Żadne święto

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj


Nie należy świętować 4 czerwca. Ten dzień powinien być raczej chwilą refleksji nad skalą zaniedbań w polskiej polityce na przestrzeni ostatnich 20 lat, bo o żadnych sukcesach nie może być mowy. Jeśli już mielibyśmy coś świętować, to 2 czerwca 1979 r., czyli dzień, w którym Jan Paweł II głosił homilię wzywającą Ducha Św., by zstąpił i odnowił oblicze „tej ziemi”. Rekontra o tym historycznym dniu obszernie wczoraj pisał, choć, jak zauważyłem, mało kogo to w s24 zainteresowało – tymczasem to od tego dnia faktycznie wlana została w serca milionów Polaków wiara we własne siły i w zdolność do pokonania czerwonych. Ci ostatni zresztą, traktując religię jako jeden wielki zabobon, ciemnotę, wygłupy, zrazu nie mieli bladego pojęcia, co się 2 czerwca naprawdę wydarzyło, dopóki niedługo później nie zobaczyli tysięcy ludzi na ulicach czy wiecach strajkowych. I tysięcy ludzi na mszach polowych.

2 czerwca można by uznać za narodowe święto polskiej wolności (oraz duchowego odrodzenia) i w ten sposób odwoływać się jednocześnie do osoby i przesłania największego z Polaków, a zarazem do dziedzictwa katolickiej wiary, dziedzictwa Kościoła, na których to fundamentach przez długie wieki opierała się i powinna w przyszłości opierać się polska kultura i tradycje walki o niepodległość. Jednocześnie tego rodzaju święto oddzielałoby nas od wizji katastrofalnego kompromisu, który, tak Bogiem a prawdą, zatrzymał kulturowy i polityczny rozwój Polski, a jednocześnie uniemożliwił ustanowienie zdrowych fundamentów przy budowie nowego państwa. Ów nieszczęsny kompromis i tak przecież będzie musiał być przezwyciężony, a im dużej gerontokracja komunistyczna oraz związana z „konstruktywną opozycją” będzie go bronić, z tym większym obrzydzeniem odrzuci go następne pokolenie.

A tak mamy utwierdzanie fałszywej wizji historii Polski, które stanowi jedynie odwlekanie wyroku na III RP. Ten wyrok zresztą zapadł już wcześniej, bo w momencie uznania, że komuniści nie tylko mogą, ale wprost muszą stać się tworzywem w budowaniu nowej rzeczywistości ekonomicznej, społecznej i politycznej. Pisał o tym przed laty w słynnym eseju „Zdrada Solidarności” śp. prof. Wojciech Chudy:

„Szczególnie grabieżczy, bezwzględny i przeniknięty czynnikiem kryminogennym charakter gospodarki postkomunizmu stanowił "jedną z konsekwencji specyficznej, z udziałem służb specjalnych wojska, polskiej drogi od komunizmu" . Po wyborach 1989 roku większość komunistycznego aparatu państwowego niejako automatycznie zaczęła stanowić aparat państwa demokratycznego. Wielu wysokich urzędników uzyskało z tego tytułu ogromne korzyści materialne. L. Kaczyński twierdzi, że pracownicy SB, wywiadu i innych służb mieli nieporównanie więcej szans na wzbogacenie się niż inni urzędnicy państwowi . Dziś to oni stanowią "najmocniejsze nici" pajęczyn rynku, spajanych klientyzmem, korupcją, powiązaniami politycznymi i ukrytymi (byłymi) związkami służbowymi. To w gestii dawnych pracowników służb specjalnych znajduje się znaczna liczba agencji skomercjalizowanego sektora publicznego, działającego za pomocą funduszy publicznych wyprowadzanych na rynek przy pośredniczącej roli kluczowych firm w kraju i za granicą . Zawłaszczanie gospodarki przez siły wydawałoby się minionego bezpowrotnie okresu miało jednak konkretny wymiar. Coraz więcej przedsiębiorców przekonywało się, że w niektórych dziedzinach gospodarki trudno swobodnie działać, nie mając swojego człowieka powiązanego ze służbami.

