Dyskretny urok empirii

Obrazek użytkownika fotoamator
Idee

Tekst ten dedykuję wszystkim tym, którzy chcą zrozumieć...

Nie dane mi było po ukończeniu szkoły zbyt długo cieszyć się z pierwszej, stałej pracy w moim życiu. Miałem jeszcze jakąś nadzieję, gdy mijał październik, lecz złudzenie to prysło z początkiem listopada, gdy listonosz przyniósł mi pisemko, które musiałem obowiązkowo podpisać. Zawiadomienie o niezwłocznym stawieniu się w Wojskowej Komendzie Uzupełnień przyjąłem chłodno, lecz z niepewnością dalszego losu, który uzależniony był od widzimisię PRL-owskiego żołdaka, w stopniu chorążego.

Liczyłem, że może uda mi się „odsłużyć” dwa lata blisko domu, a służba związana będzie z moim wykształceniem. Lecz była to tylko nieśmiała nadzieja. Wiedziałem bowiem dobrze, że „sens i logika kończy się tam, gdzie zaczyna się wojsko” – to zdanie powtarzali mi często starsi koledzy, którzy „odsłużyli” już swoje.

Tak więc pojechałem do WKU, z duszą na ramieniu i, zgodnie z „logiką wojskową”, otrzymałem przydział do jednostki łączności. Pomyślałem, że w medycynie też przecież chodzi o łączność, tylko bardziej o tę pomiędzy ludźmi... Logika wojskowa chodzi jednak swoimi drogami i tak, jak w anegdocie o poborowym z Łodzi, który miał nadzieję na służbę w rodzinnym mieście i dostał, a jakże, powołanie do łodzi, tyle że podwodnej i to na całe trzy lata, tak i ja cieszyłem się, że przynajmniej tylko 100 km od domu przyszło mi bronić naszej „ludowej ojczyzny”.

Cieszyłem się tym bardziej, że wiedziałem, iż moi koledzy, którzy próbowali wymusić na obywatelu chorążym przydział blisko domu, dostawali „bilet” na Mazury, skąd nie było możliwości przyjazdu na 24 godzinną przepustkę do domu.

Ucieszyłem się wtedy, jakże naiwnie sądząc, że te 100 km coś zmienia. Nie wiedziałem, że równie dobrze mógłbym dostać „bilet” na Kamczatkę, a przepustka jest częścią systemu podporządkowania i zniewolenia żołnierza, który często musi się upodlić, aby ją otrzymać.

Co było potem, gdy przekroczyłem już bramy tego więzienia, które nazwane było potocznie jednostką wojskową? Nie sądziłem wtedy, że złodzieje i bandyci mają znacznie lepsze warunki bytowe niż poborowi z powołania. Nie wiedziałem również, że upodlenie człowieka może osiągnąć takie rozmiary.

Nie chcąc zbyt szeroko opisywać mojego pobytu w wojsku, bo nie to jest przedmiotem tego tekstu, muszę jednak wspomnieć o kilku faktach, które diametralnie zmieniły moje postrzeganie ówczesnej rzeczywistości.

Nigdy nie wiedziałem co to głód. Owszem, głód był mi znany z książek, opowieści moich dziadków i rodziców, filmów dokumentalnych i wielu innych „pośrednich” źródeł. Jednak dopiero w wojsku poznałem czym jest prawdziwy głód, gdy zmusił mnie on do jedzenia rzeczy gorszych niż pokarm dla psów. Ledwo skrzepnięta świńska krew z garścią niedogotowanej kaszy jaglanej, którą nazywano „żużlem” stanowiła część wojskowego „jadłospisu”. Poznałem, co to znaczy „kradzież”, przemycanie i ukrywanie pod poduszką kromki czerstwego chleba, za którego posiadanie na żołnierskiej sali groziły „poważne” konsekwencje, w postaci „ćwiczeń gimnastycznych” w środku nocy, na kilkunastostopniowym mrozie.

