Tutuł zastępczy - czyli przed 13 grudnia trochę lektury. Część 5

Obrazek użytkownika szczurbiurowy
Kraj

 

 

Dystrybucję przywiezionego towaru musiał zrobić ręcznie -plecak na stelażu wypełniony po brzegi, na wierzchu i w kieszeniach bocznych flaszki, na wypadek kontroli, gdyby patrol kazał mu pokazać co ma w środku. Wszyscy chodzili z plecakami, faceci przeważnie brodaci - taki styl. Tak naprawdę to brakowało żyletek, a nożyki gilette dopiero się zaczynały i można było je dostać tylko w jednym peweksie w Warszawie - w hotelu Forum. Albo ze zrzutów. Do Forum nie było wstępu, a zrzuty dostawali inni. Golenie żyletką - polsilverem było męką - można było cholery dostać albo się zarżnąć i Pan Zbyszek zapuścił brodę. Tak jak wszyscy.

Klienci byli rozrzuceni po całej Warszawie - biura, urzędy, fryzjernie, pralnie, zajezdnia tramwajowa na Wolskiej (przejście przez wartownię od strony Skierniewickiej, towar rozkładał w kanciapie dyspozytora, trzeba było być o 12, jak kończyła się zmiana), biuro projektów na Topiel (w pobliżu fabryka cukierków, słodkie   zapachy  rozchodziły   się   w  powietrzu, przenikały przez zamknięte okna, mięso rozłożone na rajzbretach, obok rysunki przygotowane do naświetlami. Klientki oglądają towar zamówiony poprzednim razem „Ale Panie Zbyszku, ta łopatka to jakaś nie tego dzisiaj, może pan przywiezie ładną szynkę i ogonówkę na następny raz?". Cukierki pachną). Pani Krysia z wydziału handlu i usług przy Grójeckiej (Panie Zbyszeczku kochany, niech mi pan wybierze jakiś ładny kawałek i zostawi na biurku, muszę lecieć na egzekutywę!), pani profesor z Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie (wąskie skrzypiące drewniane schody z wydeptanymi stopniami, na pierwsze piętro, trzeba było przejść przez instytut orientalistyki korytarzem obwieszonym planszami zapisanymi znaczkami sanskrytu, w przejściu do historii sztuki chińska purpurowa kotara z frędzlami. Zapach książek, kurzu podnoszonego przy kartkowaniu stron, zapalona lampa rzutnika i obraz przezrocza na ścianie - kwadratowy portret brodatego mężczyzny patrzącego w zamyśleniu gdzieś w prawy dolny róg. W tle burzowe chmury. Lewe ramię przesłonięte płachtą czerwonej pozałamywanej materii, reszta torsu okryta oliwkowo-brązowym kaftanem, kontrastującym z połyskującą skórą szyi i twarzy. „Panie Zbyszku, niech pan położy to mięsko obok rzutnika, dobrze? Ile panu płacę? Ładny ten    El    Greco,    prawda?"    Wentylator    rzutnika    warczy. Powiedziała - mięsko?! Cholera!)

Po rozprowadzeniu towaru policzył pieniądze. Zarobił tym razem prawie 5 tysięcy. Czyli 41 dolarów. Jego żona zarabiała w biurze 3500 na miesiąc. Nie mógł zadzwonić do milicjanta, żeby wymienić, bo telefony nie działały. Postanowił poczekać, aż sytuacja się wyjaśni. Mógł zająć się wreszcie organizacją produkcji i wymianą taboru samochodowego. Uniwersalny środek płatniczy wymagał miejsca. Wiedział gdzie go szukać. Mieszkał na Ochocie, w bloku z lat pięćdziesiątych -takie stalinowskie budownictwo. W piwnicy był schron przeciwatomowy, zamykały go stalowe drzwi z korytarza piwnicznego z dźwigniami zasuw. W swojej piwnicy, w której trzymał opony i cukier, rozebrał cienką ściankę działową i już był w środku - schron był pod całym budynkiem. Ściany ze śladami deskowania, słoje drewna w betonie. Schron miał chyba być szpitalem - na wypadek wojny z imperialistami. W dużej sali były ustawione metalowe łóżka, w mniejszych miały chyba być magazyny i kuchnia - w pomieszczeniu kuchennym znalazł duży palnik gazowy, taki do gotowania wielkich kotłów. Wyglądało na to, że wszystko jest sprawne, tylko przysypane trzydziestoletnim kurzem. Światło działało, palnik gazowy też.

Najważniejsza     była     wyłączność.     Przytargał     spawarkęelektryczną i zaspawał stalowe drzwi wejściowe, łapiąc w czterech miejscach framugę z płytą drzwi. Potem w swojejpiwnicy zrobił drzwi maskujące - cegły osadzone w ramie z kątownika.

