, żeby nie spaść. Wokoło nas było wiele dzieci i , choć wspiąłem się na nią, sięgałem im zaledwie do kolan. Kiedy poczułem się zmęczony, dała mi pić z czarki napełnionej czerwonym płynem, który miał smak coca-coli. Gdy skończyłem pić, zaczęła biec.
A ludzie śmiali się, można by rzec, że gdakali. Poprosiła ich, żeby przestali się śmiać, gdyż jestem bardzo wrażliwy, a ludzie zanosili się śmiechem.
Biegła coraz szybciej, widziałem jej obnażone piersi i koszulę rozwiewającą się od wiatru. Ludzie śmiali się w najlepsze. Wreszcie postawiła mnie na ziemi i zniknęła.
Stadko ogromnych karmazynek przybiegło do mnie gdacząc. Nie byłem większy od ich dziobów, kiedy przybliżyły się, żeby mnie dziobać.

Chyba jednak powiem, że stosunek Arrabala do kobiet jest nader "gęsty". Lęk przed Gęstym, wielokrotnie większym ode mnie jest mi znajomy, a może wręcz bliski. Jakże chciałbym obejrzeć sztuki Arrabala. Sam je reżyserował - w tym podobny do Kajzara, ale chyba nie tylko w tym.

Kajzar też jest moim jeszcze niespełnionym snem o literaturze i teatrze. Może do niego wrócę - nie wiem.

Dyskusyjną kwestią jest jak Helmut Kajzar zrealizował literacko i reżysersko swój postulat teatru meta-codziennego. Natomiast sama koncepcja wydaje mi się jak najbardziej słuszna i nader twórcza oraz szczególnie mnie satysfakcjonująca jako odbiorcę. Chociaż tak naprawdę jestem w ogóle za meta-rzeczywistością niekoniecznie "codzienną".

Przeżywamy tzw dni powszednie, bo i cóż mamy robić innego, taka jest procedura boska i nic nam do niej. Możemy tę rzeczywistość opisywać i jeśli akurat jesteśmy dupnymi artystami, to czynimy to, bowiem tak nam się podoba czynić. Ale nie jesteśmy jako natchnieni artyści jedynymi fatygantami opisu.

Dziennikarz może nas urzec fenomenalnym i prostym opisem serwując nam relację z jakiegoś wydarzenia sportowego. Cieszymy się jak dzieci - och, jak on wspaniale pisze, jaki barwny jest jego tekst i jak on nas ekscytuje jako czytelników. I dobrze, mamy do tego rzymskie prawo, pies nam mordę lizał.

Jeśli jednak artysta bierze się za opis rzeczywistości, zaczynają się przysłowiowe schody. Kiedy nam relacjonuje żywym tekstem jakieś wydarzenie (w trybie narracyjnym lub jako wypowiedź postaci scenicznej), to mamy równie dobre prawo spytać się, dlaczego nie zajmie się relacjami sportowymi w najlepszej gazecie, a nie zawraca głowy mnie, oczekującemu, niecierpliwemu odbiorcy sztuki, pragnącemu zaskakującego szczytowania jak najwrażliwszy prawiczek inicjacji.

Artysta ma mnie posiąść swoim dziełem - jeśli tego nie robi, ani nawet o to się nie stara, to niech odda swe pióro innemu panu, a nie Muzie.

Helmut Kajzar zdobywał świat i ludzi opisem opisu powszedniości.. Zniewalał ujęciem codzienności NIE jako konkretnego realnego wydarzenia z życia Kowalskiego czy Kowalskiej, ale jako owego wydarzenia mitem w stadium jego formowania.

Dobrym przykładem jest znacząca i laboratoryjnie precyzyjna kwestia o owadzie (mucha, osa, pszczoła), przypadkowo uwięzionym w szklance ("Archipelag Galapagos"). Jakże często przeżywaliśmy takie zupełnie banalne chwile, kiedy siedząc przy stole w letni dzień i prowadząc mniej lub bardziej istotną rozmowę usłyszeliśmy natrętne bzykanie muchy, rozbijającej się o szklane ścianki naczynia.

Towarzyszy takim momentom specyficzny stan ducha. Jaki? A to już jest istotne dla przezywającej to jednostki. Jaki? Ano różny i tak ma być. Kajzar tworzy z takiego wydarzenia surogat rzeczywistości w brylantowej szczypcie, kształtuje je w powstający na naszych oczach mit, a właściwie w ARCHETYP wszystkich na świecie wydarzeń tego rodzaju po wsze czasy. Jeśli kiedyś ewolucja spowoduje, że pojawią się latające koty, to ten meta-opis będzie wciąż całkowicie aktualny np. w sytuacji, gdy skrzydlaty kocur wpadnie do dzbanka po kawie (czyli zwykła banalna, codzienna i powszednia okoliczność - przecież to jasne).

