Stronnictwo Trucicieli Ubekistanu

Obrazek użytkownika tad9
Kraj

O bojach salonu z IPN napisano ostatnio tyle, że nie chciałem dorzucać swoich pięciu groszy, ale zdanie zmieniłem, gdy przeczytałem tekst Liliany Sonik w „Fakcie” („O symulkarach i anatemach”). Pani Sonik dziwi się jak to możliwe, że w kraju tej wielkości, leżącym w tym miejscu świata możliwa jest ogólnopaństwowa histeria wokół... jednej pracy magisterskiej. Autorka przypuszcza, że chodzi o „...przejęcie władzy nad prawem do rzucania anatemą i wykluczania z grona ludzi przyzwoitych”. Myślę, że chodzi o coś więcej. Spróbuję to wyjaśnić. Stąd tekst pod tajemniczym tytułem:

Stronnictwo Trucicieli Ubekistatu

"To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem" - powiada Eklesjasta. Jest w tym powiedzeniu - jednak - sporo przesady, choć z drugiej strony czasami faktycznie można odnieść wrażenie, że ktoś bez przerwy odgrywa starą melodię. Zwłaszcza w III PR. Weźmy coś takiego: "Już w 1948 roku nasiliły się ataki na kierowany przez S. Płoskiego Instytut Pamięci Narodowej, zajmujący się badaniami z zakresu historii najnowszej, wydający periodyk "Dzieje Najnowsze". W notatce służbowej pisano: "najważniejszym mankamentem Instytutu jest jego jednostronność polityczna. Reprezentuje on w najlepszym razie formalnie prawy RPPS, z dalekim wachlarzem na prawo. Z materialistycznym pojmowaniem dziejów, z marksizmem Instytut nie ma nic wspólnego". Niezwykle krytycznie oceniano dotychczasową działalność wydawniczą Instytutu. Początkowo planowano jego reorganizację, ostatecznie został zlikwidowany w 1949 roku. Likwidacja Instytutu była wynikiem rozciągnięcia monopolu partyjnego na wszelkiego rodzaju badania z zakresu dziejów najnowszych" (1). Coś nam to przypomina? Analogii może zresztą przybyć. Oto minister Kudrycka zapowiada "konferencję metodologiczną", w związku z czym prof. Andrzej Nowak miał takie skojarzenie: "...przypomniała mi się konferencja metodologiczna w Otwocku na przełomie 1951 i 1952 roku - jedyna do tej pory konferencja na temat metodologii historii zorganizowana przez polityków".

Albo ten język... W 1951 Antoni Słonimski grzmiał na Czesława Miłosza (któremu przeszło zauroczenie władzą, w związku z czym czmychnął z „Polski Ludowej”): "Godzisz w budowę fabryk, uniwersytetów i szpitali, wrogiem jesteś robotników, inteligentów i chłopów (...) Cieszy cię każde zło, bo to twój żer, bo płatny jesteś, aby je odszukiwać i rozgłaszać. Wrogiem jesteś naszej teraźniejszości, ale co cię przeraża najbardziej, to nasza przyszłość. Wiesz, że wykonanie planu sześcioletniego uczyni z Polski wielki i silny kraj socjalistyczny" (2). Nieco później Kazimierz Brandys, robiąc aluzje do Miłosza pisał w opowiadaniu „Nim będzie zapomniany”: „"Ta mysz uciekła z prawdziwie trudnego kursu. Nie róbcie z niego ideologa, to mysz. Za rok nie starczy mu śliny, żeby na nas pluć"(3). Czy tamta poetyka różniła się znacząco od tego, co wypisuje dziś – powiedzmy – Kolenda Zaleska? („Wałęsa jest pomnikiem polskiej wolności. Trwalszym niż ze spiżu, trwalszym niż IPN, niedoświadczeni magistrzy i politycy żyjący z politycznych awantur. Mgr Zyzak zyskał sławę na pięć minut. Za kilka miesięcy na szczęście nikt nie będzie już o nim pamiętał, a jego "dzieło życia" będzie się kurzyć w kątach. Bo Zyzak to tylko taka Jola Rutowicz, tyle że ze sfer naukowych. Tak jak i ona zostanie szybko zapomniany. Na szczęście.”)(4)

