życiorys szyty na miarę III RP

Obrazek użytkownika tad9
Kraj

Polscy piłkarze pewnie nie podokazują w czasie Euro, jest jednak w dyscyplina, w której III RP to prawdziwa potęga. Idzie rzecz jasna o wazeliniarstwo reżimowych dziennikarzy. Obsada jest tu tak mocna, że trudno wprost wskazać championa. Gwiazda ściga się z gwiazdą i można w nich przebierać jak w ulęgałkach. Dajmy na to – taki Tomasz Wołek podniósł wazeliniarstwo do niesłychanego poziomu. W pewnej stacji telewizyjnej puszczają filmy pornograficzne i program, w którym Wołek z grupką przyjaciół wchodzi Tuskowi w tyłek, przy czym Wołek jest tak dobry w swym rzemiośle, że czasem trudno orzec, czy trafiło się na jego program, czy na film. Śmiało więc można by nazwać Wołka „Messim propagandy”, niemniej Tusk, z jakiegoś powodu, na swoją niejako oficjalną maskotkę wybrał Tomasza Lisa - być może dlatego, że pluszowy lis (Vulpes vulpes) wygląda ładniej niż pluszowy wołek (Sitophilus granarius). Gdyby więc kierować się wskazaniem Tuska – wiemy już kto jest mistrzem, nad mistrze, my jednak pozwolimy sobie na własny typ i wskażemy na Janinę Paradowską (która zresztą sama deklaruje: „...jestem salonową dziennikarką (…)i bardzo sobie ten salon cenię”).

Pani Janina darzy Tuska uczuciem, nie wiem, czy szczerym, ale goracym i Tuskowa III RP jawi się jej jako kraina, której największym problemem jest „antysystemowa opozycja”, reszta zaś, to problemy albo przejściowe, albo wprost wymyślone. Z pism Paradowskiej czytelnik dowiaduje się zatem, że w czasie zamieszania z nową „listą leków” w aptekach wcale nie było kolejek, dworce kolejowe może nie są nowe, ale je przed Euro wypucowano, a pociągi jeżdżą nie wolniej niż za Gierka. Krótko mówiąc Paradowska wprost tryska optymizmem, i można wręcz zaryzykować twierdzenie, że gdyby to ona była dyrygentem na „Titanicu”, to orkiestra grałaby jeszcze tydzień po zatonięciu statku... Widząc podobny fenomen człowiekowi na usta ciśnie się pytanie: a skąd się takie cudo wzięło? Jakimi ścieżkami doszła Paradowska do punktu, w którym jest dzisiaj? Na szczęście naszą ciekawość, do pewnego stopnia może zaspokoić niedawno wydany wywiad-rzeka, którego właśnie Paradowska jest podmiotem. W tym miejscu musimy zwrócić uwagę na specyfikę gatunku. Otóż, wywiad-rzeka, jeśli akurat nie jest robiony przez prokuratora na potrzeby śledztwa, robiony jest z reguły przez osobę życzliwą, a bywa, że i zaprzyjaźnioną, więc wyłania się z niego możliwie życzliwy obraz przepytywanego bohatera. Wywiad z Paradowską chyba nie jest tu wyjątkiem, i wziąwszy poprawkę na tę okoliczność możemy zagłębić się w lekturze...

Darujmy sobie historię pierwszych lat pani Janiny - ostatecznie interesuje nas ona jako dziennikarka, a nie studentka czy barmanka. A więc – pracę dziennikarską zaczęła Paradowska około roku 1967 w „Kurierze Polskim” jako praktykantka. I chociaż PRL-owska prasa była narzędziem propagandy Paradowska, jak twierdzi w sumie nie brała w tym udziału pielęgnując swoistą apolityczność. Dziejowe burze brudziły innych. Gdy w marcu 1968 roku „Kurier” publikował zaangażowane artykuły Ryszarda Gontarza, Paradowska nie miała z tym nic wspólnego, bo wtedy w gazecie działały jakby dwie redakcje, a ona była w tej drugiej i zajmowała się głównie turystyką... W „marcu 68” Paradowska niby więc nie uczestniczyła, niemniej właśnie w okolicach roku 1968 na krótko przeniosła się do „Przyjaciółki”, a trafiła tam, bo akurat były wolne miejsca po marcowych czystkach, a ona chciała mieć mieszkanie w Warszawie. W „Przyjaciółce” mogli coś takiego załatwić, a w „Kurierze” - nie mogli. Mieszkanie dostała i „Przyjaciółkę” porzuciła wracając na łono „Kuriera”..... Tak to na fali „marca 68” Paradowska zyskała lokum w stolicy. A znów „praską wiosnę” wykorzystała krajoznawczo - po inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowacę załatwiła sobie wyjazd do okupowanych przez LWP Hradec Kralove i po tej wycieczce napisała jakiś artykuł z którego dziś nie pamięta ani słowa, ale którego się wstydzi, chociaż był to artykuł „nie polityczny, bardziej obyczajowy”.... No dobrze, więc kiedy właściwie w życiu przyszłej komentatorki politycznej zaistniała polityka?