I takiej kreacji oczekuję od artysty - pisarza, malarza, fotografa, poety i wyjątkowego aktora. Nie jestem mało wymagający - to fakt. Ale za to jakie mam przeżycia, kiedy natrafiam na taką sztukę. Tego mi nikt nie zabierze. ...

Pytacie: "Czy Kajzar i Arrabal, to znowu taki wielki cymes???"
Zresztą nawet jeśli nie pytacie (a nie pytacie, bo nie musicie), to i tak odpowiem (bo muszę).
Oczywiście, że nie.
Arrabal jest nieco anachroniczny ze swoją awangardową dezynwolturą rodem z lat 50-60-tych. Chociaż obsesje ma bardzo trafne, tzn trafia w moje bebechy, a to już coś. Natomiast pisanie Kajzara trudno nazwać porywającym, ale mieści się w nurcie europejskich nudziarzy artystycznych. Mówię o nim, jako o pisarzu. Teoretycznie nadzwyczaj słuszny, ale warto jeszcze mieć pisarski talent (choć on jednak talent miał, to dlaczego ja narzekam?). To jasne, że nie potrafię w jego ocenie wykazać zdecydowania i na dodatek mi z tym dobrze.

Nie chce się wierzyć, że w tym samym czasie na drugim końcu świata powstawało "Sto lat samotności", "Jesień patriarchy", "Alef", "Kraina najczystszego powietrza", ponad-epokowa "Terra Nostra", której trzy tomy ujmowały historię naszej cywilizacji w potężne archetypy, "Plugawy ptak nocy" ze swoją uwodzicielską narracją.

Macondo zawładnęło naszymi duszami i zmysłami, a "Raj" Jose Lezama Limy (i pewnie jego "Wazy orfickie") stał się tropikalną biblią sztuki w ogóle. Triumf mitu, archetypu i współ-stwórczej kreacji świata.

W porównaniu z kunsztem Latynosów starania Arrabala czy Kajzara wydają się nader wątłym i niezbyt smacznym ersatzem ambrozji, taką ambrozją instant.

To właśnie cudowni Latynosi zrealizowali odwieczne marzenia wszystkich kontynentalnych awangard o idealnej równowadze formy i treści. Odkryli oni bardzo prosty sposób na przekazywanie siebie innym - przypomnieli nam, że na początku była przypowieść, a z niej wysnuła się Biblia i Koran i że jeśli w przypowieści najważniejsze zdanie brzmi "Na początku był... i dalej, dalej", to początek jest najistotniejszy w ogóle - w sztuce literackiej też.

I wielcy autorzy podjęli trud opisu wszystkiego in statu nascendi. Kreowali w swej prozie świat pełen jeszcze nienazwanych elementów, ledwo widocznych, ale ruchliwych efemeryd, pragnących przybrać jakiś, często byle jaki kształt, który pozwoli im - po prostu - być.
Jeśli kwestia ostatniej kochanki dyktatora brzmi "od czasu kiedy mnie zgwałcił, gdy miałam 12 lat", to doskonale wiadomo, że jej narracja ma właśnie taki moment inicjacyjny i jest to czas, w którym powstaje człowiek i towarzyszący mu mit.

 

