Między wiarogodnością a pieniędzmi, czyli co tak naprawdę się stało

Obrazek użytkownika szczurbiurowy
Kraj

 Jednym z fundamentów demokracji jest wolność słowa. Wolność prasy jest fragmentem tej podstawowej wolności obywatelskiej. Samo pojęcie „prasa” w ciągu ostatniej dekady zmieniło się fundamentalnie – ot chociażby taka Polska Agencja Prasowa z prasą ma tyle wspólnego, że jej produkty są kupowane przez media, które nazywane są prasą, lecz „spod prasy” wychodzi coraz mniej egzemplarzy. PAP jest w istocie medium elektronicznym i tak będzie z gazetami – prędzej czy później przeniosą się w świat Internetu, w miarę jak będzie ubywać czytelników wersji papierowych wydań. A to się stanie w ciągu nie dalej niż 15 lat  i sprawi to po prostu biologia. Wymrzemy, my którzy czytamy z papieru.

A więc wolność prasy rozumieć należy tak naprawdę jako wolność mediów, w tym mediów elektronicznych. Wolność dociekania i informowania bez nacisku tych, którzy są opisywani i kontrolowani przez  te media.

Truizmem jest powiedzenie, że w Polsce współczesnej media nie kontrolują władzy ani też nie opisują rzeczywistości. Każdy, kto bliżej jest zainteresowany tą problematyką wie, że funkcja kontrolna mediów praktycznie została zniesiona. Złożyło się na to kilka czynników – konformizm środowiskowy w mediach, władztwo koncesyjne tych, którzy maja być kontrolowani oraz  brak związku pomiędzy pieniędzmi masowego odbiorcy, a wpływami z reklam.

O konformizmie środowiskowym nie ma co pisać – na łamach S24 i innych mediów po naszej strony opisywano to wielokrotnie, tworzy się listy hańby itd. Opisywanie tego jest działalnością słuszną i pożyteczną, aczkolwiek całkowicie jałową, ponieważ ci którzy są opisywani nie przejmą się tym w żaden sposób, ponieważ ich los nie zależy od szeroko rozumianej opinii publicznej. Jest tak dlatego, że gdzie indziej są pieniądze, wpływy z reklam zamieszczanych  w mediach. Pieniądze są z reklam, a te idą z biznesu i sektora publicznego.

I w tym kontekście należy rozpatrywać ostatnie wydarzenia. Zwolnienie red. Gmyza i kierownictwa redakcji Rzepy oczywiście zmieni linię tego pisma z chwiejnie niezależnej w stosunku do władzy na… tu się można zastanawiać na jaką, ale myślę, że na pewno nie na bardziej krytyczną :) Z punktu widzenia ładu korporacyjnego taka ingerencja właściciela w funkcjonowanie redakcji jest czymś wyjątkowym. Zazwyczaj takie działania są podejmowane, gdy zagrożony jest byt firmy, podstawy finansowania itd. Czy zatem po artykule Cezarego Gmyza wystąpiły takie okoliczności?

Jeśli spojrzymy na „Rz” z punktu widzenia biznesowego, to musimy dostrzec, że jest to biznes uzależniony od jednego sektora – państwowego lub około państwowego. Zarówno przychody ze sprzedaży prenumeraty (większość urzędów publicznych) jak i reklamy (sektor spółek skarbu państwa). Dobry dział prawny i biznesowy rekompensował ludziom o poglądach, nazwijmy to delikatnie „prorządowych” chwiejny taniec na linie niezależności, który uprawiała redakcja. Artykuł Gmyza musiał spowodować jakieś reakcje, które skłoniły właściciela do wkroczenia.

To jeden aspekt sprawy. Drugi to  pozorna niezależność mediów w Polsce i manewrowanie właścicieli pomiędzy wiarogodnością, a pieniędzmi. Jeśli „Rz” albo „GW” pożywia się z tortu reklamowego zasilanego z pieniędzy publicznych (czy ktoś może mi wytłumaczyć sens reklamy elektrowni albo myśliwca?) to druga stroną medalu jest rozbudowany do absurdu system koncesyjny, który ogranicza dostęp do rynku tym, którzy nie załapali się we wczesnych latach 90 albo jeszcze w roku 89.  I nie słychać, żeby były jakieś próby ograniczania koncesyjności.