Poznałem, co to wysiłek fizyczny, gdy przyszło mi o 5.30 skakać jak żaba dookoła boiska, wzdłuż szpaleru kaprali, plutonowych i sierżantów, którzy ujadali niczym psy na każdego, kto nie trzymał marszowego tempa „Międzynarodówki”, albo gdy, odchudzony w przeciągu miesiąca o 10 kilogramów, musiałem biec kilkanaście kilometrów z pełnym rynsztunkiem i bronią na ramieniu.

Poznałem potem co to zimno, gdy przez trzy godziny, w lekkim umundurowaniu musiałem bez rękawiczek, na mrozie, kleić tarcze na strzelnicy, a potem, gdy sam musiałem strzelać i palec przymarzł mi do spustu. To samo przenikające do szpiku kości zimno odczułem również wtedy, gdy stałem wraz z innymi na zamarzniętym placu apelowym, w ubraniu reprezentacyjnym, ponad 3 godziny na baczność, bo kaprale nie byli zadowoleni z przebiegu „ćwiczeń” przed przysięgą.

Poznałem prawdziwe upodlenie, gdy w postawie „na baczność” musiałem prosić o pozwolenie pójścia do toalety, lub gdy własną żyletka do golenia musiałem czyścić pisuary. Inni mieli jeszcze mniej szczęścia – wybierali kał z zatkanych ubikacji gołymi rękami.

Mógłbym wymienić jeszcze setki przykładów i sytuacji, w których człowiek zaczynał wątpić w sens człowieczeństwa, ale napiszę jeszcze o jednej rzeczy. PRL-owskie wojsko było największą „wylęgarnią” psychicznych dewiacji, okaleczeń i śmierci samobójczych, które komunistyczny system ukrywał przed społeczeństwem. Nie można dawać wiary tym, którzy teraz traktują swoją przeszłość anegdotycznie, wspominając czas pobytu w wojsku jako młodzieńczą przygodę, lub obywatelski obowiązek. Każdy z nich, choć w różnym stopniu dotknięty został piętnem totalitaryzmu i fałszywy uśmiech tego nie zmieni.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że świadomość i wiedza pokoleń młodych ludzi, urodzonych po 1980 roku oparta jest na pewnym opisie rzeczywistości. W pełni rozumiem ten fakt, bo sam przecież, dopóki nie doświadczyłem na własnej skórze, czym jest rzeczywiste zło i jak ono działa, miałem niepełny jego obraz. Owszem, czasy, w których przyszło mi dorastać były bardzo trudne, jednak zawsze byłem tylko obserwatorem, do którego docierały jedynie pewne elementy rzeczywistości.

Przeżywałem śmierć Grzegorza Przemyka, wraz ze swoimi rówieśnikami i tak samo przeżywałem śmierć Ks. Jerzego Popiełuszki. Widziałem pałowanie studentów przez ZOMO, lecz z bezpiecznej odległości, ukryty w bramie. Kolportowałem ulotki i pisma podziemnej Solidarności, lecz nie wiązało się to z bezpośrednim zagrożeniem (przynajmniej tak myślałem), bo robili to również inni. Byłem na utrzymaniu swojej rodziny i nie musiałem martwić się o jedzenie, ubranie, książki, czy spokojny sen we własnym łóżku. Wojsko zmieniło wszystko. Odwróciło system wartości i sprawiło, że po raz pierwszy poczułem smak strachu, niebezpieczeństwa i zwierzęcej wprost woli przetrwania.

Empiryzm poznawczy jest dopełnieniem procesu poznawania świata poprzez pośrednie środki. Znaczna część społeczeństwa, nie tylko ludzi z pokolenia lat osiemdziesiątych i późniejszych ma ograniczone możliwości poznawcze, w tak bezpośredni sposób. Ba ! Można nawet powiedzieć, że całe rzesze ludzi same, dobrowolnie, pozbawiają się nie tylko elementów empirycznych, ale również ich wiedza teoretyczna jest na bardzo niskim poziomie.

Duża też część żyje w przeświadczeniu, że doświadczenie życiowe jest w stanie zastąpić akademicką wiedzę. Ale tylko odpowiednia proporcja tych obu wartości poznawczych sprawia, że życie człowieka jest pełniejsze.

Zostawię jednak na razie ten całościowy element rozważań i skupię się na poznaniu poprzez doświadczenie.