Jak zwykle pod moim artykułem na stronie "Piotr Wójcicki - Długa Rozmowa" serwuję wyrafinowane audio-pliki - do posłuchania, do ściągnięcia może nawet.
Tak więc czeka na Was Carlos Fuentes, Jean Genet, Witkacy i Bruno Schulz. Zapraszam.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Są do bólu pretensjonalni. Dobra lektura dla licealistów (jak Łysiak:):):))
Pamiętam pierwsze spotkanie ze "Stu latami samotności". Doszedłem do ostatniej strony i.... zacząłem od początku, tak mnie zauroczył realizm magiczny. Mam zwyczaj ważniejsze dla mnie książki czytać ponownie po dekadzie. Cóż za rozczarowanie! Pierdolenie (także dosłownie:)) spod którego wyziera czerwona morda komunizmu!
A jeszcze te popłuczyny "realizmu magicznego" w wykonaniu wszystkich tych następnych kandydatów do Nobla. Najczęściej zresztą kandydatek, bo receptą jest: "kolorowa kobieta z byłej kolonii, opisująca w poetyckim stylu męczeństwo swojej płci i ludu". Bez przerwy pod ręce pchają mi się takie syfilisy - a to o czarownicy z Jamajki, a to o czarownicy z Australii... Czarownice są dobre, bo zarazem feministyczne, jak ludowe i antycywilizacyjne...
Niestety (czy na szczęście) wyrzucam od razu nazwiska autorek z pamięci. Ostatnią książkę, która skusiła mnie tym, że miała być o Aborygenach, a okazała się onanizmem literackim i dopominaniem się o "politycznie poprawne" recenzje i nagrody, oddałem właśnie do naszej gminnej biblioteki (która ma ambicje i kupuje nowości) z recenzją: "Tego się nie da czytać!!!!". A wie pan - odpowiedziała mi miłą panienka (bo jedną z zalet biblioteki są młode i piękne bibliotekarki:):):) - ktoś już to powiedział.
Zadałem sobie trud i poszukałem w Sieci, więc mogę coś zacytować:
"Nakładem Wydawnictwa Media Rodzina ukazała się książka pt. `Karpentaria` - aborygeńskiej pisarki Alexis Wright. W leżącym u wybrzeża australijskiej zatoki Karepntaria miasteczku Desperance, narażonym na burze i cyklony, żyją niezwykłe postaci. Aura mglistej tajemniczości otacza walkę o prawo do ziemi między Aborygenami a białymi przybyszami i przedstawicielami miejscowych władz. To zderzenie dwóch kultur i dwóch światów - współczesnej rzeczywistości oraz odwiecznych wierzeń i mitów, które najpełniej symbolizuje wąż przodków obdarzony stwórczymi mocami. Autorka Alexis Wright jest członkiem plemienia Waanui z górzystych terenów Zatoki Karpentaria, mówi głosem swoich aborygeńskich braci.
Głównym wątkiem interesującym prawie wszystkie barwne postaci opisane przez Wright jest prawo do ziemi i do kopalni oraz powracający temat różnicy wiary, przez które przebija najważniejsza kwestia: scalenia Australii po nadużyciach kolonizacyjnych.
Historia koncentruje się wokół życia niezwykłego Norma Phantoma i jego najbliższych, jednak i pozostałym bohaterom nie brak wyrazistości, głębi i aury mglistej tajemniczości, które sprawiają, że trudno obok tej książki przejść obojętnie.

Oto wobec czego trudno przejść obojętnie:

"ROZDZIAł DRUGI
ANGEL DAY
PEWNEGO WIECZORU W NAJSUCHSZYCH TRAWACH NA ZIEMI
DZIEWCZYNKA, KTÓRĄ ZNA£ JEJ LUD, ZAPYTAłA, CZY KAŻDY
MOŻE ZNALEŹĆ NADZIEJĘ.
LUDZIE PRZYPOWIEŚCI I PROROCTWA DŁUGO ZASTANAWIALI
SIĘ NAD TYM, CO JEST BEZNADZIEJNE, AŻ W KOÑCU
STWIERDZILI, ŻE JUŻ NIE WIEDZĄ, CO OZNACZA NADZIEJA.
ZEGARY, TIK-TAK, TIK-TAK, WYGLĄDAŁY, JAKBY MIAŁO IM
ZABRAKNĄĆ CZASU. NA SZCZĘŚCIE SŁUCHAŁY TEGO DUCHY
ZE WSPOMNIEŃ DAWNYCH LUDZI I POWIEDZIAŁY, ŻE KAŻDY
MOŻE ZNALEŹĆ NADZIEJĘ W HISTORIACH: W HISTORIACH
DŁUGICH, ALE TEŻ I KRÓTKICH, WIĘC…
Normal Phantom odwrócił się od chwały chmur burzowych,
widocznych nad morzem, by złapać za rogi szare nieszczęścia
ludzkiego życia i spojrzeć im prosto w oczy. Popatrzmy
na jego zaciszny dom, ten zbudowany z ciągle grzechoczącej na wietrze blachy falistej barak, powstały z odrobiny
wody święconej, zaklęć, duchów, obietnic z opakowań po
farbie do włosów i innych porzuconych materiałów, które
można znaleźć na wysypisku po drugiej stronie drogi."

I tak chyba do końca, bo ja odpadłem po piątym rozdziale :):):)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#41780

Eee, chyba z tą "czerwoną mordą komunizmu", wyzierającą ze "Stu lat samotności", to jednak przesada. Latynosi, to artystyczna potęga i wszelkie porównywanie ich do jakichś modnych pismaczek, żerujących na politycznej poprawności wydaje mi się nieuprawnione.

Ale tak w ogóle - przede wszystkim - życzę Tobie i wszystkim kochanym Niepoprawnym jak najlepszego Nowego Roku czyli Dosiego Roku, trzymajmy się krzepko, a będzie nam lepiej.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#41816

.... dystansu do komunistycznych wytrysków.
Widzę, że trudziłem się na darmo....
Dobra literatura nie tylko wymaga, żeby piała ją jakaś jednonoga lesbijka, będąca mieszanką Chinki i Pigmejki. To jeszcze musi dać się czytać.
Nie jestem pojebany do końca, bo spokojnie przyswajam J.L. Borgesa (choć nadal uważam, że jest pretensjonalny do bólu, na szczęście ma dobry styl...:):):)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

------------------------- "Dixi et salvavi animam meam"

#41818