Koncesje radiowo-telewizyjne w dobie cywilizacji analogowej były wprowadzone do reglamentacji dóbr rzadkich, jakim były częstotliwości radiowe. W dobie Internetu i cyfrowego przekazu istnienie koncesji jest absurdem i tak naprawdę tylko i wyłącznie politycznym ograniczeniem dostępu do rynku i odbiorców. Sprawa ACTA była nieudaną jak na razie próbą koncesjonowania przekazu internetowego.

Znając te realia spójrzmy na pełne czołobitności oświadczenie właściciela Rzeczpospolitej, po tym jak „zweryfikowano” Cezarego Gmyza, T. Wróblewskiego i innych za wymyślone przewiny (piszę wymyślone, bo są doniesienia, że artykuł o trotylu był akceptowany przez właściciela – co zupełnie zmienia obraz, prawda?)

Otóż przy rozbudowanym systemie koncesyjnym jaki istnieje w Polsce, przy praktycznej dowolności reglamentowania przez biurokrację rządową każdej działalności nie zdziwiłbym się, że sprawa „Rz” ma drugie dno. Być może trwają gdzieś prace nad reglamentacją wytwórczości treści (content providing) w Interncecie (być może w związku z „ochroną informacji”, albo „obroną mniejszości” „walką z przemocą” itd.) co spowoduje, że realizacja planów właściciela „Rz” co do elektronizacji rynku prasowego mogą być zagrożone – i stąd ta paniczna reakcja. Nawet jeśli nie było takich planów, to samo przekazanie przez kogoś możnego, że taka możliwość istnieje mogło skłonić wydawcę do działań. Tak interpretuję brzmienie tego oświadczenia, zaiste kuriozalnego.

Oczywiście powyższy wywód może wyjaśniać sytuację wtedy, gdy cała sprawa nie była prowokacją mającą na celu rozwalenie wzrostu notowań PiS oraz likwidację w miarę niezależnego medium. Patrząc jednak na przebieg wydarzeń nie wydaje mi się, żeby ta hipoteza była prawdziwa. Podsunięcie „wersji trotylowej” mogłoby być i skuteczne, ale na arenie międzynarodowej otwierałoby na nowo kwestie Smoleńska (i to nie w mediach ale w gabinetach). To propagandystom pi-arowym w żadnym wypadku by się nie opłacało. Chyba, że jest to działanie Moskwy, co wskazywałoby na całkowitą bezradność obecnego rządu, brak ochrony kontrwywiadowczej, a także całkowitą reaktywność, co w polityce musi prowadzić do klęski – nie tylko rządzących ale państw.

Już raz w polityce polskiej mieliśmy do czynienia z rządem całkowicie reaktywnym (to znaczy reagującym na zdarzenia, a nie kreującym zdarzenia).

Ten reaktywny rząd 17 września 1939 roku przekroczył granicę w Zaleszczykach.

 

+++

Zapraszam na moją stronę www.szczurbiurowy.com . Jest tam do podpisania petycja w sprawie nazwania Stoczni Gdańskiej imieniem Anny Walentynowicz i możliwość subskrypcji newslettera (na dole po prawej stronie)

Kliknij tu, żeby podpisac petycję 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

"Z punktu widzenia ładu korporacyjnego taka ingerencja właściciela w funkcjonowanie redakcji jest czymś wyjątkowym."

Obawiam się Szczurze, że opacznie pojmujesz pojęcie "ładu korporacyjnego" w mediach. Może zbyt idealistycznie ... ;-)

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#304132

Na razie to ubecja rządzi w mediach,więc niema ładu ani składu,tylko protekcja i służalstwo,więc każda redakczyna naczelna nawet nie śmie wychodzić przed szyk,jeśli ma dalej być naczelnym,jak myślisz,jak długo utrzymał by się dziennikarz u Michnika,gdy pisał by prawdę co dzieje się w Polsce,albo by pisał pochlebne artykuły na PIS

POZDRAWIAM

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#304139

Zapewniam, że trochę zna się na ładzie korporacyjnym w mediach. jakklowiek to zwać.

Szczurbiurowy

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Maciej Świrski

#304140

Zapewniam, że również. Więc pozostanę przy swoim.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#304141