Mógł przystąpić do produkcji.

Uniwersalny środek płatniczy musiał mieć odpowiednią jakość: moc i konsystencję. Nie mógł mieć mniej niż 45% ani żadnych zmętnień i fuzli. Receptura była prosta: 1410. Nazwa brandu: Grunwaldzka. Dobra nazwa.

 

1 kilogram cukru

4 deka drożdży

10 litrów wody

 

Pokruszył drożdże, w emaliowanej misce zmieszał z cukrem, rozcierając drewnianą kopyścią, potem przełożył do wiadra idolał odfiltrowanej wody, która odstała dwa dni, żeby chlor się ulotnił i opadły osady. Po wymieszaniu musiało dwa tygodnie się pędzić.

Aparatura    destylacyjna   była   prosta:    bańka    od   mleka, hermetycznie zamykana. Wywiercił w jej wieku otwór i włożył nie używaną metalową rurkę od przewodów hamulcowych, zwiniętą na końcu  w  kilkanaście  zwojów  spirali.   Miejsce wprowadzenia rurki do bańki oblutował cyną. Obok w taki sam

sposób obsadził termometr. Chłodnicę zrobił ze starego zbiornika paliwa od stara - spiralę włożył w środek i przeciągnął przez otwór wlewu paliwa do wylotu. Ustawił to ustrojstwo na kratce ściekowej w pomieszczeniu kuchennym, przez wlew puścił szlauchem wodę, kanę z zacierem ustawił na palniku gazowym, a pod wylot spirali czystą butelkę po mleku. Wystarczyło teraz czekać, aż zacier dojrzeje. Przez ten czas postanowił rozejrzeć się, co słychać na rynku FMCG, szczególnie w sektorze win musujących. Zbliżał się sylwester, a czerwony obwieścił, że poza przydziałami kartkowymi będzie można kupić jedną butelkę szampana na twarz. Wziął więc wózek do walizek i poszedł pieszo na dworzec zachodni. W tunelu obok pekaesu legitymowali go ze dwa razy i chcieli bilet - wiec im pokazał kartonik biletu WKD, który kupił za dwa pięćdziesiąt z automatu przy wejściu. Zamiast iść na pierwszy peron poszedł na czwarty. Tam o piątej po południu przyjeżdżał pospieszny z Moskwy do Berlina - duże zielone wagony, z mężczyznami w podkoszulkach, czaj gotował się na węglu drzewnym, dym z piecyków z przedziałów konduktorskich drażnił oczy. Szampan jak szampan - Sowietskoje Igristoje w dużych zielonych butelkach 0,75 litra było po prostu mołdawskim winem musującym i miało tyle wspólnego z szampanem co

biały koń z białymi myszkami. Sowietskoje Igristoje w sklepach rzucali zazwyczaj z czarnymi nalepkami - czarna nalepka oznaczała wytrawny, a czarna ze złotym paskiem u dołu -bardzo wytrawny. Nigdzie nie można było spotkać słodkiego (złota nalepka) i półsłodkiego (biała nalepka). Za wyjątkiem jednego miejsca. Był nim spalnyj wagon do Berlina. Ciągnął swój wózek po oblodzonym peronie. Zdeptany śnieg nadtopił się w ciągu dnia, a pod wieczór zamarzł i teraz pomiędzy dwoma torami było lodowisko. Wystarczyło nałożyć łyżwy i konkurencja biegów średniodystansowych mogła być rozegrana na Dworcu Warszawa Zachodnia - z poprawką na sokistów, którzy pętali się tu i ówdzie.

Berlinskij skoryj wjechał punktualnie - polskich przemytników nie było, a ruskie kontrabandisty mieli swój przemyt w wagonie z bronią, tak że pociąg nie musiał stać na granicy. Szampan był pakowany w skrzynki z cienkich deszczułek. Pan Zbyszek miał wrażenie, że to jest jakiś szlachetny gatunek drewna - brzoza syberyjska albo coś takiego. Zupełnie białe z lekkimi zawirowaniami słojów. W skrzynkach sterczały srebrne główki butelek jak trzonki granatów. Po 12 w skrzynce. Zapłacił 12 dolarów za cztery skrzynki. Konduktor wagonowy trochę marudził, bo płacił jednodolarówkami kanadyjskimi i markami z dedeeru - tylko taką walutę Pan Zbyszek miał w domu.