W tym kontekście dokonywała się także zmiana postawy w szerszych kręgach Solidarności niż tylko jej ścisła elita, decydująca o strukturalnym i politycznym kursie Związku. Można tu mówić niemal o powszechności zdrady, polegającej na porzuceniu ideałów dla celów materialnych. Postawę dzielenia się - tak naoczną i codzienną w ciągu szesnastu miesięcy Solidarności i pierwszych dwu lat po 13 grudnia - zastąpiła postawa nieufności, zawiści i egoizmu. Pierwsze symptomy tej ewolucji pojawiły się już wraz z dopływem środków materialnych (pieniędzy i darów rzeczowych) dla Solidarności z Zachodu. Już w roku 1981 huczało od plotek o niesprawiedliwej dystrybucji tych środków: zarówno w szerokich kręgach biedy społecznej, jak i w ośrodkach regionalnych Związku.”

I jeszcze jeden wymowny fragment:

„Silnym impulsem, który wyzwolił "instynkt zysku" stało się tak zwane uwłaszczanie nomenklatury - proces ekonomiczny uruchomiony przez pakiet ustaw wygenerowanych przez rząd M. F. Rakowskiego, umożliwiających przejmowanie na niezwykle korzystnych warunkach części majątku państwowego przez wyższych urzędników partyjnych PZPR-u. Proces ten (według niektórych decydujący dla przyszłości polityczno-ekonomicznej Rzeczypospolitej), oprócz aspektu gospodarczego posiadał ważny aspekt mentalno-moralny. Był mianowicie sygnałem, który przywoływał znaczenie korzyści materialnych: poprawy jakości życia w wymiarze indywidualnym, bez oglądania się na dobro społeczne, zysku osobistego lub partykularnego, powiązanego z działalnością polityczno-społeczną, także o charakterze związkowym.

"Biorą! - A my?…" - takie hasło wiązało się z gospodarczą praktyką uwłaszczania. Rychło też zostało podjęte i wcielone w postać korzyści materialnej przez środowiska mające dostęp do władzy ekonomicznej. Tendencja ta szybko objęła również kręgi Solidarności. Na gruncie dostępności do politycznych źródeł dystrybucji wartości ekonomicznych rosły fortuny (szeroko mówi się o nazwiskach bogatych "solidarnościowców") .

Ten aspekt zdrady, szczególnie bolesny w wymiarze ogólnospołecznym w związku z powszechną pauperyzacją dużych obszarów społeczeństwa, ma swoje głęboko filozoficzne znaczenie, wiążące się z samym pojęciem polityki. Żywiołem polityki jest działanie, aktywność, dynamizm, wpływ na zmianę świata. Słynne powiedzenie Karola Marksa, że filozofowie dotąd wyjaśniali rzeczywistość, chodzi zaś o to, by ją zmieniać - w istocie odnosi się do sensu polityki. Potężna nowa fala polityczna, która wylała się po sierpniu 1980 roku w Polsce, wywołała wielkie nadzieje i oczekiwania na zmianę dotychczasowego świata. Całemu ruchowi Solidarności chodziło naprawdę o to, aby zmienić panujący dotąd system wartości, norm i pojęć, odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni zdegenerowany i zmurszały układ, dominujący w życiu, pracy i w stosunkach międzyludzkich. W ciągu szesnastu miesięcy "pierwszej Solidarności" zaczęły się zarysowywać realne przesłanki takich zmian. Stan wojenny przerwał ten proces i podłamał ludzkie nadzieje; jego zniesienie jednak wcale nie spowodowało powrotu do wartości okresu początkowego. Została zerwana ciągłość z "pierwszą Solidarnością"; nowy Związek, zarejestrowany w roku 1989, miał u steru ludzi niejako odgórnie wyselekcjonowanych przez elitę, dominującą wówczas w opozycji. "Druga Solidarność" nie była zakorzeniona w Komisji Krajowej, demokratycznie wyłonionej w roku 1981 przez masy wielkiego ruchu Solidarności . Zwłaszcza po obradach Okrągłego Stołu oraz wyborach czerwcowych 1989 roku (wskutek dziwnych roszad z listą krajową) u dużej części działaczy Solidarności zaczęło narastać rozczarowanie i poczucie niemożności. Z całą pewnością można stwierdzić, że dla wielu szeregowych członków, także tych, którzy przeszli przez "nudne piekło" stanu wojennego, poświęcając swój czas i energię dla podziemnego Związku, nowy okres jawił się jako regres wobec ideału Solidarności i w pewnym sensie powrót do epoki, kiedy "nami rządzono" ("znów od nas nic nie zależy!"). Syndrom bierności u wielu wywołał apatię; pozostaje ona do dziś wyraźną cechą dużych obszarów społeczeństwa.”