Otóż, polityką zaczęła się Paradowska interesować dopiero po „czerwcu 76”, ale polegało to na słuchaniu „Wolnej Europy” i czytywaniu drugoobiegowych pism. Sama w działalność opozycyjną się nie angażowała, bo ani nie miała na to odwagi, ani nikt jej tam nie ciągnął.Po 1976 „dopiero dojrzewa” do polityki... Co prawda do PZPR się zapisała, ale to z przekory, bo gazeta w której pracowała była w gestii Stronnictwa Demokratycznego, więc przyjęcie czerwonej legitymacji było aktem nonkonformizmu.... No, może prawie było... Do „Solidarności” Paradowska też się, oczywiście zapisała zostając nawet szefową związkowej komórki w wydawnictwie. 14 grudnia 1981 roku z partii wystąpiła, ale tak naprawdę nie wie, czy wystąpiła, bo sekretarz organizacji partyjnej, któremu oddała legitymację być może schował ową legitymację do szuflady i nikomu o wystąpieniu Paradowskiej nie powiedział (nawiasem mówiąc, moment występowania z PZPR opisuje Paradowska z dokładnością co do dnia, za to cała ta skrupulatność znika gdy idzie o wstępowanie i czytelnik nie wie w którym właściwie roku ów wzniosły fakt miał miejsce. Czy aby nie było to w okolicach marca 68?). W stanie wojennym lojalkę podpisała, ale coś tam przy podpisywaniu skreśliła, weryfikowana była, ale jej nie wyrzucili, tylko zawiesili, a jak ją potem odwiesili, to wróciła do pracy w „Kurierze”, bo nie wiadomo, co innego mogłaby robić... Zacząć pisać – jak niektórzy koledzy – do „Niewidomego Spółdzielcy” czy prasy podziemnej? To było zbyt niepewne zajęcie... Tak więc po „karnawale Solidarności” robiła to samo, co przed (acz – jak podkreśla - bez entuzjazmu...). Koledzy – właśnie ci, którzy jednak zdecydowali się na pracę w „Niewidomym Spółdzielcy” - mieli pretensje, i jeden nawet obsmarował Paradowską w książce o weryfikacji, ale raczej dość łagodnie... Z czasem Paradowska przeszła z „Kuriera” do „Życia Warszawy” gdzie zajmowała się głównie sprawami oświaty. W ten sposób chociaż przez połowę życia była „dziennikarzem w gazetach, które dziś nazywa się reżimowymi”, to wyszła z tego z czysta, albowiem nie zajmowała się polityką. Dopiero w czasie obrad „okrągłego stołu” wydelegowano ją do obsługi jednego z podstolików, a potem przeszła do „Polityki” i tak zaczęła się jej błyskotliwa kariera politycznej komentatorki.

A przecież nic ją właściwie do takiej kariery nie predestynowało. Ostatecznie przez całe zawodowe życie była trzecioligową wyrobniczką pióra nieźle przystosowaną do realiów systemu. Sama zresztą nie wyrzeka specjalnie na ów system, nie twierdzi, że gasił on jej dziennikarski temperament, tłumił ambicje, podcinał skrzydła, tłamsił czy dusił. Nic podobnego. Była do niego tak mocno mentalnie przystosowana, że o np. cenzurze mówi: „...do głowy mi nie przychodziło, że cenzury może nie być” (nie przyszło jej to do głowy do tego stopnia, że: „Gdy już nastały wolne media miałam nawet problem z autocenzurą (…). Nauczona przez lata, że nie mogę wszystkiego napisać, bo cenzor i tak skreśli, samoograniczałam się”). Po „sierpniu 80” co prawda „poczuła, co to jest dziennikarstwo”, ale - gdy było trzeba – zapomniała ten smak na następnych parę lat... Więc skąd taka kariera? To prawda - w III RP szansę na karierę dostał trzeci szereg dziennikarstwa PRL, bo twarze z pierwszego szeregu były zbyt zużyte, ale czy to wszystko tłumaczy? A może umiejętności nabyte w prasie PRL były równie przydatne po „upadku systemu”? Początki pracy dziennikarskiej Paradowska opisuje tak: „...to były czasy dziwnego przemieszania dziennikarstwa z propagandą, z mocną przewagą tej drugiej. Tematy, które zlecało nam kierownictwo redakcji, miały opisywać sukces”. Czytamy te wyznania i widzimy, że Paradowska robi dziś to samo co zawsze: miesza dziennikarstwo z propagandą. III RP okazała się ekosystemem promującym właśnie Paradowskie (płci obojga....)

