Kolędowanie

Obrazek użytkownika Krzysztof J. Wojtas
Idee

 Rzadko już zdarza się wspólne śpiewanie kolęd. W części polskich domów zaledwie, bo i tradycja się zmienia. Kiedy pytam znajomych – częstą odpowiedzią jest, że jeżdżą „od rodziny do rodziny” na „kolacje wigilijną” . W pośpiechu, aby tylko zdążyć być i tu, i tu.
Coś gubimy w takim pośpiechu.

Pod koniec lat 80-tych, kiedy dzieci były małe, postanowiłem wprowadzić śpiewanie kolęd. Przez cały grudzień, poświęcaliśmy wieczory (z trójką maluchów – żona zwykle była zajęta różnymi czynnościami i tylko do nas dołączała poprawiając nadmierne fałsze) na naukę słów i śpiewanie.
Nie powiem, fałszowaliśmy równo, ale pod koniec jakoś tam zaczęło wychodzić.
No to zaprezentowaliśmy swe umiejętności na forum rodzinnym.
I.... oznaki niechęci. 
Bo inne dzieci w rodzinie były nastawione na szybkie rozdawanie prezentów. Dla nich to było podstawowym punktem programu Wieczerzy Wigilijnej.

Z czasem przeforsowałem swój punkt widzenia, a nawet wymusiłem udział w śpiewaniu. Chociaż zawsze pojawiają się „przerywniki”. Cóż, rodziny się nie wybiera; rodzinę się ma.

Pokolenie rodziców już odeszło. Teraz już nam przypada rola podtrzymywania tradycji.
Od 5 lat wystawiamy przed domem szopkę – zdjęcie ubiegłorocznej:

http://brakszysz.salon24.pl/146204,moja-szopka-2009

W tym roku podobna – doszedł tylko osiołek przy żłobku.
I po Wieczerzy Wigilijnej śpiewamy kolędy.

No właśnie. W tym roku kiepsko to wypadło. Zapomina się słów, a gdzieś cię pogubiły teksty. Jak się zaś raz przerwie to i bywa, że nastrój gdzieś zanika. Kiepsko.

Dlatego po wewnętrznej naradzie rodzinnej (sam ze sobą) stwierdziłem, że robimy rodzinne śpiewanie kolęd.
Żona jak zwykle – oportunistka. Wiadomo – babie się nie chce. A przecież to tak niewiele roboty z przygotowaniami ;-)
Wszystkiego trzy dni pracy!!!

Pewnie Panie czytające naostrzyły już przynajmniej języki, aby przyciąć to bredzenie. 
A co mi tam.

Niemniej udało mi się przekonać. Stwierdziłem – żadnych nadmiernych przygotowań. Żadnych wielkich wyszynków i napitków. 
Wokół choinki poustawialiśmy krzesła. Stół i stoliki w kącie. Tam przekąski.
(Założyłem, i słusznie, że jak przyjadą ciotki , to poprzywożą choćby po kawałku własnego wypieku – na stole miały być te ich wyroby i to z fiszką, czyje, co jest – aby w razie czego przepis przekazać). 
Małżonka upiekła domowego chleba, do tego był smalczyk domowej roboty + ogórki. To jak już ktoś chciał.
Jako głowa domu dokonałem kupażowania zapasu win własnej roboty – na grzańca. Bo na starcie każdy dostawał do wypicia, celem rozgrzania gardła, albo grzańca, albo szklankę gorącego, czerwonego barszczu (kierowcy).
Na zakończenie śpiewania przewidziany był bigos – tydzień przygotowań. I to wszystko.

Dla chcących wykorzystać doświadczenia organizacyjne; wydrukowaliśmy zestaw kolęd – na kartkach. Kilkanaście. I śpiewane były – „jak leci”, po kolei. Warto o tym pamiętać – gdyż śpiewniki nie zdają egzaminu. Każdy chce co innego. To śpiewanie trzeba uporządkować.

Zaprosiliśmy całą rodzinę. Oczywiście część miała „bardzo ważne sprawy”, części coś w ostatniej chwili wypadło, ktoś musiał się „urwać’ ze spotkania z ks. kardynałem Nyczem (akurat było tam jakieś)– dojechał później. Ale i tak było około 30 osób.
I śpiewaliśmy.
Nawet niektóre kolędy „na głosy”. Nie przypuszczałem, że tak szybko i łatwo da się zgrać to wspólne śpiewanie. Bo to byli ludzie już blisko 80-ki, a i młodzież kilkunastoletnia.

Co jeszcze.
Ano – zorganizowaliśmy konkurs na wykonanie rodzinne kolędy. Nagrodą była pozostałość po świętach – ostatnia szynka – osobiście wędzona. Powstały tworzone ad hoc grupy. 
Nagroda została rozdzielona sprawiedliwie – tylko smak pozostał.

A na koniec, kiedy gardła były „rozgrzane” (nie mylić z sędzinami) – nawet nie przypuszczałem, że tyle tego grzańca pójdzie - to jeszcze wykonaliśmy parę innych pieśni. Udało się, co skonstatowałem ze zdziwieniem, bo nie sądziłem, że w rodzinie są też takie zainteresowania, wykonać na trzy męskie głosy „Czerwony pas”.

Cała impreza zaczęła się około 17.00 – pierwsi goście, a skończyła około 22.00. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni. Sugestia, że powinniśmy to robić co roku w różnych miejscach – znalazła pełną akceptację.

Opisałem dość dokładnie „cykl organizacyjny” – do wykorzystania, bo niekiedy chciałoby się coś takiego zrobić, ale powstają obawy, że to „trzeba się pokazać”, przygotować itd. Tymczasem tu najważniejszy jest program spotkania, a ten jest oczywisty. Reszta daje się dopasować. Jakby co – jedzenia, ciast i napitków – przywiezionych przez gości – sporo jeszcze zostało, bigosu też. To naprawdę trzeciorzędna kwestia.

A spotkać się warto.

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Zazdroszcze i oby tak dalej.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#125318

Krzysztof J. Wojtas
Dziękuję, ale ja liczę, że ktoś to podchwyci.
Największą satysfakcją byłoby, gdyby np. za tydzień, albo dwa, ktoś zdał sprawę z podobnego eventu.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Krzysztof J. Wojtas

#125348