Targowali się, a peronem zbliżali się sokiści. Szli wolnym krokiem, starzy wyjadacze, wiedzieli po co idą. Pepesze na plecach kołysały się w rytm marszu. Czekali, aż skończy transakcję - chcieli swoją działkę. Wyjął po butelce i podał im. Przyjęli bez słowa, zatknęli za pas szyjkami w dół. Obrócili się na pięcie i poszli, a Pan Zbyszek mógł wrócić do zajęć. Szampana zatoczył do swojej piwnicy, przeładował do plecaka i poszedł do klientów - bez uprzedzenia, ale zawsze to dobrze robi klientowi, jak się niespodziewanie u niego zjawić i coś nowego zaproponować. Zrobił takich kursów osiem. Przebitka na butelce była czterokrotna - sprzedawał po 120 złotych, a kupił za 30.

Jedna z klientek mieszkała na Żoliborzu, w pobliżu kościoła Św. Stanisława. Dom z ogrodem. Gdy tam dojechał, już się zmierzchało. Przed domem, wzdłuż krawężnika, stały trzy ciężarówki z przyczepami. Skrzynie ładunkowe były ciemnoczerwone z białym napisem Bremen Taxi - transport ze zrzutami. Przyjechali późnym popołudniem, zmęczeni i niepewni co zastaną. Poprzednim razem byli na początku października. Młodzi Niemcy i Polak, który ich prowadził przez dwie granice na dziki wschód. Stary emigrant. Byli zupełnie skatowani, bo najpierw przez trzy dni ich przetrzymali wschodnioniemieccy Grenzschutze na przejściu miedzyniemieckim, a potem przez 5 dni stali na polskiej granicy w Zgorzelcu. Wopiści i celnicy zupełnie rozpieprzyli im dary, przeryli wszystko, łącznie z puszkami z mlekiem w proszku dla niemowląt.

Już nie było dla niemowląt.

Cudem udało się wybronić sterylne opakowania ze strzykawkami jednorazowymi.

Gospodyni, która była klientką Pana Zbyszka, powitała go radośnie, bo nie miała czym nakarmić gości, a na granicy skonfiskowano Niemcom wszystkie zapasy żywności. Było ich wszystkich dziesięciu, mieli rozwieść dary w kilka miejsc, a jeść coś musieli.

Żeberka! - powiedział Pan Zbyszek - najlepiej zamoczyć na noc w occie, potem natrzeć majerankiem, a potem dusić. Pycha!

Miiał w plecaku te żeberka dla ciotki na święta, ale klient nasz pan. Jak customer satisfaction to customer satisfaction. Na razie jedli żółty ser na chlebie posmarowanym masłem solonym. Żółty ser tak naprawdę nie był żółty, ale czerwonawy - jakaś dziwność, konsystencja gumy do żucia, smak lekko ostry. Wieść gminna niosła, że ten ser i masło solone, sprzedawane w ramach kartek, na wagę, to były strategiczne zapasy Bundeswehry, które tuż przed przeterminowaniem zostały wysłane do Polski. Gospodyni opowiadała, a Niemiaszki byli wyraźnie wstrząśnięci. Grenzschutze i wopiści ich przesłuchiwali, potem wybebeszyli samochody. Przed domem na podwórku stał zmarnowany mercedes karawan. Przywieźli nim preparaty krwiopochodne do szpitala na Solcu. Karoseria błyszczała. Pan Zbyszek otworzył drzwi - samochód był pięciodrzwiowy -dwusetka rocznik 1966. Diesel. 15 lat, ale w pięknym stanie. Na zewnątrz. Tapicerka była popruta, wykładziny odkręcone i poprzecinane, tam gdzie nie dało się odkręcić. Deska rozdzielcza z licznikiem odkręcona, okładzina pod przednią szybą odgięta pionowo i złamana. Wyjęta chłodnica i podziurawiona szpikulcem. Podsufitka przecięta przez środek -Pan Zbyszek prawie słyszał zgrzyt noża po blasze dachu. Szukali, szukali, a nie znaleźli. Jakoś ich nie zdziwiło, że czterech pasażerów trzęsie się z zimna, szyby są zamrożone oddechami. Farba drukarska i nowe matryce były ukryte tam, gdzie normalnie jest nagrzewnica i wiatrak nadmuchu. Osiem lat później w tym samym miejscu mieściło się siedemnaście sztang litewskich fajek.

Niemcy zjedli, a Pan Zbyszek zagadnął ich polskiego przewodnika o karawan. Żal mu go było. Piękny samochód popruty przez komunistyczną złośliwość. Stali obok niego, mercedes żałośnie patrzył reflektorami.

- Kiedy będziecie następnym razem? - zapytał, częstując papierosem z metra. Przewodnik popatrzył bez zdziwienia. W zmierzchającym ogrodzie rozbłysnął płomyk zapalniczki. Zapalili. Głęboki wdech dymu na mroźnym powietrzu.

