Przed i po sprawie Dreyfusa (1)

Obrazek użytkownika coryllus
Historia

Włosi, szczególnie młodzi, są okropni nawet dzisiaj. Wtedy zaś, sto lat temu byli okropni potrójnie. Po pierwsze dlatego, że byli biedni, po drugie przez swoją łapczywość, a po trzecie dlatego, że zajmowała ich polityka, o której nie mogli mieć przecież pojęcia. Cóż bowiem może wiedzieć o polityce czeladnik piekarski albo najemny robotnik pracujący na budowach? Nic. On może tylko uzbroić się w sztylet i zabić króla, cesarzową albo prezydenta. Tyle. Na to by zrozumieć polityczne mechanizmy Włocha nie stać, jest zbyt głupi. Nie stać na to także Polaka, któremu Włosi imponują. Zacznijmy jednak od początku.

Rok 1894. Czerwiec. 25 dzień miesiąca. Światowa Wystawa w Lyonie. Przybywa na nią sam prezydent republiki pan Marie Francois Sadi Carnot. Przybywa w chwale, ledwie trzy lata wcześniej odszedł z tego świata jego największy wróg, były minister wojny, człowiek czarnej reakcji i przeciwnik rozdziału kościoła od państwa Georges Ernest Jean Marie Boulanger. Jak to zwykle we Francji bywa podpora reakcji i zwolennik kościoła pan Boulanger odebrał sobie życie na cmentarzu Ixelles w Brukseli. Dlaczego tam? Otóż dlatego, że tam była pochowana jego kochanka, bez której pan generał, były minister wojny III Republiki nie mógł żyć. Przyszedł na jej grób i strzelił sobie w łeb patrząc na wyryte na płycie nazwisko. Nic nadzwyczajnego.
W domach radykałów, w siedzibach ich partii, w teatrach i burdelach zwykle przez nich odwiedzanych strzeliły korki od szampana, zaś pan prezydent Carnot mógł świętować właściwie codziennie. I świętował. Aż do tego czerwcowego dnia, kiedy to pojawił się w Lyonie, by obejrzeć triumfujący na światowej wystawie geniusz republiki. Tam właśnie spotkał go ubogi włoski robotnik nazwiskiem Santo Caserio. Człowiek ów był anarchistą i miał w rękawie ukryty sztylet. Wziął go ze sobą specjalnie po to by wbić ostrze w pierś pana prezydenta Carnot. Zamiar ten powiódł się całkowicie i znowu strzeliły korki od szampana, tym razem w innych domach, w innych teatrzykach i innych burdelach. I tu moglibyśmy przerwać naszą opowieść po to by nie rozciągać jej przesadnie, ale mój zamiar jest inny. Będzie to więc bardzo długa historia.

10 września. Rok 1898. 10 września. Genewa. Po molo wychodzącym głęboko w jezioro spaceruje odziana w czerń kobieta. Ma na imię Elżbieta i jest cesarzową Austrii oraz królową Węgier. Jej życie, odkąd zdecydowała się rozdzielić sypialnie swoją i męża upływa na podróżach. Cesarzowa – zwana Sissi – jest zwykle smutna i samotna. Niedawno umarł jej syn Rudolf. Okropnie to przeżyła. Przez wiele dni majaczyła i żyła iluzją, że Rudolf nie zabił się w zamku Mayerling, ale jest znowu małym chłopczykiem. Ona zaś, jego matka musi chodzić z niepokojem w sercu po całym Schonnbrunie i szukać tego niesfornego malca. - Rudolfie, Rudi, gdzie jesteś – wołała Elżbieta swojego syna, któremu właśnie okręcano roztrzaskaną głowę bandażami, żeby w ogóle nadawał się do pośmiertnej prezentacji w katedrze. 10 września, przywrócona do przytomności spacerowała po molo w Genewie. Nie była sama, towarzyszyły jej damy dworu, ale żadna z nich nie zwróciła uwagi na młodego, brudnego Włocha nazwiskiem Luigi Lucheni. Był to niski, przysadzisty drab, który poruszał się krokiem małpy. Krążył wokół wytwornie ubranych kobiet i usiłował domyślić się, która z nich jest cesarzową. Kiedy w końcu udało mu się ją rozpoznać podbiegł do zajętych rozmową kobiet i wyciągnąwszy z kieszeni krótki pilnik wbił go w pierś Elżbiety. Został rzecz jasna schwytany i skazany na śmierć. On także był anarchistą i nienawidził bogaczy. Jego rodak, który zamordował prezydenta był odeń jednak stokroć bardziej obyty politycznie. Nie uderzał na ślepo. Chciał zabić prezydenta Carnot i za nic miał jego lewicowe i postępowe przekonania. Uważał go za burżuja i zdrajcę. Lucheni zaś był po prostu prymitywnym głupkiem. Policji powiedział, że chciał po zamordować jakiegoś władcę lub arystokratę, obojętnie jakiego. Czekał na okazję. Ta akurat nadarzyła się wtedy w Genewie. Sissi zmarła natychmiast, zdążyła tylko spytać – co się stało? I już jej nie było.