Dzisiejszy świat jest opanowany przez media. Trzeba by było być pustelnikiem, aby we współczesnym świecie nie być narażonym na „bombardowanie” informacjami ze wszystkich stron. Sytuacja taka jest oczywiście bardzo „wygodnym” rozwiązaniem, bo nie trzeba specjalnie się wysilać, aby posiąść „łatwą” wiedzę. Łatwość ta sprawia jednak, że w wielu przypadkach nie można jej w prosty sposób zweryfikować. Taka forma przekazu informacji stwarza idealne środowisko dla rozwoju wszelkiego rodzaju patologii.

Bardzo łatwo jest użyć mediów jako narzędzia manipulacji, dezinformacji lub nośnika kłamstwa, jeśli odbiorca informacji nie dysponuje pewnym zakresem empirycznego doświadczenia i elementarnej wiedzy. A przede wszystkim bardzo łatwo jest przekonać takiego odbiorcę, że treść przekazu jest "prawdziwa". Główną przyczyną takiej sytuacji jest fakt, że we współczesnym świecie autorytety moralne zostały zastąpione autorytetami medialnymi, „kształtującymi” opinię społeczną za pomocą sztuczek socjotechnicznych i mniej, lub bardziej prymitywnego marketingu medialnego.

Jeśli obiektywnie przyjrzeć się współczesnym mediom, to ich „twarz” stanowią często młodzi ludzie, których ja nazwałbym „dziennikarzami w krótkich spodenkach”. Często ich merytoryczne przygotowanie, w zakresie informacji, którą przekazują, sprowadza się do teatralnego odtworzenia wcześniej przygotowanych przez inne osoby treści, które przedstawiają w wyuczonej formie, z obowiązkową pauzą przed zakończeniem swojego wystąpienia przed kamerami. Brzmi to mniej więcej tak – Zdzisław Kowalski (długa pauza ) wiadomości.

Systematyczność i konsekwencja mediów w rozwijaniu takich, uproszczonych i niejednokrotnie fałszywych form przekazu służy wielu celom. Na pierwszym miejscu stoją oczywiście pieniądze – czyli pośrednie i bezpośrednie wpływy z „oglądalności” ale na drugim interesy pewnych grup, którym zależy na utrzymaniu władzy. Bowiem władza, to środki przekazu, dzięki którym można w bardzo prosty sposób wpływać na opinię społeczeństwa. Jednak biorąc pod uwagę zróżnicowanie społeczeństwa pod względem świadomości, wiedzy i doświadczenia życiowego należy uznać, że media typu radio i telewizja są nośnikiem treści najbardziej okrojonej, a ich główna siła tkwi w ilości przekazywanych informacji, w połączeniu z atrakcyjną formą przekazu.Stąd prosty wniosek, że największe ich oddziaływanie ma miejsce w środowiskach o niskim poziomie świadomości.

Wracając do „dziennikarzy w krótkich spodenkach” można zauważyć pewne ciekawe zjawisko. Otóż często, ta „medialna młodzież” próbuje oprócz samego przekazu informacji dodać przy tym swój komentarz. Dla mnie osobiście jest to śmieszna próba wypromowania autorytetu, nie opierającego się nie tylko na solidnej wiedzy, a przede wszystkim nie opierającego się na własnym doświadczeniu.

Czym grozi taka wybiórczość przekazu, okrojona do formy prostych haseł i tanich chwytów medialnych ?

Pokolenie wychowane na szybkim odbiorze krótkich informacji, nie przywiązuje wagi do głębszych treści, które jawić się mu mogą jako „zbytnie dłużyzny”. Trudno także doszukiwać się w takich treściach odniesień do faktów, których się po prostu nie zna i poznać nie chce – to jest często zbyt trudne i czasochłonne. Można zauważyć, że skutek sformalizowania przekazu do postaci łatwo przyswajalnej, bardzo uatrakcyjnia miałką treść, która i tak staje się coraz mniej istotna.

Forma przekazu determinuje postrzeganie w tak dużym stopniu, że następuje całkowite odwrócenie sensu i wartości, które przekaz ze sobą niesie.