Wypowiedzi Paradowskiej cytowane za: „Janina Paradowska: A chciałam być aktorką.... . Rozmawia Marta Seremecka”

PS

To co wyżej – to wersja „naiwna”, nie byłbym jednak sobą, gdybym nie pożeglował w kierunku teorii spiskowych. Przy ich snuciu wspomagać się będziemy książką „Weryfikacja” napisaną niegdyś przez Macieja Łukaszewicza. To do niego właśnie Paradowska ma pewne pretensje o to, że ją brzydko w „Weryfikacji” odmalował, ale są to pretensje na wyrost, bo Łukasiewicz pisze o Paradowskiej raczej łagodnie. Faktem natomiast jest, że relacja Łukasiewicza pozwala spojrzeć na opowieści Paradowskiej pod innym kątem. Weźmy kwestię oddania przez nią legitymacji partyjnej. Łukasiewicz 22 lutego 1982 roku notuje:

„Na spotkaniu w ChsSS zastanawialiśmy się dziś (…) nad przyszłym kształtem graficznym nowego tygodnika. Po spotkaniu namawiałem Hennego, aby przyjął do pracy Kasię Kołodziejczyk, a może i Jankę Paradowską. Nie mają nic przeciwko niej, jeśli tylko – co zaskakujące – zdecyduje się na oddanie legitymacji partyjnej(!?). Jak mnie zresztą sama zapewniała, ma zamiar zrobić to na najbliższym zebraniu POP w „Kurierze””

Jak się to ma do tego fragmentu wywiadu-rzeki (mowa o legitymacji partyjnej)?:

„Oddałam ją 14 grudnia. I nic. Sekretarzem organizacji partyjnej w „Kurierze” był nieżyjący już Włodek Karwan, który zresztą został negatywnie zweryfikowany. Był jednym z filarów „Solidarności”. Jemu ją oddałam. (…). Po latach nabrałam podejrzeń czy Włodek Karwan w tej swojej uczciwości przypadkiem nie schował legitymacji do szuflady i nikomu o tym nie wspomniał, żeby mnie chronić”.

A więc Paradowska twierdzi, że legitymację oddała dzień po ogłoszeniu „stanu wojennego” (był to poniedziałek...), tymczasem – według zapisków Macieja Łukaszewicza – jeszcze dwa miesiące później nasza bohaterka dopiero nosi się z zamiarem opuszczenia PZPR.... Takie rozbieżności są jednak średnio interesujące. Ciekawsze jest to, że Paradowska wydaje się być otoczona jakimś „polem ochronnym”. Pisze (ciągle o opuszczeniu PZPR): „...partia nigdy się już do mnie w żadnej sprawie nie odezwała, po żadne składki nie zgłosiła, ale też nic złego mnie z tego powodu nie spotkało. A reguła była taka, że jeśli ktoś oddawał legitymację partyjną, następowało automatyczne wyrzucenie z pracy, ba, z zawodu. A mnie w końcu po dwóch i pół miesiącach Fajęcki powiedział: „SB panią odwiesiła”. Tak się składa, że mamy o tych wydarzeniach relację obszerniejszą, choć z drugiej ręki, ale za to – z „epoki”. Sięgamy do notatek Łukasiewicza i czytamy zapis z 1 lutego 1982 roku:

