Demokracja jak diabli albo i lepsza

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj


Nic tak człowieka nie cieszy jak spotkanie z porządnym demokratą, który w paru prostych, żołnierskich frazach wyjaśnia, skąd i dokąd jest demokracja. Dla każdego bowiem zwolennika demokracji największym problemem są sytuacje, kiedy demokracja podąża w niewłaściwym kierunku (czyli ktoś wykorzystuje demokratyczne procedury „rozwalając demokrację”) lub kiedy demosceptycy (określenie ukute ponoć przez D. Zdorta) dają wstrętny głos, burząc sielską atmosferę debaty demoentuzjastów. Paradoksem demokracji jest wszak to, że musi ona tolerować chamów, co się demokracji sprzeciwiają po chamsku.

No ale po kolei. A. Wielowieyski, demokrata pełną gębą, jak wiemy, wykonując już klasyczny utwór pt. „Unia ponad wszystko”, wtrąca jednak pewną smętną refleksję, że owo wszystko byłoby idealnie:

„Unia tworzy największy na świecie rynek gospodarczy i ma szanse, by dogonić Amerykanów. Jeśli traktat lizboński wejdzie w życie, to Unia ma szansę jako równorzędny partner Stanów Zjednoczonych zapewniać pokojowy rozwój życia na naszej planecie.” -

gdyby nie to, iż:

„Jest wszakże jeden brak, coraz bardziej szokujący mankament. Unia mimo swego potencjału jest znacznie słabsza od Stanów Zjednoczonych również dlatego, że nie ma jeszcze obywatelskiej, europejskiej demokracji. Mamy swoje lepsze lub gorsze demokracje narodowe, nie mamy jej jednak na poziomie europejskim.”

Pomijając może tragikomiczną kwestię „doganiania USA” przez UE (nie tylko w dobie obecnego kryzysu) – gonić przecie każdy eurokrata może, co se tam chce; warto się pochylić nad tą refleksją, jakoby na Starym Kontynencie nie było jeszcze „obywatelskiej, europejskiej demokracji”. Wynikałoby z tejże refleksji, iż ilość nie przechodzi w jakość, psiakrew. W poszczególnych regionach powstającego superpaństwa są jakieś demokracje, ale nijak nie może się wyłonić synteza tychże ustrojów. Nie lichy to dylemat, nie da się ukryć. Do takich zaś dylematów tęgiej trza głowy.

Tedy demona Wielowieyskiego postanowiłem innym demonem, prof. W. Sadurskim, przepędzić, przeczytawszy niedawno w jego książce tekst o wymownym tytule: Obrażeni na demokrację. Jak się możemy domyśleć ci obrażeni uważają demokrację za ustrój niedoskonały, patogenny etc. i dlatego się obrażają. Ci, dla których demokracja nie jest wcale taka zła, nie tylko się nie obrażają, ale i muszą tłumaczyć obrażonym, na czym polega ich błąd. Obrażeni zaś stawiają np. takie pytania: „Jaka jest granica posłuszeństwa wobec wybranej w demokratycznych wyborach władzy, która nie podejmuje działań zgodnych z interesem narodu?” - i tak na pierwszy rzut oka zdaje się, że nic zdrożnego w takim stawianiu sprawy ni ma, a jednak, panie, Il Professore wychwycił czujnie wredną frazę „interes narodowy”. Skomentował więc tak:

„Warto wczytać się w to zdanie. Wynika z niego w sposób oczywisty, że dla „demosceptyków” istnieją jakieś obiektywne interesy narodu, odmienne, a czasem przeciwstawne interesom artykułowanym przez większość społeczeństwa w demokratycznych procedurach.”

Demon Sadurski mówi nam w ten sposób, że „głos ludu” jest głosem narodu, a to, że akurat okazjonalne wybory polityczne wyrażane w „demokratycznych procedurach” mogą być wynikiem medialnej manipulacji (np. kampanii dezinformacyjnej) albo też, że w tego typu wyborach może brać udział mniejszość uprawnionych i w ten sposób decydować o losach większości – nie stanowi żadnego problemu. Prawdziwym problemem natomiast są demosceptycy, którzy nasuwają najgorsze skojarzenia:

„Pogląd, że należy realizować interesy Polaków wbrew Polakom, że władza powinna stosować przymus wobec obywateli dla ich własnego dobra, że istnieje ideał prawdziwej polskości, dostępny tylko wybranym Polakom – nie jest oczywiście nowy. Opiera się na tej samej podstawie, która jest ulubionym ideowym uzasadnieniem każdej niemal władzy despotycznej: na przekonaniu o „fałszywej świadomości” ludzi, którzy nie wiedzą, co naprawdę leży w ich interesie. Bolszewicka wizja „obiektywnych” interesów klasowych, z których zwykli członkowie tejże klasy nie zdają sobie sprawy, albo – z drugiej strony – radykalna idea narodowa, wymagająca zerwania z demokratycznymi procedurami, nie pozwalającymi rzekomo zrealizować się Narodowi – to tylko groźniejsze przejawy tej samej koncepcji: władzę należy sprawować dla ludzi, ale wbrew ludziom.”