Jak to wygląda w praktyce ?

Odpowiedzi należy szukać w mediach. Telewizja jest chyba najlepszym przykładem, bo stanowi konglomerat metod socjotechnicznych, których „realizacja” następuje poprzez dwa najważniejsze ludzkie zmysły – wzrok i słuch. W ten sposób, używając odpowiednich „narzędzi” bardzo łatwo jest manipulować człowiekiem. Wartości, które od wieków uznawane są za negatywne i destrukcyjne można „opakować” w atrakcyjną formę wizualną i w ten sposób „zamaskować” ich pejoratywny wydźwięk.

Jakże często telewizja promuje symbole satanistyczne, obsceniczne gesty, lub wulgarny język w tzw. programach rozrywkowych. Jak dużo jest przemocy, śmierci, epatowania seksem, w fabułach filmów i seriali – a dodać przy tym należy, że nawet te sceny są zafałszowane i uproszczone dla zwiększenia efektu i podniesienia atrakcyjności formy…

Nie inaczej jest z materiałem informacyjnym, który powinien być przecież rzetelnym i obiektywnym przedstawieniem wycinka rzeczywistości, niczym surowa fotografia reporterska. A jednak informacja dociera do odbiorcy po „retuszu”. Oprawiona w „ramkę” i „podana” o odpowiedniej porze oglądalności, co również jest jednym z elementów manipulacji.

A manipulacja może być nachalna jak to ma miejsce w przypadku „wyrywania” z kontekstu wypowiedzi słów lub zdań, które mogą zdyskredytować osobę w opinii odbiorcy, lub też być bardziej subtelna jak to mam miejsce w przypadku poprzedzenia informacji innym materiałem, który naprowadza odbiorcę mentalnie na „właściwy” osąd osoby, która wypowiada się później. W ten sposób można „nastawić” odbiorcę pozytywnie, pokazując mu np. przed wystąpieniem tracącego popularność polityka materiał o nowych, pięknych inwestycjach, lub negatywnie, pokazując przed wystąpieniem np. ministra rolnictwa materiał o upadłości zakładów mięsnych. Te „delikatne” sugestie można w dowolny sposób modyfikować i np. po słowach o chęci do debaty, pokazać zamieszki na stadionie wywołane przez pseudokibiców.

Nowym medium, które łączy praktycznie wszystkie formy przekazu, jest Internet. Jest w nim zawarty obraz stały i ruchomy, dźwięk, oraz tekst, a przede wszystkim interaktywność, która wywołuje złudne poczucie wpływu na przekaz. Oczywiście większość użytkowników Internetu nie zdaje sobie sprawy, że wpływ ten jest w skali globalnej znikomy, a przekaz kształtowany jest przez tych, którzy dysponują wystarczającą ilością środków finansowych, umożliwiających im kontrolę treści.

Informacja w tym medium jest jeszcze trudniejsza do zweryfikowania niż w mediach „tradycyjnych” – głównie ze względu na skalę, ale także celowe działania innych użytkowników, którzy sympatyzują z określonymi środowiskami politycznymi, czy światopoglądowymi. Jednocześnie można dostrzec, że stopień degrengolady obiektywnego przekazu jest olbrzymi, zaś informacja nie tylko przekazywana jest w sposób fałszywy, i/lub zmanipulowany, ale również bardzo często zaprzecza obiektywnej rzeczywistości badawczej. „Wyparcie się” rzeczywistości jest szczególnie częste na forach publicystycznych, gdzie pojawiające się opinie często przeczą istnieniu prawdy i logiki.

Można napisać, że ziemia jest płaska i zawsze znajdzie się zwolenników tej teorii. Można nawoływać do przemocy i znajdą się osoby, które zaczną „realizować” przemoc w rzeczywistości. Można obrażać innych bezpodstawnie i zawsze znajdzie się tłum, który używać będzie najbardziej plugawego języka, by tylko wyładować emocje.

Gdyby ludzie zachowywali się w rzeczywistym świecie, tak jak w przestrzeni internetowej, ludzkość byłaby na poziomie wojen plemiennych.

Dlaczego tak się dzieje ?