„Tuż przed południem wpadła Janka – bezpośrednio po rozmowie z Fajęckim, podczas której obecny był też Beszterda z CK (Stronnictwa Demokratycznego - tad9). Okazało się, że to właśnie on był w grudniu przewodniczącym naszej komisji weryfikacyjnej... Zdaniem Janki podjęta już decyzja o „odblokowaniu” jej pracy w „Kurierze” przyszła z zewnątrz, z SB. Obaj panowie prześcigali się w uprzejmościach i kordialnie zapraszali ją do jak najszybszego powrotu. Besztarda mówił, że zależy im, aby „scementowała” zespół. Ma tydzień czasu na odpowiedź. Janka już teraz na serio rozważa możliwość powrotu do „Kuriera”. Dla mnie jest to mimo wszystko raczej zaskoczeniem: myślę, że jej wizyta u mnie miała charakter sondażowy: jaka będzie moja reakcja na jej sugestię pozytywnej decyzji. Co prawda, podczas rozmowy z oboma notablami Janka – jak twierdzi – nie ułatwiała im sytuacji i wysuwała całą masę zastrzeżeń, pragnąc zagwarantować sobie możliwie wysoką pozycję, pozwalającą unikać osobistego udziału w kampanii oszczerstw wobec „Solidarności”. Zapewnili ją obłudnie, że o tym nie ma mowy; przecież Radek na pewno jej pomoże w zachowaniu czystych rąk”(ów Radek to naczelny „Kuriera” - tad9)

Zastanawiające, że Paradowska chciała uniknąć „osobistego udziału” w kampanii oszczerstw wobec „Solidarności” z czego zdaje się wynikać, że byłaby w stanie przełknąć ewentualne oszczerstwa pisane w „Kurierze” przez innych, ale zwróćmy raczej uwagę na zastanawiająco mocną „pozycję negocjacyjną” naszej bohaterki. Skąd te wszystkie karesy? Pozyskanie do współpracy byłej szefowej „Solidarności” w wydawnictwie „Epoka” byłoby może jakimś sukcesem propagandowo-politycznym, ale czy Paradowska była postacią na tyle znaczącą, by tak jej nadskakiwać? A poczynała sobie bezczelnie. Jak opowiada - SB „odwiesiła” ją w „Kurierze” licząc, że będzie „integrować zespół”. Ona te nadzieje zawiodła w związku z czym wezwano ją ja Rakowiecką i obsztorcowano, za co znów ona nakrzyczała na SB-ków, a później zrobiła jeszcze awanturę naczelnemu „Kuriera” za rozmawianie z dziennikarzami za pośrednictwem Służby Bezpieczeństwa. I co się dzieje? Ano to samo, co po oddaniu („oddaniu”?) legitymacji partyjnej, czyli – nic. Trudno uniknąć wniosku, że traktowano ją w sposób szczególny. Skąd się to brało? Tego nie wiem. Być może kluczem do zagadki jest postać pierwszego męża Paradowskiej – Tadeusza Stępnia, o którym sama Paradowska mówi, że „..być może miał jakieś kontakty” ze służbami specjalnymi PRL... Dobre sobie – być może! Związki Stępnia z PRL-owską „wojskówką” wydają się ewidentne. Stępień zajmował się w „Kurierze” sprawami wojska i to on w 1968 roku załatwił Paradowskiej „wycieczkę” na okupowane przez LWP lotnisko w Hradec Kralove. W relacji Łukasiewicza Stępień występuje jako człowiek, który „...ma rozległe kontakty z wojskiem i MSW...”. Stępień miał też chyba w zwyczaju bawienie towarzystwa wiedzą dostępną „wtajemniczonym”. Znów skorzystajmy z książki Łukasiewicza - zapis z 22 maja 1982:

„Wpadli Janka Paradowska z Tadeuszem -wrócili wczoraj z Krakowa. (…). Najbardziej sensacyjne wiadomości miał Tadeusz, który od lat (z racji swej „wojskowej” działki w „Kurierze” ma kontakty z różnymi funkcjonariuszami. Otóż podobno wczoraj miał po
DTV wystąpić w telewizji Wałęsa! Sprawa została uzgodniona przez Episkopat. Wałęsa miał jakoby wezwać związkowców do rezygnacji z polityki i ogłosić, że porozumiał się z władzami co do wznowienia działalności NSZZ „S”. Jednocześnie mieli zostać zwolnieni wszyscy internowani i ogłoszona amnestia dla skazanych za akcje protestacyjne. (….). Skoro nie doszło do tego wczoraj, być może stanie się to dziś lub jutro. Wiadomość nieprawdopodobna, ale na górze coś się kotłuje”

Mamy tu chyba refleks tzw. operacji „Renesans”, którą PRL-owskie władze przeprowadzały w tym mniej więcej czasie, a która miała za cel stworzenie „oswojonej” „Solidarności”. Jeśli Stępień należał do osób znających różne ciekawostki zza kulis „Renesansu”, to wypada oddać hołd jego kontaktom....