J. Olszewski mówił dziś słusznie w radiowej Jedynce o uwłaczającej formule wyborów 4 czerwca. Przypomniał też, że skoro komuniści słabli, to nie należało dążyć do porozumienia za wszelką cenę, nie należało się spieszyć. Gdyby nie było wyborów, to przejęcie władzy nastąpiłoby na sposób taki jak w Czechosłowacji. Ja też sądzę, że tamtych wyborów mogło nie być i że należało przeczołgać komunistów tak, by zgodzili się na zupełnie wolne wybory - no i wtedy sytuacja zupełnie inaczej by się rozwinęła, zaś rozliczanie za zbrodnie komunistyczne zaczęłoby się wraz z powołaniem pierwszego niekomunistycznego rządu. Oczywiście wtedy odpadłaby też z gry część konstruktywnej opozycji, ta część, która kompromis z komunistami uznawała za ważniejszy aniżeli wypełnienie jakichś obowiązków wobec obywateli. Na pewno też nie byłoby preferencji dla żadnych monopolistów, jak gazeta Michnika ( i jego media), na rynku medialnym w ogóle nie mieliby prawa działać komuniści, a coś w rodzaju IPN-u zostałoby powołane już w 1990 r., tak by procedury rekonstrukcji przeszłości oraz osądzenia komunistów (nie tylko komunizmu) rozpoczęte zostały niemal natychmiast z budową nowego państwa.

Tymczasem z uporem wmawia się nam, że nie tylko innej możliwości przeprowadzenia zmian nie było, ale i że ta, którą zrealizowano była najlepszą z możliwych. Nic dziwnego, że beneficjenci zmian, czyli komuniści też się czują spadkobiercami tradycji „obalania komunizmu”, bo dzięki 4 czerwca zachowali skórę i zyskali przywileje, jakich nigdy nie powinni byli otrzymać, a ponadto za nic nie odpowiedzieli ani majątkowo, ani cywilnie. Na tym jednak nie koniec, bo przecież wspomniana przez Chudego apatia społeczna jest zjawiskiem powszechnym także w dzisiejszej Polsce. Okazuje się ponadto, że ci wszyscy, którzy zaczęli wracać z emigracji zarobkowej są załamani współczesną Polską, choć wydawałoby się (np. po niedawnej komicznej konferencji Tuska i Rostowskiego na temat potęgi gospodarczej kraju nad Wisłą AD 2009), że gdzie jak gdzie, ale do Irlandii 2, państwa cudu, powinni wracać drzwiami i oknami. Czy ktoś jeszcze pamięta, jak Tusk jeździł do emigrantów za kaczyzmu, nakłaniając do powrotu i zapewniając, jak to za jego rządów w Polsce będzie się opłacać pracować?

Nie ma czego upamiętniać, a obecne święto i tak przedzie do lamusa, jak kiedyś pochody pierwszomajowe. Tak też któregoś dnia postawimy krzyżyk na III RP, pamiętając m.in. że już 3 lata po „wolnych wyborach z 1989 r.” (takie określenie słyszałem wielokrotnie ostatnio w mediach) 4 czerwca 1992 r. owa nowa Polska pokazała swoją prawdziwą twarz. Tę twarz ma zresztą do dziś.

http://www.chudy.hg.pl/index.php?option=displaypage&Itemid=90&op=page&SubMenu=
http://www.chudy.hg.pl/index.php?option=displaypage&Itemid=93&op=page&SubMenu=
http://wyborcza.pl/1,99219,6657413,Powracajacy_zawracaja.html

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

zgadzam sie w zupelnosci. zamiast otwierac korek od szampana, nalezalo by zapalic znicz i zastanowic sie nad zaprzepaszczonymi szansami...

a rzad Olszewskiego byl swoista szansa, aby byla mowa o prawidziwej IIIRP, tymczasem mamy doczynienia z PRL 2.5 ktory nadal swieci triumfy.

Dlatego tez idea IV RP skupila tyle ludzi. A wielu mowiac o "Solidarnosci", zapomina o tym ze byly dwie. Dobrze, ze o tym przypomniales.

Panowie, policzmy glosy... Moze jest nas wiecej, niz nam sie wydaje?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#21780

Proponuję nazawac dzień 4 czerwca Dniem Zdrady Narodowej i Zdrajcy.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

"...dopomóż Boże i wytrwać daj..."

#21799