Powrócę do początku tekstu i znów wspomnę o doświadczeniu. Człowiek, wychowany na wsi, będzie miał zupełnie inne doświadczenie śmierci i przemijania, jeśli w dzieciństwie brał udział w zabijaniu i oprawianiu świń, lub innego domowego inwentarza. Człowiek taki z dystansem spojrzy na film, w którym śmierć pokazana jest w sposób mało realny. Lecz ilu ludzi widziało zabijanie świni ? Czy wśród nich są ci, którzy mieszkają w wielkich miastach, urodzeni tam i wychowani?

Współczesne pokolenia pozbawione są często doświadczeń, pozwalających im weryfikować rzeczywistość, a przede wszystkim właściwie oceniać priorytety poznania. Nie doświadczyli przecież atawistycznego strachu przed rzeczywistym zagrożeniem, a tym samym ich świat jest „kokonem”. Nie znają często realnych zachowań innych ludzi , bowiem kontakt z ludźmi ogranicza się do wąskiego środowiska, w którym żyją i komunikacji z nim poprzez wytwory postępu technologicznego. W „tym świecie” nie ma miejsca na „graniczne” doznania i realizm cierpienia. Są one zastąpione „wirtualnymi” odpowiednikami, fałszującymi rzeczywistość.

Z takimi ludźmi bardzo trudno jest rozmawiać. Braku „wspólnego języka” nie zrekompensuje nawet duża, aczkolwiek bardzo teoretyczna wiedza, która często opiera się właśnie na fałszywych informacjach, lub błędnym, z założenia, wnioskowaniu.

Pisząc ten tekst myślę o pokoleniu moich dzieci. Myślę również o tych wszystkich, którzy są zagubieni w gąszczu informacji i nie dostrzegają, że obiektywny obraz rzeczywistości składa się nie tylko z wielu warstw, ale też kolorów. I dla nich właśnie jest ten tekst – jeśli oczywiście zechcą go przeczytać i zrozumieć…

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Bardzo do mnie ten tekst przemówił. Szczególnie w kwestii służby wojskowej. Skomentuję, gdy znajdę czas.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#298324

spostrzeżenia.
Odnosząc się do aspektu wychowania dzieci i młodzieży.
Należy z dziećmi rozmawiać. Wiem, czasem jest to bardzo trudne, ale jest to niezbędne doświadczenie by mogły oceniać we właściwych proporcjach i co chyba jeszcze ważniejsze by potrafiły same krytycznie oceniać i selekcjonować to co słuchają i oglądają.
Moje doświadczenie pokazało że nie należy zwlekać z tymi doświadczeniami i pozostawiać je na czas dorastania. Mam dzieci o dużej rozpiętości wiekowej. I to właśnie doświadczenia z dzieckiem najstarszym pokazały mi jak należy postępować. Dzieci powinny być przyzwyczajane do oglądania programów publicystycznych i politycznych od wieku około dziesięciu lat. Przy czym oglądanie powinno być bardzo selektywne, tak by wyrobić nawyk selekcjonowania informacji. Telewizor i radio oraz telefon nie są urządzeniami które muszą zajmować nam cały nasz czas w ciągu dnia. Nauczyłem dzieci włączać je (lub odbierać) gdy jest po temu pora, odpowiedni moment. Nauczyłem dzieci że nawet telefon komórkowy nie może zmuszać ich do bycia ustawicznie "pod telefonem".
Ponadto w przypadku programów telwizyjnych czy radiowych należy w trakcie (o ile to jest możliwe) a zwłaszcza po jego zakończeniu z dzieckiem rozmawiać na temat tego co usłyszało i zobaczyło. Musi to być spuentowane odniesieniem do rzeczywistości, do doświadczeń rodzinnych czy osobistych rodzica lub kogoś innego bliskiego. Dopiero taki odbór pozwala na uniknięcie pułapki papki medialnej przyjmowanej bezkrytycznie i "jak leci". Nauka samodzielnego i krytycznego myślenia odbywa się u dziecka już w bardzo wczesnych etapach życia i nie należy tego procesu pozostawiać szkole i mediom. Należy samemu - choć to bardzo trudne - ten proces prowadzić, próbować kontrolować. Podobnie należy reagować na "wiadomości" przynoszone ze szkoły. Tu sprawa jest trochę trudniejsza, bo szkoła ma wymagania, które jeśli nie są spełnione owocują zaniżoną oceną. Ale pewne sprawy jak na przykład podejście z hurra optymizmem do ochrony środowiska według politpoprawnoścowego schematu, można pokazać z innej perspektywy niż robi to szkoła i bez uszczerbku w ocenach. Ważne by dziecko było w stanie w możliwie wczesnym etapie nauki móc samodzielnie oceniać wartość materiału z jakim się styka. Oczywiście nie obędzie się bez błędów i to niekoniecznie spowodowanych rodzicielską pomocą idącą w poprzek politpoprawności. Chodzi też o to że dziecko samo przejwia pewne inicjatywy, które potem mogą się nakładać na cały ten dość skomplikowany układ media-szkoła-dom-środowisko. Tym niemniej należy próbować samemu kształtować myślenie dziecka w jakimś małym zakresie by takie ćwiczenia mogły być później przez dziecko adaptowane w jego rozwoju i by weszły do stałych elementów jego systemu wartościowania i selekcji informacji.