Późniejsze przejście Paradowskiej do „Życia Warszawy” (niewątpliwy awans) też da się wpisać w ten osobliwy kontekst, było to bowiem pismo specyficzne. Dość poczytać książkę o „KOR” Jana Józefa Lipskiego, by wiedzieć, że „Życie Warszawy” - przynajmniej w połowie lat 70-tych – uchodziło za gazetę, gdzie „bezpieka” miała szczególnie mocne wpływy. Lipski nazywa „Życie” wprost „gazetą policyjną” (pisząc to zresztą z niemiecka). I właśnie z „Życia” sami zgłaszają się do Paradowskiej proponując jej pracę. Paradowska: „Dzwoni do mnie Iwona Jacyna z „Życia Warszawy”: „Słyszałam, że pani szuka pracy”. Zdziwiłam się. Ale szczęśliwie coś mnie powstrzymało, żeby powiedzieć, że nie, nie szukam. „Gdyby pani chciała przyjść do mnie, do „ŻW”, to mogłybyśmy porozmawiać. Poszłam na rozmowę, podczas której zaproponowała mi etat w dziale nauki i oświaty. Potem rozmawiałam z redaktorem naczelnym Zdzisławem Morawskim. Bardzo szczerze. Powiedział on, że mnie chętnie zatrudni, ale oczekuje, że nie będę prowadziła żadnej działalności politycznej,on zaś gwarantuje, że nie będę wypełniała jakiegokolwiek zamówienia politycznego”. I znów trzeba się pochylić nad „pozycją negocjacyjną” Paradowskiej. Nie każdego awans sam szuka... Później miało się okazać, że za wszystkim stali koledzy Paradowskiej z „Kuriera”, którzy poprosili Morawskiego, by ją zatrudnił, bo z „Kuriera” ją wkrótce wyrzucą, a poza tym przez nią – byłą szefową „Solidarności” - ludzie wstydzą się zapisywać do nowych związków... Cóż, pozwolimy sobie zachować sceptycyzm...

Dodajmy, że III RP Paradowska zachowała osobliwą skłonność do wiązania się mężczyznami mającymi w tle służby specjalne – jej ostatni mąż, Jerzy Zimowski był w latach 90-tych wiceszefem MSW. Dzięki wywiadowi-rzecze poznajemy dziś garść ciekawostek obyczajowo – socjologicznych mówiącym nam o środowisku w jakim funkcjonowała para Zimowski – Paradowska. Np. - „jednym z najbliższych przyjaciół” Zimowskiego był Jacek Merkel, o którego „agenturalnych powiązaniach” coś tam szeptano, ale było to – zdaniem Paradowskiej - „bzdurą i zwyczajną nieprzyzwoitością”. Jacek Merkel to postać nieco dziś zapomniana, a przecież odegrał pewną rolę w powstaniu panującej nam dziś miłościwie Platformy Obywatelskiej. Co tam zresztą PO! W jubileuszowym roku 2000 Janina Paradowska w tekście poświęconym rocznicy „sierpnia 80” ogłosiła Merkla ni mniej, ni więcej tylko: „jedną z najważniejszych osób w strajku i przy narodzinach Solidarności". Takie wyniesienie pana Jacka to jednak gruba przesada, ale nie śmiemy przypuszczać, by miał z tym coś wspólnego fakt, że mieliśmy do czynienia z przyjacielem domu Paradowskich... Niemniej Merkel to postać faktycznie interesująca. I w tym miejscu ułatwię sobie życie cytując obszerny fragment mojego wpisu sprzed lat („Pominięty bohater „Sierpnia”):

Merkel (…) początku lat 90-tych był jedną z ważnych figur w środowisku "gdańskich liberałów" z którego wyrósł Kongres Liberalno - Demokratyczny. Merkel piastował funkcję członka Prezydium Rady Krajowej KLD i kierował kampanią wyborczą Kongresu w 1993 roku, po zjednoczeniu KLD z UD trafił zaś do Rady Krajowej Unii Wolności. Za rządów AWS-UW Balcerowicz proponował Buzkowi Merkla na ministra transportu i gospodarki morskiej, ale nic z tego nie wyszło. Merkel odznaczył się jeszcze przy tworzeniu Platformy Obywatelskiej, ale potem o nim ucichło, przypuszczam, że w związku z doniesieniami o śledztwie w sprawie zniknięcia 9 milionów z kont spółek do władz których należał(Media Trust i 4 Media). (….)

