Jak bankrutuje kraj, gdy rządzą nim idioci?

Obrazek użytkownika Jerzy Bielewicz
Gospodarka

Mazowsze nie zapłaci 600 milionów złotych janosikowego, depozyty sądowe świecą pustką, gdybyś chciał odzyskać złożone pieniądze, akredytowani ambasadorzy domagają się od premiera w imieniu firm ze swoich krajów 10 miliardów złotych za budowę dróg, jednocześnie wstrzymano finansowanie budowy terminalu gazowego w Świnoujściu i ucięto 3 miliardy złotych na armię.

Dzieje się tak, bo dochody podatkowe od kilku lat spadają w alarmującym tempie. Z tego też powodu oficjalny deficyt budżetu państwa podskoczył właśnie o „drobne” 16 miliardów złotych. Jakby tego było mało, władze miast rozważają pozew zbiorowy o dotacje, a Tusk w odpowiedzi nakłania samorządowców, by nie czuli się zobligowani do przestrzegania progów ostrożnościowych zapisanych w Konstytucji i ustawie o finansach publicznych! Co na to media? Koncentrują uwagę opinii publicznej na domniemanych pisiorach i chuligańskim wybryku trzech kibiców Ruchu Chorzów.

Polityka dezinformacji, przykład „frankowiczów”

Temat „frankowiczów” (wzięli kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich) o dziwo zagościł w mediach mętnego nurtu. Stało się tak za sprawą konferencji prasowej Prawa i Sprawiedliwości zorganizowanej z inicjatywy europosła pana Ryszarda Czarneckiego, w której i ja wziąłem udział. Chwilę potem ruszyła lawina krytyki i medialna wojna o interpretacje tego zdarzenia. Na ekranach telewizorów, jak dotknięciem różdżki, pojawiły się dyżurne autorytety od Szejnfelda z PO, Sawickiego z PSL, Wendenrlicha z SLD, Kurskiego z SP, po szefa Komisji Finansów Publicznych Rosatiego. Głos zabrali profesjonaliści: Pietraszkiewicz ze Związku Banków Polskich (ZBP) i Jakubiak z Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), nie wspominając rzeszy ekonomistów zatrudnianych przez banki. Wszyscy oni zgodnie przeinaczali przekaz konferencji, który był niezwykle prosty: to frankowicze stracą najwięcej, jeśli polityka zadłużania kraju nad miarę będzie kontynuowana, bo już wkrótce doprowadzi do nieuniknionej, gwałtownej dewaluacji złotego. Co bulwersuje, wypowiedzi szefów KNF i ZBP, tzn. z jednej strony organu Państwa nadzorującego sektor bankowy, a z drugiej organizacji lobbującej na rzecz tego sektora, zarówno w treści jak i wymowie w niczym nie różniły się. Obaj panowie zbagatelizują problem, twierdząc, że kredyty należy spłacać i basta. A przecież zgoła inaczej uznały sądy dwóch krajów Unii Europejskiej, Hiszpanii i Chorwacji, które w swych orzeczeniach określiły opisane kredyty jako skrajnie spekulacyjne, o czym banki winny były w należyty sposób poinformować swoich klientów, tak jak wymaga tego unijne prawo. Sąd w Chorwacji nakazał przeliczenie kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich po kursie z dnia podpisania umowy. Ponieważ w Polsce gro frankowych kredytów banki wciskały swoim klientom w pierwszej połowie 2008 roku, kiedy kurs franka oscylował w okolicy 2 złotych podczas, gdy obecnie wynosi 3,40, analogiczny wyrok polskiego sądu byłby niezwykle korzystny dla rodzimych frankowiczów. Ale również dla gospodarki, bo dałby w nadchodzących latach zastrzyk co najmniej kilkudziesięciu miliardów złotych gotówki, która zamiast do kieszeni zagranicznych banków, trafiłaby na rynek w formie zwiększonej konsumpcji i popytu wewnętrznego.