Chcę powiedzieć: wraca stalinizm? Ależ skąd. Czy ja jestem Michnik, żeby tak histeryzować? Chcę pokazać, że monopolu na PRL-owskie analogie na mają „autorytety moralne” III PR. A poza tym – nie zajmuje mnie dziś to, co „wraca”, ale to, co jeszcze nie odeszło, a więc, powiedzmy, pewne „stałe kulturowe”. Gdy idzie o historię owe stałe ujmowane są często w zręczne powiedzonka w rodzaju „historię piszę zwycięzcy”, czy też „zwycięzcy nie są ciekawi”. Kto jest autorem pierwszego powiedzenia – nie wiem (w każdym bądź razie nie Hitler, jak się to wielu wydaje...), drugie zaś wymyślił (bodajże) Carl Schmitt. Sentencję Schmitta pozwolę sobie przerobić na: „zwycięzcy tępią ciekawych”. Tępią, bo i po co ktoś miałby im zaglądać za kulisy zwycięstwa? Jego historię spisali wszak sami - i starczy. Jest to – z punktu widzenia zwycięzców – postawa racjonalna. Nie ma wszak systemu dobrze znoszącego demaskacje swych podstaw ideologicznych, niezależnie od tego, co je akurat stanowi. W PRL ideologiczną "nadbudową" był marksizm-leninizm i spisywane przez oficjalnych historyków bohaterskie dzieje partii komunistycznych, w postkomunistycznej III RP „nadbudową” jest mitologia "transformacji ustrojowej" i hagiografie jej bohaterów.

Tak więc „brak ciekawości” u zwycięzców, czy też tępienie przez nich „ciekawych” to pewna stała, idzie jednak o wrażliwość i metody. Jak uczą nas uczeni, wrażliwość danego podmiotu jest tym większa, im słabszy bodziec wywołuje w nim reakcję. Mówiąc obrazowo: osobnik gruboskórny śmieje się, gdy dostanie pałą w łeb, a wrażliwiec histeryzuje po ukłuciu szpilką. Patrząc z tej perspektywy systemy totalitarne czy policyjne da się opisać jako „przewrażliwione”. Zaś co do metod – sprawa jest jasna: są metody bardziej i mniej brutalne. „Stalinizm” był systemem straszliwie przerważliwionym, stosującym skrajnie brutalne metody, później „Polska Ludowa” nabrała pewnej gruboskórności, a metody złagodniały. System pozostał jednak – do finalnego przepoczwarzenia - bardzo wrażliwy i dość brutalny. Reagował histerycznie na rzeczy dziś dla nas zupełnie niewinne. Skoro zaczepiłem panią Sonik – weźmy za przykład kotrsystemową działalność studentów w latach 70-tych ubiegłego wieku. Tak opisywał ją (w donosie) znawca tematu Lesław Maleszka: "Niektórzy studenci reprezentujący wrogie postawy podjęli działania w postaci opracowania i kolportażu wrogich ulotek i czynili próby zawiązania nieformalnych grup o wrogim charakterze, wśród części studentów kolportowane były listy, petycje i apele opozycjonistów występujących przeciwko polityce władz i występujących rzekomo w obronie represjonowanych robotników, część studentów z aprobatą wypowiadała się o tych działaniach widząc potrzebę ich wsparcia popularyzacji"(5). Faktycznie – straszne rzeczy... A przecież uruchamiały one potężny aparat policyjny.