Szkic drogi politycznej Jacka Merkla podałem wyżej, teraz zajmiemy się jego interesami. I ten wątek już zaistniał - w postaci spółek Media Trust i 4 Media -
biznesem Merkel interesował się dużo wcześniej. Tu pojawia się postać Dariusza Przywieczerskiego, szefa "Universalu", zwanego przez niektórych dziennikarzy "mózgiem afery FOZZ". Jakiś czas temu Przywieczerski czmychnął z kraju i aktualnie buja się gdzieś po świecie (w każdym razie - polskie służby jakoś nie mogą go skutecznie namierzyć), ale niegdyś należał do największych magnatów wyrosłych na "transformacji ustrojowej". Do sposobu zdobycia przez magnatów majątku można by mieć pewne uwagi, magnaci dbali więc o to, by mieć po swojej stronie możliwie duży zastęp ludzi wpływowych, mogących zapewnić osłonę przed wścibstwem niepowołanych tudzież innymi zagrożeniami. A trudno przecież o lepszy sposób wciągania do "brudnej wspólnoty" niż za pośrednictwem pieniędzy. I tak, przy pomocy firmy "Dukat" Przywieczerski sponsorował w 1991 roku kampanię wyborczą KLD, a także kampanię Unii Demokratycznej (3). Ale to wciąganie do "brudnej wspólnoty" miało też wymiar, nazwijmy to - indywidualny. Władysław Frasyniuk wspominał: "Kiedyś Dariusz Przywieczerski zaproponował mi, żebym robił z nim interesy: "Panie Władku, pan wie kim jestem. Dawno już czytałem raporty o panu (...). Bardzo pana szanuję. Chcę zaproponować panu partnerstwo w biznesie. Wysłałem go na drzewo. Po paru latach przychodzi do mnie i mówi: "Pamięta pan, jak proponowałem panu spółkę? Niech pan teraz sprawdzi, kto siedzi w moich radach nadzorczych"" To byli moi koledzy, którzy w więzieniu tłumaczyli mi: "Władek, ty jesteś za ostry!" (...), ci, którzy krzyczeli przeciwko czerwonym, umacniali swoją pozycję, robiąc z nimi interesy. To oni zasiadali w radach nadzorczych Przywieczerskiego, robili deal z tymi grupami kapitałowymi, które powstały z niejasnych pieniędzy i zupełnie jawnych powiązań z ludźmi ze służb specjanych. (...). Jeśli spojrzeć na najbogatszych ludzi w Polsce, to każdy polityk ze średniej i wyższej półki doskonale wie, skąd są ci ludzie i z kim są powiązani" (4).

Przywieczerski najwyraźniej "inwestował" więc w polityków, i - trzeba przyznać - było to działanie racjonalne (jeśli nie - po prostu - operacyjne). A jednym z "kolegów zasiadających w radach nadzorczych Przywieczerskiego" był właśnie Jacek Merkel - członek rady nadzorczej "Universalu". Trzeba przyznać, że Merkel okazał się lojalny. Jeszcze w 1998 roku bronił Przywieczerskiego, zapewniając (w wywiadzie dla "Gentelmena"), że: "Universal nie miał nic wspólnego z FOZZ-em, a zarzuty wobec prezesa nie mogą od lat znaleźć wyrazu w formie aktu oskarżenia".(5). Bardziej interesująca wydaje się jednak inna firma z którą związany był Merkel. Chodzi o "Caravanę" założoną przez Merkla, Jacka Barana i niejakiego Mohammeda Al-Khafagi. Ten ostatni pojawia się w raporcie z likwidacji WSI jako osobnik związany z irackimi służbami specjalnymi. Według raportu powstanie "Caravany" zaakceptowali generałowie Czempiński i Jasik, a wszystko to w kontekście handlu bronią. Czempiński był wielce oburzony ujawnieniem tych spraw ("To dla mnie niewyobrażalne"), czemu się dziwić chyba nie należy (6). Mohammed Al-Khafagi (jego nazwisko pojawia się też w wersji Al-Kahaffagi) został później prokurentem w "Biotonie" pana Krauzego, gdzie - nawiasem mówiąc - trafił też płk. Brochwicz, wpływowa figura w PO (7). Brochwicz odszedł jakiś czas temu z "Biotonu", a niedługo potem Krauze odsprzedał sporą część akcji firmy Jerzemu Starakowi - jednemu z magnatów III RP. Tak, zgadliście - pan Starak też zaistniał medialnie w kontekście lustracyjnym. W lipcu 2007 roku "Dziennik" powołując się na archiwa IPN doniósł, że Starak w latach 80-tych ubiegłego wieku był tajnymwspółpracownikiem bezpieki, współpraca trwała do roku 1990 (8). Ale wracajmy do Merkla.