Sposób podawania informacji w mediach jest sprowadzony do pewnego rodzaju stałego elementu gry, podlega rutynizacji która polaga tym że jest to robione z predkością karabinu maszynowego by nie dać czasu na zastanowienie i refleksję. Propagandowe media nie dają dziś czasu na refleksję w trakcie przyjmowania informacji. Nie pozwalają na głębsze zastanowienie się nad sensem samej informacji w odniesieniu do rzeczywistości jaka nas otacza. To wyklucza możliwość natychmiastowego wyrobienia sobie opiniii na dany temat. Dlatego do ćwiczeń wybieram zawsze programy w których ludzie mówią powoli i z namysłem. Programy Pana Pospieszalskiego czy TV Trwam są tu wyjątkowo cenne. Właściwie wszystkie inne nie nadają się wcale jako wprawka do samodzienego myślenia, głównie z racji nasycenia kłamstwem. Niektóre, jak loża prasowa pozwalają na dyskusję ale ze starszymi dziećmi, które mają już wyrobony nawyk odsiewania prawdy od fałszu.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#298381

Z małymi dziećmi jest prościej. Gorzej z młodzieżą, a nawet ta "starszą" młodzieżą.
Bardzo dziękuję za ciekawe uzupełnienie i serdecznie pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Zapraszam do odwiedzania autorskiego bloga http://wojnaznarodem.blogspot.com/

#298520

Coraz mniej ważkich tekstów, Twój jest jak łyk krynicznej wody. I wart jest szerszego rozwinięcia.

Serdecznie Pozdrawiam

jwp - Ja też potrafię w mordę bić.

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#298465

Bardzo dziękuję :)
Rzeczywiście tekst jest próbą poruszenia tematu szerszego. Może znajdę czas by napisać kontynuację...
serdecznie pozdrawiam !

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Zapraszam do odwiedzania autorskiego bloga http://wojnaznarodem.blogspot.com/

#298522

Wielu prezenterów radia i tv odbiorcy mediów mylnie nazywają dziennikarzami, natomiast wielu dziennikarzy zachowuje się jak prezenterzy.
Ot taka maleńka, subtelna różnica... Zauważalna jest zwłaszcza wtedy gdy widać, że egzemplarz przed kamerą lub mikrofonem przejawia pewne symptomy tego, że nie ma kompletnie pojęcia o tym co w danej chwili artykułuje.
Niestety odbiorca mediów jest przez nie tak "wytresowany", że nie reaguje na nic, skoncentrowany na konsumpcji ilościowej.
Jakość dla niego nie ma znaczenia bo jak może ocenić jakość jeśli nie ma żadnych kryteriów. O co oczywiście zadbały media...

Na szczęście nie wszystkich udało się tak "wytresować".

Pozdrawiam.
contessa

_______________
"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być".
Lech Kaczyński
_______________
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten aldd meg a Magyart

"Urodziłem się w Polsce" - Złe Psy :
http://www.youtube.com

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#298540