28 lipca. Monza. Rok 1900. Król Włoch Umberto I wręcza nagrody sportowe. Od pamiętnego zamachu anarchistów, którzy wybrali spośród siebie jednego gamonia, uzbroili go w sztylet i kazali zakłuć nim króla, minęło 22 lata. Umberto postarzał się, ale nadal był dziarski i nadal wierzył, że może sobie poradzić z uzbrojonym w sztylet bandytą. Tamtego przecież pobili wespół z premierem i królową, a następnie oddali w ręce policji. Królowa tłukła go po łbie bukietem kwiatów. Zdążył jedynie ranić króla w ramię, a premiera w udo. Nic wielkiego, powód raczej do chwały niż do niepokoju. Umberto wręcza więc nagrody na torze w Monza ze spokojem. Odziany czarno, nerwowy młody człowiek nie budzi jego niepokoju. Nawet wtedy gdy wyciąga rewolwer. Król zostaje trafiony kilkoma strzałami. Naboje są zakażone, dla pewności. Król mógł przecież przeżyć postrzał, anarchiści chcieli, by w razie czego zmarł wskutek infekcji. Pobrudzili więc czubki nabojów jakimś świństwem. Taki sprytny chwyt. Zamachowiec – Gaetano Bresci nie jest tutejszy. To Amerykanin, który przyjechał do ojczyzny specjalnie po to by zabić króla. Liczył się ze śmiercią, ale nie w takich okolicznościach w jakich doń przyszła. Miał nadzieję, że umrze od kul policji lub po procesie, powieszony gdzieś w lochach więziennych. Liczył na to, że wygłosi przed sądem mowę, która wstrząśnie ławą przysięgłych, dziennikarzami i opinią publiczną. Przybył przecież z Ameryki, kraju wolnej prasy, pieniędzy i wolności słowa, z kraju gdzie głos opinii publicznej był tak samo ważny jak głos Boga. Miał pieniądze i broń. Daleko było doń tym oberwańcom, którzy rzucili się ze sztyletem i pilnikiem na prezydenta i cesarzową. Bardzo daleko. Tamci jednak doczekali się procesu, Bresci nie. Powieszono go w więzieniu, pozorując samobójstwo. Zupełnie tak samo jak to się czyni dziś z niewygodnymi świadkami i ludźmi, którzy za dużo wiedzą.

Znowu wrzesień. Tym razem 6 dzień miesiąca. Początek nowego wieku – rok 1901. Buafflo. Wystawa Pan American. Gościem honorowym jest prezydent McKinley. W czasie zwiedzania ekspozycji do prezydenta podbiega dziwny facet o mięsistej, dziecinnej nieco twarzy. Zza pazuchy wyszarpuje rewolwer i dwa razy strzela do McKinleya. Prezydent pada, ale jest żywy. Mężczyzna zostaje obezwładniony. W czasie przesłuchania podaje swoje nazwisko – Fred Nieman. Było to kłamstwo. Naprawdę człowiek ten nazywał się Leon Frank Czolgosz i pochodził z rodziny polskich imigrantów. Był robotnikiem, nie ma dowodów na jego związki z anarchistami, jednak w czasie procesu przyznał, że motywem zamachu była chęć obrony robotników przez złem, które uosabiał prezydent McKinley. Prezydent zmarł w osiem dni po zamachu. Prosił by okazać Czolgoszowi łaskę. Nie posłuchano go. Zamachowiec zmarł na krześle elektrycznym 29 października 1901 roku. Jego mózg został przebadany przez biegłych sądowych, a ciało i rzeczy osobiste polano kwasem siarkowym. Szczątki zaś zakopano w nieznanym miejscu.

Seria zamachów dokonanych przez zdeterminowanych anarchistów. Bez środków, bez przygotowania, bez planu. Postaci z samego szczytu mordowane na oczach tłumów przez nędzarzy. To jest oczywiście do wytłumaczenia. Jesteśmy w czasach dziewiczych. Nie ma jeszcze osobistej ochrony polityków, nikt nie wie co to znaczy przygotować wizytę głowy państwa w miejscu uczęszczanym przez tłumy ludzi. No i władcy są inni. Uważają, że lud ich kocha. Śmierć nie miała wstępu na salony od czasu gdy zgilotynowano Robespierra. Nikt się więc jej nie spodziewał. Walka polityczna pomiędzy zwolennikami reform i nowoczesnego państwa, a ich przeciwnikami toczy się w parlamentach i klubach, nie na ulicy i nie za pomocą takich metod. Skąd więc ten wysyp nieprawdopodobnych zamachów? I ich sprawcy – odrażający, brudni, źli. Z wyjątkiem może tych dwóch Amerykanów, którzy mieli zwyczaj myć się regularnie i czyścić paznokcie. Tak, to jest do wytłumaczenia jeśli się nie pamięta takich nazwisk jak Vidocq i Fouche, jeśli się nie pamięta terroru i armii szpicli snującej się po ulicach Paryża za czasów restauracji. To jest do wytłumaczenia jeśli ktoś wierzy w republikę i pamięć mu nie dopisuje na tyle, by przypomnieć sobie Thiersa. My jednak nie będziemy tłumaczyć tych wypadków w ten sposób. Powołamy się za to na pewien dawno zapomniany pamiętnik.
CDN

Wszystkich serdecznie zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie można znaleźć moją książkę „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie” pełną opowieści utrzymanych w podobnym klimacie. Można tam także znaleźć książkę Toyaha – rewelacyjną - „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” zawierającą felietony tego autora sprzed Tragedii Smoleńskiej. Zapraszam.

Ocena wpisu: 
Brak głosów