Według Józefa Darskiego Merkel figuruje w dodatku do "listy Macierewicza" jako jeden z "wykreślonych w ostatniej chwili" (5). Merkel miał być zarejestrowany jako TW-k w XI Wydziale I Departamentu (wywiadu). Wydział XI, którym kierował płk Aleksander Makowski, interesował się, między innymi, łącznością "podziemnej" Solidarności z jej placówkami na Zachodzie, a - w czasach "podziemia" - Merkel kontaktował się z brukselskim biurem związku. Kategoria "TW-k" oznacza kandydata na tajnego współpracownika, ale sprawa może być bardziej skomplikowana. Praktykowano bowiem ponoć nadawanie tej kategorii pracownikom resortu funkcjonujących na niejawnych etatach. Miało to chronić takiego pracownika przed podchodami ze strony funkcjonariuszy nie zdających sobie sprawy, że mają do czynienia z niejawnym kolegą - kategoria TW-k znaczyła, że tego osobnika już ktoś ma na oku, słowem, że jest on "zajęty". Taką właśnie kategorię miał mieć Mieczysław Wachowski. Autorzy poświęconej Wachowskiemu książki ("Droga cienia") piszą, że rejestr, w którym odnotowano Wachowskiego zniszczono pomiędzy majem 1988 a listopadem 1990 roku. Skasowano wtedy 70981 wpisów, w tym także "...informacje dotyczące M. bliskiego współpracownika Lecha Wałęsy, pełniącego ważną funkcję w jego sztabie wyborczym" (9). Na szczęście (dla nas) - ocalała kopia rejestru zrobiona w maju 1988. Nietrudno chyba zgadnąć kto kryje się za literą "M" - Jacek Merkel był szefem kampanii wyborczej Wałęsy w 1990...

Najciekawsze jest to, że w III RP ścieżki Merkla i płk Makowskiego znów się przecinały - jako biznesmenów. Merkel, jako przewodniczący, wszedł bowiem do rady nadzorczej Polskiej Korporacji Handlowej, gdzie spotkał się właśnie z płk Makowskim. (5). Makowski wyświadczał zresztą Merklowi różne uprzejmości. Według likwidatorów WSI: "...w 1997 r. kiedy premier Jerzy Buzek chciał powołać Jacka Merkla na Ministra Transportu i kiedy pojawiły się głosy, że współpracował on z SB, Makowski został poproszony przez premiera o wyjaśnienia. Certyfikat niewinności wystawił Merklowi kilkakrotnie (m.in. w 1991r., kiedy to Merkel stracił funkcję ministra w Kancelarii Prezydenta RP" (10). Wspomnianą wyżej Polską Korporację Handlową założył tajemniczo później zniknięty Rudolf Skowroński, a do jej udziałowców należała spółka FMT Grzegorza Żemka, przez którą - rzecz jasna - transferowano pieniądze FOZZ. (11). Maria Wiernikowska, która ruszyła tropem rewelacji Leppera o "talibach w Klewkach" trafiła na ślady dziwnych interesów Skowrońskiego w Afganistanie, a w tle pojawiała się postać Roberta Smoktunowicza, któremu zdarzyło się być senatorem Platformy Obywatelskiej, ale który poza tym jest prawnikiem. Dodajmy, że komandytariuszem w kancelarii "Smoktunowicz i Falandysz" był (jest?) pan Brochwicz. Smoktunowicz należy z kolei do założycieli spółki Grupa Grom, w której jedną trzecią udziałów ma Ryszard Krauze. "Grupa Grom" ma dbać o byłych żołnierzy "Geomu", a do założycieli spółki należy też Janusz Luks, w czasach PRL - oficer wywiadu, a w III RP szefa wywiadu UOP (7).... Proszę się nie denerwować. Ja celowo mnożę wątki, tropy, nazwiska i firmy, by pokazać, jak się to wszystko tasuje - opozycjoniści i aparatczycy, służby specjalne PRL-owskie i te już "niepodległe"... Pewne wydaje się jedno - każdy, kto na poważnie zabierze się za ujawnianie tych splotów stanie w obliczu Zjednoczonego Frontu "umoczonych" potęg. I dlatego mało kto chce ruszać to żmijowisko, choć śmiałkowie jednak się zdarzają - bez nich nie skompilował bym przecież mojego tekstu (inna rzecz, że nie potrafię ocenić, ile z pojawiających się w mediach informacji to zwykły "dym" puszczany w jakichś niecnych celach. No ale cóż - taki już jest urok III RP)... Przypuszczam, że pan Merkel miałby dużo do powiedzenia o wszystkich tych sprawach. Jak ujęli to autorzy raportu o wyskokach WSI: " Według WSI Jacek Merkel (w dokumentach operacyjnych nazwano go "Bankierem") działał z inspiracji UOP: "UOP realizuje wobec Bankiera przedsięwzięcia, które są kontrowersyjne. Budzą wątpliwości również z powodu celu, który ma być osiągnięty. Bankier zbudował sobie pozycję w sferze interesów i pełni rolę "spinacza" grup interesów o różnych rodowodach. Prowadząc działalność gospodarczą Bankier nawiązał kontakty polityczne przydatne dla aktualnych decydentów (w tym zagraniczne). (...) Osoba Bankiera może być "kluczem" do zrozumienia określonych zjawisk gospodarczych, które występują na naszym rynku telekomunikacyjnym i zbrojeniowym. Jest osobą "operacyjnie" interesującą."