Skalę histerii władców PRL niechże nam zilustruje taki epizod: wiosną 1973 roku pojawiły się w Krakowie pisane na maszynie typu "Marica" ulotki z protestem przeciw odgórnemu jednoczeniu organizacji studenckich. Treść ulotki była taka: "W imieniu wszystkich studentów podzielających nasze poglądy protestujemy przeciwko: 1. Sposobowi utworzenia nowej organizacji. 2. Jej nazwie. 3. Sposobowi powołania władz SZSP". Co było dalej opisze Jarosław Szarek, autor książki o Studenckim Komitecie Solidarności: "W całym mieście rozpoczęło się polowanie na maszyny "Marica". Esbecy ruszyli do biur i zakładów napraw. W AGH sprawdzono wszystkie maszyny - było ich siedemset dziesięć. Na Politechnice Krakowskiej ograniczono się tylko do dwudziestu pięciu używanych. Odnaleziono także wszystkich 210 właścicieli, którzy w ostatnich trzech latach oddali do naprawy maszyny tego typu. (...). Szukano też daleko poza Krakowem, wśród księży, jeden był z okolic Piotrkowa Trybunalskiego. Skontrolowano korespondencję setek osób, wśród nich także listy wysyłane przez kardynała Karola Wojtyłę. Krój czcionek skonfrontowano z pięcioma tysiącami posiadanych już przez bezpiekę wzorów pism. Sprawdzono wszystkie używane przez uczelnie powielacze. Jedna z ulotek została naklejona na drzwiach akademika taśmą samoprzylepną. Okazało się, że sprzedano ją w kiosku na miasteczku studenckim. Przestraszona kioskarka zeznała, że w ostatnim czasie kupiło ją dziesięć osób, ale ich twarzy nie jest w stanie rozpoznać..."(6)

Oczywiście, że tropionym w ten sposób studentom nie było do śmiechu, ale gdy się o tym czyta po latach, w innych warunkach trudno uniknąć poczucia absurdu. Skala dysproporcji między bodźcem a reakcją jest – jak mawiała dawniej młodzież – powalająca. Bez wątpienia: system, któremu zagrażała TAKA działalność nie zasługiwał na przetrwanie. No dobrze, ale jeśli – z kolei - III PR naprawdę zagraża Paweł Zyzak? I - jeśli zagraża – to jakie wnioski można z tego wyciągnąć? Zaryzykuję taki: III PR, jakkolwiek – w zestawieniu z PRL – niesłychanie gruboskórna, pozostaje zbyt wrażliwa jak na ten czas i miejsce. Przypuszczam, że mieszkaniec, powiedzmy, Francji poczułby opary absurdu czytając doniesienia o histerii rozpętanej wokół książki Pawła Z. (nie znaczy to, że we Francji brak bitew o historię. Idzie o grubość skóry). Zresztą – czy trzeba być do tego cudzoziemcem? Liliana Sonik też pisze: „Jesteśmy krajem paradoksów, w którym pojawiają się skrajnie prowincjonalne reakcje. Bo jak inaczej nazwać to, że położony w centrum Europy 40-milionowy naród, przywiązany do wolności jak niewiele innych, w XXI wieku znajduje w sobie rzesze zwolenników cenzury i autocenzury?” No właśnie. III PR – przy wszystkich różnicach dzielących ją od PRL – pozostaje tworem, w którym stężenie absurdów i paradoksów pozostaje na zdecydowanie za wysokim poziomie.