Aj, aj, aj. Chciałoby się rzec: może nie idźmy dalej tą drogą, ale ten demoniczny problem można odnaleźć także w relacji: interesy obywateli europejskich - „interesy Unii Europejskiej”. Co u licha począć w sytuacji, gdy „lud” właśnie korzystając z eurodemokratycznych procedur i artykułując swoje zdanie, jak Pan Bóg przykazał, jednak wierzga przeciw ościeniowi, jak niesławni Irlandczycy w swym niesławnym referendum dotyczącym „traktatu lizbońskiego”? No właśnie, w tym klops, powiedziałby demon Wielowieyski:

„Oczywiście nie możemy z góry rezygnować z referendów w sprawach konstytucyjnych lub w sprawach rozszerzenia Unii. Czeka nas jeszcze dużo pracy i potrzeba czasu, aby pogodzić szacunek dla woli każdego narodu, a nawet różnych mniejszości, z szacunkiem i dostatecznym uwzględnieniem interesów całości. Zablokowanie przez pięciomilionową Irlandię rozwoju 500-milionowej Unii wykracza poza zdrowy rozsądek i przypomina polskie liberum veto z XVIII w.”

I tu jest właśnie rzecz ciekawa, bo skoro ustalone było, iż sprzeciw jakiegoś państwa przerywa procedurę ratyfikacyjną, to dlaczego Wielowieyski teraz wyjeżdża z liberum veto? Albo należało ustalić, że „traktat” się przyjmuje bez względu na czyjkolwiek sprzeciw, bo, dajmy na to „traktat jest dobry” - albo nie ustalać zasady umożliwiającej sprzeciw. Najwyraźniej jednak w eurokracji zasady zasadami, ale Ordnung muss sein (jak mawiali demokraci w III Rzeszy), tzn. jeśli ktoś nie pojął, iż pewne zasady są tylko dekoracją, to znaczy, iż nie rozumi demokracji XXI w. Ta bowiem zasadza się na pewnym wyczuciu, skąd wieje wiatr albo inaczej „co ludzie gadają” (przy czym chodzi o „ludzi w Brukseli”). Historie z referendami dotyczącymi „konstytucji europejskiej” (Francja i Holandia, panie) pokazały, jak bardzo eurokraci przywiązani są do demokratycznych werdyktów. Już w przypadku „traktatu lizbońskiego”, czyli „eurokonstytucji-bis” generalnie nie było mowy o żadnych niepotrzebnych referendach (także w Polsce, jak wiemy).

Eurokraci mają taki osobliwy stosunek do demokracji, jak komuniści do demokracji socjalistycznej vel ludowej, tzn. ostateczny werdykt, co do tego, co jest demokratyczne, wydaje po prostu władza, ta bowiem, jako „awangarda klasy robotniczej” (a w przypadku eurokratów – awangarda klasy próżniaczej) ma lepszy ogląd sytuacji społeczno-politycznej i wie, jak kierować biegiem ludzkich spraw. Zwykły, szary podatnik ma bardzo ograniczoną perspektywę i zwykle patrzy na świat przez pryzmat własnego interesu oraz marnego, jednostkowego losu, który ma się nijak do „wielkich procesów integracyjnych”, dlatego eurokrata, patrząc z wysoka, a właściwie z najwyższych pięter społecznych, widzi o wiele więcej i w ten sposób dostrzega także to, kiedy i dlaczego szarzy, ciemni podatnicy się mylą. Komuś to może przypominać starą, dobrą oligarchię (jak na mój gust to eurokracja konsekwentnie przywraca feudalizm), lecz przecież prawdziwa demokracja, jak wiemy, niejedno ma imię.

Tymczasem Wielowieyski radzi... konsultacje. I to, panie dzieju, za pomocą Internetu. No zawsze to taniej niż jeździć z aktywem do dołów robotniczych czy urządzać wieczernice w halach fabrycznych, jak to drzewiej bywało, panie. Ale z kim się tu w euroregionach konsultować - przecie nie z demosceptykami? Dlatego sądzę, że warto wyznaczyć jakiś zdrowy aktyw do konsultacji, tak by się okazało, że „lud” (tzn. „lennicy”) ma dokładnie te same poglądy, co „panowie władza europejska”. No bo jeśliby się okazało, że wciąż lud nie dorasta do demokracji europejskiej (vide słynne historie z referendami), to należałoby tak skonstruować demokratyczne procedury, by już o nic nikogo nie pytać, tylko wdrażać, wdrażać i wdrażać, aż do końca świata. Tak, jak to sformułował Sadurski powyżej - wyłącznie „dla ludzi”, a nigdy „wbrew” nim.

http://wyborcza.pl/1,88975,6602941,Jak_zdemokratyzowac_Unie_Europejska__Robmy_wielkie.html?as=2&ias=2&startsz=x
W. Sadurski, „Liberałów nikt nie kocha. Eseje i publicystyka 1996-2002”, Warszawa 2003, s. 24.

Brak głosów

Komentarze

Bardzo mi się spodobało określenie "awangarda klasy próżniaczej". Termin wydaje mi się twórczy i perspektywiczny. Tylko mam zastrzeżenia, dotyczące porównywania modelu proponowanego przez eurokrację do feudalizmu. Feudalizm był bardzo poczciwym ustrojem, niebywale wewnętrznie - niech się wyrażę - koherentnym i naturalnym. Dlatego przetrwał kilkanaście stuleci i miał się dobrze. Eurokraci nie mają szans na wykreowanie takiego systemu.

Piotr W.

Vote up!
0
Vote down!
0

Piotr W.

]]>Długa Rozmowa]]>

]]>Foto-NETART]]>

#20158

Właśnie ta klarowność i prostota feudalizmu sprawia, że wszyscy starają się do niego odwoływać. Stąd te "arystokracje pieniądza", "czerwoni ksiązęta", "baronowie SLD" itp. Niby pejoratywne, a jednak jakoś legitymizuje.
ukłony

Vote up!
0
Vote down!
0
#20182