Kakofonia Samcika

Niespodziewanie... z pomocą frankowiczom przyszła GW z redaktorem Maciejem Samcikiem. W swym artykule pt: „Czy trzeba pomagać "frankowiczom"? Dziś nie, ale...” nazywa zadłużonych we frankach „więźniami” banków i opisuje metody drenowania ich portfeli. Wskazuje, że apogeum kłopotów z kredytami we frankach może okazać się ciągle przed nami. Jednak to tylko medialna kakofonia, bo Samcik nie definicje należycie problemu. Gdy portfel 200 miliardów złotych (przy sumie bilansowej około 1000 miliardów złotych całego sektora) kredytów we frankach zacznie psuć się w nieco tylko większym tempie, wtedy cały sektor bankowy w Polsce będzie wart niemal z dnia na dzień niewiele więcej niż przysłowiowy złamany grosz, a banki zamiast udzielać kredytów, zaczną na gwałt ściągać środki z rynku. Frankowicz nie będzie już mógł liczyć na kolejną kartę kredytową lub dodatkowy debit na koncie. Stąd to tak ważne, by zawczasu przygotować środki zaradcze. Bo kryzys w sektorze bankowym może mieć większe reperkusje dla naszej gospodarki niż dziura Rostowskiego, która runęła przecie na „zieloną wyspę” Tuska nie tak dawno jak grom z jasnego nieba. Teraz historia gotowa powtórzyć się, bo mówią, że problem kredytów we frankach dotyczy tylko zagranicy - w żadnym wypadku Polski. Samcik za nic też nie przyzna, że Orban na Węgrzech de facto ratuje węgierski sektor bankowy, pomagając frankowiczom. Media mainstreamu i zatrudniani przez nie dziennikarze wybrały taktykę pogłębiania ludzkiej apatii, bo niewiele od nas zależy i nic nie da się zrobić. Pomniejszają też oczekiwania w stosunku do rządzącej w Polsce koalicji, a przykład Orbana, który świetnie sobie radzi na Węgrzech, stanowczo nie pasuje im do lansowanej układanki.

Jeśli dewaluacja, to kiedy?

Niestety, niedługo. Dotknęła już brazylijskiego reala i indyjskiej rupii, która od ponad tygodnia traci na wartości z prędkością ponad procenta dziennie! Jeśli w drugiej połowie wrześnie (po wyborach w Niemczech), w październiku lub listopadzie, szef FED, Ben Bernaki ogłosi ograniczenie tzw QE III, czyli dodruk dolara, pękną bańki spekulacyjne nie tylko na rynkach akcji na świecie, ale również obligacji państwowych i walut. Czy frankowicze gotowi są płacić 5 złotych za franka już za kilka tygodni? Czy wytrzymają to obciążenie ich budżety domowe? Bo, że frank się umocni, nie ulega wątpliwości. Narodowy Bank Szwajcarii, tak jak dwukrotnie ostrzegał bez echa w pierwszej połowie 2008 roku, że zadłużanie obywateli państw naszego regionu okaże się w perspektywie czasu zgubne tak, teraz uprzedza o uwolnieniu franka od powiązania z Euro jeszcze przed podniesieniem stóp procentowych. Oczywiście, na horyzoncie rysuje się szereg innych zagrożeń. Kolejny raz Grecja! Wzrost inflacji. Przygotowywany dodruk złotego. Wtedy i „złotówkowicze” poczują na własnej skórze na czym polega ryzyko stóp procentowych.

Więcej na: http://unicreditshareholders.com/bie%C5%BC%C4%85ce_informacje/

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Bardzo niedobrze jest gdy jakaś opcja polityczna i jeden premier rządzi więcej niż przez dwie kadencje z rzędu. Jest to uwaga ogólna i dotyczy całego demokratycznego świata. Bardzo rzadko zdarza się taka sytuacja i dotyczy rządów wybitnych dla danego kraju. Co za fenomen mamy więc w Polsce, przecież PO nie jest partią wybitną a mierną. Odpowiedź to beznadziejna opozycja czyli PIS. Polsce potrzebna jest nowa opozycja, która zmieni tę chorą sytuację

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#377285