Ktoś powie: ale przecież to nie Zyzak zagraża. To IPN, a właściwie – swoboda grzebania w historii najnowszej. Zgoda. Z powodów, o których wspomnieliśmy na wstępnie za groźny uważany jest Instytut, bo grzebie w historii obok tych i wbrew tym, którzy spisali dzieje „transformacji ustrojowej” (brak zapisu uznajemy tu za specyficzną formę dziejopisarstwa). Książkę Zyzaka wykorzystano tylko jako pałkę. Coś trzeba było znaleźć. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku Zbigniew Chlebowski zapowiadał: "W przyszłym roku powinien być gotowy projekt zmian w przepisach regulującej działalność Instytutu Pamięci Narodowej" (za "Rz"). Mamy właśnie ów "przyszły rok", projekt pewnie jest prawie gotowy, ale cóż, kiedy histeria wyprodukowana w związku z książką Cenckiewicza i Gontarczyka zdążyła mocno przyschnąć? Gdyby - bez ostrzału artyleryjskiego - Platforma uderzyła teraz w IPN wrażenia byłyby mieszane. Potrzebny był pretekst - trafił się Zyzak. Nie byłoby Zyzaka - znalazłoby się coś innego (zapowiadana na maj publikacja o "Alku" Kwaśniewskim?). O rozpaczliwym charakterze poszukiwań świadczy klejenie książki wydanej przez „Arcana” z IPN, czego nie da się zrobić inaczej niż głupio i na siłę. Tylko – co to zmienia? Owszem, próg wrażliwości systemu nieco się podnosi (duży instytut to więcej, niż jeden magister), ale wciąż mamy do czynienia z tworem przewrażliwionym – jak na to miejsce i czas...
A – poza tym - system III PR, przez swoje tabu, paradoksy i absurdy niszczy ludzi. Nie, no oczywiście, że nie tak, jak to było za „stalinizmu” czy za Gierka. Ale i tak przykro patrzeć jak dziennikarze, „autorytety moralne”, czy dygnitarze wykonują jakieś dziwne figury, firmują łajdactwa, czy pogrążają się w idiotyzmach.

Weźmy coś takiego: niedawno, przewodniczący Chlebowski, gromiąc książkę Zyzaka, orzekł, że IPN "...nie odpowiada za tą pracę, natomiast materiały, które posłużyły do napisania tej książki, w dużej mierze pochodzą z archiwów i zasobów Instytutu Pamięci Narodowej". I na tym – zdaniem Chlebowskiego – polega „wina” Instytutu... Jest to - kolejna już w III PR! - rewelacja gdy idzie o badania historyczne. Aż dziwne, że wcześniej nikt nie wpadł na coś podobnego. Bo faktycznie: różni ludzie grzebią w archiwach, a potem robią z urobkiem co chcą. Słowem - zupełne bezhołowie. Czas tę anarchię ukrócić. Zasadę Chlebowskiego dałoby się zresztą rozszerzyć, chociażby na biblioteki (tam też sporo można wygrzebać...). Gdy, na przykład, ktoś najpierw pożyczy w bibliotece "Robin Hooda", a potem obrobi kiosk - bibliotekarz idzie siedzieć. Bibliotekarki, to - z reguły - dość poczciwe istoty, łatwo taką złapać (a przynajmniej łatwiej, niż złodzieja) więc rozciągnięcie na nie odpowiedzialności za czyny czytelników korzystnie wyglądałoby w statystykach policyjnych... Czy Chlebowski naprawdę wierzy w idiotyzmy, które głosi z miedzianym czołem. Gdy idzie o niego – nie wykluczam. Ale jest parę osób, które plotą – przypuszczam - bez wewnętrznego przekonania, bo ich „system zmusza”. Trzeba tym nieszczęśnikom pomóc, tym bardziej, że szykuje nam się demoralizacja na masową skalę.