- Nie wiem, jak się uda. Ale tym - wskazał brodą na mercedesa nie możemy wracać. Naprawa będzie kosztować więcej niż on sam. I nie tutaj - przed nowym rokiem musimy być z powrotem, bo wiza tranzytowa przez DDR nam się kończy. Dobili targu. Oni zostawiają samochód, Pan Zbyszek płaci w ratach gdy będą następnym razem i konta w PKO już będą odmrożone. Gwarantem była Pani Ania - klientka Pana Zbyszka. Spisali umowę. Cenę ustalili na tysiąc czterysta marek, czyli na 580 dolarów. Miał je spłacić w ciągu dwóch lat, w zależności od tego, jak komuchy odmrożą konta walutowe. I tak kupa forsy.

Negocjowali w salonie. Czarny fortepian, półki z książkami. Telewizor odwrócony ekranem do ściany. Nad nim portret mężczyzny w mundurze oficerskim, wężyk na kołnierzu, przystrzyżony wąs, spojrzenie wprost w obiektyw aparatu. Fotograf podpisał się u spodu zdjęcia - Rozenfelc - ani po nim ani po kapitanie ze zdjęcia nie zostało ni dymu ni popiołu. Zmarszczka munduru przy kieszeni na lewej piersi; zdjęcia żony i dzieci. Ostatni list z marca 1940.

 

Godzina policyjna za oknem, Pan Zbyszek przenocował na podłodze pod fortepianem. Niemcy chrapali obok na rozłożonych karimatach, jeden pisał coś w zeszycie przy świetle lampki nocnej. Pamiętnik z kraju rządzonego przez juntę. Patrol zomo za płotem oglądał ciężarówki. Mróz tężał im dalej w noc. Para z ust przy oddechach, niebieskawe uszanki naciągnięte głęboko na głowę, niebieski szalik wokół szyi. Zmrożony śnieg skrzypi pod butami.

 

Trzeba było tylko zdobyć zaświadczenie z milicji, że karawan został rozbity i nie nadaje się do drogi powrotnej. Niemcy musieli je pokazać na granicy, a Pan Zbyszek w urzędzie dzielnicowym, żeby samochód przepisać na siebie. Poszedł na Waliców na komisariat, gdzie był ten znajomy milicjant, z którym handlował walutą. Na początku nie chciał gadać, ale w zamian za części ze zdechłego fiata (brakowało mu siłownika hydraulicznego do sprzęgła i pompy hamulcowej) wypisał zaświadczenie.

W Łomiankach był warsztat, w którym Pan Zbyszek naprawił samochód. Tapicerkę zrobili szybko, gorzej było z odgiętym plastikiem z przodu, pod przednią szybą wewnątrz. W końcu udało się znaleźć tę wykładzinę na Podchorążych w warsztatach MSW. Były tam garaże BOR, gdzie parkowano i naprawiano samochody   do   przewozu   komunistycznych   bonzów.   Pan Zbyszek znał tam jednego mechanika, a ten z kolei za flaszkę odnalazł rozbitego mercedesa, który stał zapomniany w kącie garażu przykryty stertą pudeł po częściach. Cyrankiewicz rozbił go i tak zostało.

Karawan był luksusowy. Miał nawet klimatyzację. Jedyną niedogodnością był brak foteli dla pasażerów z tyłu, ale poradził sobie z tym - w podłodze były miejsca do przykręcenia zaczepów. Wystarczyło zdjąć wykładzinę i wkręcić cztery śruby po obu stronach. Fotele też wziął z tego samego rozbitego merca, tylną kanapę no i chłodnicę. Silnik był w doskonałym stanie. Zresztą miał na liczniku niecałe 300 tysięcy, czyli tyle co nic. Diesel wolnoobrotowy pyrkotał na jałowym biegu pracowicie. Po wyjęciu bagnetu do mierzenia poziomu oleju w silniku nie było widać ani śladu spalin, które by przedostawały się przez pierścienie tłoków do spodu silnika, w stronę miski olejowej. Był jeszcze jeden test - przy pracującym silniku odkręcenie wlewu oleju. Jeżeli nie dymiło - silnik w porządku, nie ma przedmuchów.

Nie było przedmuchów. Spaliny z rury wydechowej nie były ani białe, ani czarne.

 

Tabor samochodowy został wymieniony. Pan Zbyszek był szczęśliwy. Tylko jego żona coś nie była szczęśliwa, ale za to była kasa.

 
Ciąg dalszy niebawem
Książkę można kupic tuta

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów