Drzazga, belka i „Baćka”

Obrazek użytkownika Piana
Świat

W dzisiejszym (6 XI 2010) wywiadzie dla „Rzepy” można przeczytać wywiad z Aleksandrem Łukaszenką. Uważna lektura pozwala na wyciągnięcie wielu wniosków. Pozwolę sobie na przedstawienie kilku, które mnie się nasunęły.

Po pierwsze. Białorusini są nam bliscy (kulturowo), ale jednocześnie dalecy. Można by nawet powiedzieć, że należą do innej cywilizacji (według pojęć Konecznego). Bliżej im do typowego dla dalekiego wschodu kultu silnej ręki, niż do szeroko rozumianej wolności typowej dla tzw. zachodu. Stąd też wynika prosty wniosek, że nie warto się obrażać na nich tylko z tego powodu, że chcą żyć inaczej. Wpychanie im na siłę, za wszelką cenę demokracji w stylu zachodnim jest ogromnym, politycznym błędem. Róbmy interesy, otwórzmy szeroko granice (oczywiście tylko na tyle, na ile Bruksela łaskawie pozwala), ale nie pakujmy im się z butami. Nie możemy ignorować wschodniego sąsiada tylko dlatego, iż nie podoba nam się jego wizerunek.

Po drugie. W mediach wszelakich od dawna trąbią, ze Łukaszenka taki zależny od Moskwy. Wystarczy sobie przeczytać w wywiadzie, co on myśli o Putinie, Rosji i o partnerstwie. Teraz wyobraźcie sobie proszę Tuska czy Komorowskiego mówiącego rzeczy tak krytycznie o Berlinie czy Moskwie. No i jak? Czy to jest w ogóle możliwe? Kto tu od kogo zależny?

Po trzecie. Zdziecinniały „zachód” zwraca przede wszystkim uwagę na to, czy polityk się ładnie uśmiecha, czy ma dobrane krawaty. Łukaszenka ma to w nosie. Owszem, ma nieciekawą fryzurę i być może nie wie w jaki sposób jeść ostrygi. Tylko na ile to jest istotne dla zwykłych mieszkańców Białorusi? Może (w przeciwieństwie do zakompleksionych wobec tzw. zachodu mieszkańców Polski) mają w nosie co pisze tzw. międzynarodowa prasa?

Po czwarte. Łukaszenka jest realistą i wie skąd mu nogi wyrastają. Nie jest rasowym dyplomatą (to też wychodzi) i mówi o tym otwarcie. Świat polityki jest pełen drapieżników i jedynie naiwni sądzą, że jest darmowy ser. Realiści wiedzą, że „darmowy ser jest tylko w pułapce na myszy”. Czy ktoś z polskojęzycznych polityków tak odpowie? Jeżeli Unia „daje”, to z pewnością bezinteresownie, o czym zresztą zapewniają nas bohaterowie seriali, a któż by im nie uwierzył. Łukaszenka ostrożnie odpowiada, iż rozpatrzy ewentualne propozycje z Brukseli. Nie łasi się niczym polskojęzyczny polityk, który skomle przed brukselskimi drzwiami. Duży plus dla „Baćki”.

Po piąte. MSZ ingerowało w działalność Związku Polaków na Białorusi i to jest fakt. Czy chodziło tu o tworzenie na jego bazie „demokratycznej opozycji” - tego nie wiem (służby specjalne wschodniego sąsiada wiedzą z pewnością więcej). W każdym razie Łukaszenka pokazał, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Tak się właśnie kończą nieprzygotowane gierki prowadzone przez urzędasów z MSZ-etu. Spójrzmy na chwilę własne podwórko. Ile mamy różnego rodzaju fundacji sponsorowanych przez zagraniczne rządy? Czy przyznając różnego rodzaju granty nie wymagają pewnego rodzaju wdzięczności?

Po szóste, ostatnie. Możemy sobie urządzać koncerty pod hasłem „Solidarni z Białorusią” i robić różne śmieszne akcje. Każdy ma wolna wolę. Tylko jakim prawem chcemy pouczać jak mają się rządzić Białorusini? My, którzy oddaliśmy niepodległość za garść eurosów i obietnice świetlanej przyszłości? Bez żartów proszę.

Ocena wpisu: 
Brak głosów