Bo, przy okazji przycinania pazurów IPN-owi, zniechęcono (ewentualnych) ciekawskich na uniwersytetach: okoliczności powstania pracy Zyzaka miało zbadać pięciu ekspertów z Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Kontrolę, owszem, odwołano, ale sygnał poszedł i został niechybnie odebrany, bo coś mi mówi, że takie kontrole mogą być dla naszego świata akademickiego równie niebezpieczne, co lustracja. Nikt przytomny przecież nie powie, że mamy wysokiej jakości "średnią akademicką" i gdyby tytuły naukowe dostawali tylko ci studenci, którzy na to porządnie zapracowali, to doprawdy - z tzw. "boomu edukacyjnego" ostałyby się jeno płacz i zgrzytanie zębów. Pracy Zyzaka nie znam (poza fragmentem z "Arcanów"), ale gotów jestem założyć się w ciemno, że to jedna z lepszych napisanych ostatnio prac magisterskich. A już na pewno nie należy do najgorszych. Co prawda w "Superstacji" jakiś parlamentarzysta z SLD powiedział, że: "praca magisterska, która liczy 600 stron jest czymś chorym" i świadczy o "dewiacji autora", ale pozwolę sobie mieć inne zdanie. Chociaż, w czasach, w których można napisać kilkudziesięciostronicową pracę magisterską buszując po internecie student tłukący się za materiałami po kraju i piszący kilkaset stron faktycznie wychodzi na dziwaka, i to niebezpiecznego. Bez wątpienia: uniwersytecka kadra i administracja woli, żeby im się nikt przy standardach nie kręcił. A przekaz z MEN poszedł taki: chcesz mieć kłopoty? Weź się za historię III PR. Znajdzie się teraz ktoś odważny? Odważni studenci pewnie by się znaleźli, ale odważni rektorzy, dziekani, promotorzy czy recenzenci - to już nie tak łatwo. Bo - jak wiadomo - w większości przypadków poziom odwagi spada z wiekiem wraz ze spadkiem poziomu testosteronu, czy innych hormonów, a proces ten bywa poetycko nazywany nabierania mądrości życiowej. Te naturalne zjawiska wspiera w III PR system promujący osobników ceniących przede wszystkim święty spokój. Najlepszym dowodem, że tak się sprawy mają jest krzyczący brak biografii nie tylko Wałęsy, ale i całej reszty naszego establishmentu. Bo i po co narażać się na baty, skoro wokół pełno jest tematów pasjonujących a bezpiecznych, którymi mogą zająć się magistranci. Na przykład: "Usługi remontowo-budowlane spółdzielni i kółek rolniczych" (temat, niestety wykorzystany przez minister Kudrycką). Trzeba mieć doprawdy specjalny talent, by pisząc o czymś takim podpaść politycznie ikonom III RP. Choć, z drugiej strony - diabli wiedzą. Bo może w którymś z tych kółek gościł z odczytem, powiedzmy Leszek Balcerowicz, w zamierzchłej epoce, gdy nie był jeszcze żywym klasykiem liberalizmu, tylko pracownikiem Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR? Ja wcale się z tej posady nie natrząsam. Balcerowicz wszak i tu błysnął geniuszem (ostatecznie gdy wyszło na to, że podstawowym problemem marksizmu-leninizmu stało się przeflancowanie komunistów na kapitalistów - znalazł świetne rozwiązanie). Ale są może tacy, którzy nie uważają za stosowne wyciągania na wierzch podobnych zaszłości. W każdym bądź razie - w oficjalnym życiorysie Balcerowicza podawanym na jego stronie internetowej o instytucie przy KC nie przeczytamy. Nie brnijmy jednak dalej w dygresje przyjmując, że, mimo wszystko, są tematy bezpieczniejsze niż życiorysy herosów "transformacji ustrojowej". I te tematy trzeba eksploatować - przynajmniej do czasu pojawienia się pracy mogącej być wzorem dla biografii bohaterów III PR. Słyszałem, że prof. Friszke pisze biografię Kuronia, ale co robić czekając nim skończy? Nie wiem. Ponoć prof. Reykowski pisał magisterkę o Józefie Stalinie, a skoro przeszło mu to przy ówczesnych wyśrubowanych standardach akademickich, to kto wie czy to dziełko nie było by dziś jak znalazł - właśnie na wzór...