Tu pozwolimy się zgodzić – Jacek Merkel to postać szalenie zajmująca. A skoro już zeszło na wspomniane przeze mnie wyżej „tasowanie opozycjonistów i aparatczyków, służb specjalnych PRL i już tych „niepodległych”, to u Paradowskiej mamy taki obrazek: „Pamiętam, jak z moim mężem Jerzym Zimowskim wchodziliśmy do restauracji, przy stolikach siedzieli prezesi jakichś nowo powstałych firm, uprzejmie pozdrawiali męża, a on mi na to: „O, tego nie zweryfikowałem, tego też nie”. Mąż brał udział w weryfikacji dawnych pracowników SB”... Ładne? Ładne... I – już na koniec – jeszcze jeden obrazem obyczajowo-socjologiczny. Otóż, Jerzy Zimowski – w latach 80-tych opozycjonista – był …. Ale oddajmy głos Paradowskiej: „...mąż był swego rodzaju ojcem chrzestnym wcześniejszej kariery Papały w policji, z nim samym mieliśmy bardzo dobre towarzyskie relacje, męża się w wielu sprawach radził”....Według świeżo lansowanej wersji Papałę zastrzeliła nie żadna mafia jeno niejaki „Patyk” kierowany żądzą posiadania luksusowego wozu Daewoo Espero. Nawet w „Wyborczej” nie chcą przyjąć tej wersji na wiarę, ale Paradowska taka hipoteza strasznie się spodobała i woła teraz wielkim głosem, by ktoś przeprosił prokuratora, który dostał cięgi, bo wypuścił z kryminału Edwarda Mazura... Jak to z tym „Patykiem” było, tak było odnotujmy jednak, że Zimowski pilotował karierę człowieka świetnie osadzonego w środowisku post-SBcko-biznesowym (dość wspomnieć takie nazwiska jak Kurnik czy Sasin). I tak się to wszystko miesza w tle życiorysu pani Janiny....

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)

Komentarze

Fajny tekst ;-). Ten autorski. Wspomnienia też fajne, ale przydługie. Dorzucę, jeśli wolno, dwie "dygresja a propos" ;-)

1. Wołek nie mógł zostać Messim. To oczywiste. T.W. jest uznanym specjalistą od futbolu południowoamerykańskiego. Mógłby więc, ewentualnie, zostać Maradoną. Co nie pasuje do koncepcji Euro. ;-)

2. Działalność redaktora Kura spotkała się wówczas z odporem "Polityki". Ktoś - bodajże śp. Dariusz Fikus - napisał tekst polemiczny pt. "Kur wie lepiej".

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#251547

Fajny tekst ;-). Ten autorski. Wspomnienia też fajne, ale przydługie."

No, ale to post scriptum. PS jest nieobowiązkowe....

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

tad9

#251565

;-) "Dygresje a propos" również ;-)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#251574