Ale - obok osób doświadczonych - są jeszcze osobnicy, którzy jakimś trafem mądrości życiowej nie nabrali (młodzi i naiwni? starzy a głupi?). Chyba ich właśnie miał na myśli Tadeusz Mazowiecki mówiąc: "Jest w Polsce stronnictwo trucicieli, którzy uważają, że wszystko można, że wszystkich można ochlapać”. "Pierwszy niekomunistyczny premier"... Zwracam uwagę, że to określenie sygnalizuje kontynuację "Polski Ludowej" (przy zerwaniu ciągłości byłby to po prostu "pierwszy premier"). A więc "pierwszy niekomunistyczny premier" pomylił się o tyle, że "truciciele" nie są - póki co - zorganizowani w stronnictwo. Rzecz wypada nadrobić. Ostatecznie Mazowiecki to człowiek poważny (PAX-owska szkoła Bola Piaseckiego!)trzeba więc jego słowa oblec w ciało, bo inaczej wyjdzie na dudka. Niniejszym ogłaszam tedy nabór do Stronnictwa Trucicieli Ubekistanu ( gdy następnym razem Mazowiecki coś o nim palnie - będzie przynajmniej wiadomo o czym mowa). Wstęp do stronnictwa - wolny. Struktura - luźna. Przywileje - żadne. Obowiązek - jeden, to jest: trucie. Wpuszczanie jadu w żyły ubekistanu to jest dziś, śmiem powiedzieć, patriotyczny obowiązek, a więc - trujmy Bracia i Siostry. Trujmy służbowo i prywatnie. Trujmy w pracy i na urlopie. Na uczelni i w pralni. Trujmy w realu i w internecie. Trujmy w dzień (w nocy - to jak już jak kto musi). Trujmy na poważnie i dla hecy. Trujmy wprost i aluzją. Dla przyjemności i dla Polski. Dla dzieci i dla ludzkości. Trujmy - aż zdechnie. A gdy zdechnie będziemy patrzeć jak ci, co się w truciu odznaczyli piszą nową historię zwycięzców i tracą ciekawość, bo – jak powiada Eklezjasta – „to, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem”, ale – daj Boże – będą to osobnicy o grubszej skórze niż histerycy z III PR (bo też trudno tych ostatnich przebić w przewrażliwieniu...). Lilianę Sonik – rzecz jasna – w szeregi Stronnictwa Trucicieli Ubekistanu zapraszam i kończę jeszcze jednym cytatem z książki o Studenckim Komitecie Solidarności: "Największym przeżyciem była lektura Sołżenicynowskiego "Żyj bez kłamstwa". To była iluminacja, olśnienie! Potem inne, nieliczne, ale za to jakiej próby! Kołakowskiego "Tezy o nadziei i beznadziejności". (...). Kołakowski pisał (...): "...ci, co liche przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą reagować, będą musieli za te przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie". To zdanie zapamiętałam na zawsze - wspomina Liliana Batko" (7). Ciekawe czy, a jeśli tak, to jak mocno Liliana Sonik przewyższa pannę Batko mądrością życiową...

Przypisy

1. Rafał Stobecki, Historia pod nadzorem, s.105/106.
2. Piotr Lisiewicz, Falset proroka, NGP czerwiec 2006 - sieć.
3. Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Śmierć bogów, GW 11/03.2000 - sieć.
4. Katarzyna Kolenda Zaleska, Zyzak, a kto to taki?, GW 6.04.2009.
5. za: Jarosław Szarek, Czarne juwenalia, s.55.
6. Jarosław Szarek, Czarne juwenalia, s.18-19.
7. Jarosław Szarek, Czarne juwenalia, s.31.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Wydaje mi się, że takie witryny jak Niepoprawni doskonale wypełniają rolę Trucicieli Ubekistanu. Myśląc praktycznie - gors naszego wysiłku powinno się skupiać na rozsądnym powiększaniu takich społeczności.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#18097

masz rację. dlatego też - kaptuj, wciągaj, agituj...  

 

tad9

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

tad9

#18099

Tekst oczywiscie świetny, a autorem powiedzonka "historię piszą zwycięzcy" jest Churchil.No, według wiki.
p://pl.wikiqhttuote.org/wiki/Historia

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

mona

#18163

że powiedzonko jest starsze od Churchila, ale on faktycznie palnął coś w stylu, że nie martwi się w jaki sposób wypadnie w historii, bo sam ją będzie pisał.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

tad9

#18178