Cel - bankrutem zostać

Obrazek użytkownika kryska
Kraj
Naczelnym zadaniem i celem głównym umiłowanego cudotwórcy TUSKU, musisz jest - IIIRP bankrutem i to jaknajszybciej. Tusk: euro w Polsce tak szybko, jak się da. Kłopoty w strefie euro mocno ograniczyły poparcie Polaków dla wprowadzenia wspólnej waluty w naszym kraju. Jak wynika z najnowszego badania Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, za jest coraz mniej Polaków, już tylko 40,8 proc. W liczniejszej grupie przeciwników wprowadzenia euro z pewnością nie ma jednak Donalda Tuska. Jak powiedział premier w wywiadzie dla telewizji Euronews, "Polska dawno temu weszła na drogę prowadzącą do euro i nie zamierza z niej schodzić" – podaje Tvn24.pl. Jego zdaniem nie będziemy iść na skróty, a po prostu spełniać kryteria z Maastricht. Według Donalda Tuska sprawa jest prosta i przesądzona. Jak stwierdził, - Wstąpienie do UE, traktaty, które podpisaliśmy oznaczają, że Polska dołączy do strefy euro. Chcemy wprowadzić jedną walutę tak szybko, jak to tylko możliwe.- Jasne, prowadż nas Donaldzie. Dlaczego mamy mieć ciut lepiej niż bankruci z walutą euro. Kolejny europejski kraj jest nad przepaścią. Po Grecji, Irlandii i Portugalii kolejny kraj znalazł się nad przepaścią. Słowenia jest tylko o krok od „krytycznej sytuacji” - ostrzegł w piątek Marko Kranjec, szef tamtejszego banku centralnego. Jego zdaniem Słowenia może być kolejnym krajem strefy euro, który wpadnie w poważne tarapaty finansowe – informuje pb.pl. Problemami Słowenii jest deficyt budżetowy i rosnące zadłużenie. Jeśli dotychczasowe trendy zostaną utrzymane, kraj stanie w obliczu „krytycznej sytuacji – powiedział Kranjec w trakcie konferncji w Portoroz. Kranjec ostrzegł, że jeśli Słoweńcy odrzucą w referendum 5 czerwca reformę emerytur, dojdzie do upadku finansów publicznych. Zdaniem słoweńskiego rządu tegoroczny deficyt budżetowy osiągnie poziom 5,5 proc. w relacji do PKB. UE dopuszcza poziom 3 proc. Słowenia od 2007 roku jest w strefie euro. Czyzby dlatego Polska oszczędza. Wszędzie, gdzie się tylko da. Chociaż nie przeżywamy takich problemów jak Grecja, Portugalia czy Irlandia, to rząd postanowił solidnie ciąć wydatki. Widać to chociażby po rynku zamówień publicznych. W kwietniu, wbrew trendom z lat ubiegłych, spadła liczba ogłaszanych postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Spadek wystąpił zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym - donosi w swoim raporcie serwis eGospodarka.pl. Czy to zwiastun budżetowych oszczędności i trwałego spadku liczby zamówień publicznych? Najprawdopodobniej tak, bo największy wpływ na sytuację polskich finansów ma dziś tak naprawdę napięta sytuacja międzynarodowa. Kryzys finansów publicznych w kilku krajach strefu euro, zagraża stabilności całej Unii Europejskiej. Gwałtowne zawirowania mogą natomiast spowodować odwrócenie się inwestorów od nieco słabszych europejskich gospodarek, takich jak między innymi polska. Serwis eGospodarka.pl informuje, że w kwietniu we wszystkich szesnastu województwach zanotowano względem marca spadek liczby ogłoszeń o udzielenie zamówienia publicznego. Najpoważniejszy spadek wystąpił w województwie świętokrzyskim (-24,71 proc.) oraz lubelskim (-19 proc.). Najlepiej wypada woj. lubuskie, gdzie zanotowano tylko jednoprocentowy spadek. Ale armia urzędników nadal rośnie w siłę. Chociaż już dziś polska administracja jest uważana za jedną z najbardziej rozbudowanych wśród krajów Unii Europejskiej, to nowych urzędników cały czas przybywa. Puchnie nie tylko administracja rządowa, ale przede wszystkim samorządowa. Sprzyjają temu przepisy. Od ostatnich wyborów samorządowych w urzędach miast i marszałkowskich znacznie wzrosła liczba asystentów i doradców. W większości z nich osiągnęła maksymalny pułap ustalony przez przepisy - pisze "Dziennik Gazeta Prawna". To efekt obowiązującej od 2,5 roku ustawy o pracownikach samorządowych. Umożliwiła kierownikom urzędów zatrudnianie asystentów i doradców. Co ciekawe, procedura naboru to w praktyce "wolna amerykanka". Nie obowiązują żadne szczególne wymagania co do umiejętności czy wykształcenia. Marszałek lub prezydent miasta na czas swojej kadencji może ich zatrudnić z dnia na dzień bez konkursu - czytamy na gazetaprawna.pl. Wynagrodzenie w każdym przypadku jest ustalane indywidualnie. Pracodawcy w Ulsterze nie doceniają naszych fachowców. Polacy nadają się tylko na zmywak. W Irlandii Północnej mieszka dziś około 40 tys. Polaków. Niestety najczęściej wykonują nieskomplikowane czynności: ich miejscem pracy jest budowa, taśma produkcyjna, zmywak – informuje Interia.pl. Polacy w Irlandii Północnej nie są mile widziani. Tamtejsi mieszkańcy narzekają, że Polacy zabierają im stanowiska pracy i zasiłki. Jeden z urzędników miejskich podkreśla, że niechęć do Polaków poza podłożem ekonomicznym ma jeszcze jeden czynnik: religijno-historyczny. Mieszkańcy Ulsteru to protestanci, niechętnie odnoszą się do wszystkich imigrantów, wielu pracodawców nie chce zatrudniać Polaków. - Istnieją jednak firmy, które przekonały się już o wysokiej jakości pracy Polaków i dają im pracę prawie w ciemno, dotyczy to stanowisk związanych ze sprzątaniem, pracą na taśmie produkcyjnej, zmywaku czy budowie. Niewiele innych prac dostępnych jest dla Polaków ze względu na ich brak dobrej znajomości języka – zaznacza Andrea Dymus, pracainauka.pl. Jak kończą absolwenci polskich uczelni? Czym naprawdę zajmują się polscy absolwenci po studiach? Sprawę zbadały TNS Pentor oraz Instytut Badawczy ProPublicum na zlecenie Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Białymstoku – podaje "Gazeta Wyborcza Białystok". Pod lupę wzięto tych, którzy przed dwoma laty ukończyli na Podlasiu popularne kierunki, jak ekonomia, zarządzanie, pedagogika i administracja. Wnioski? Pomoc urzędników może okazać się absolwentom bardzo potrzebna – wielu na rynku pracy po prostu sobie nie radzi. Aż połowa pracujących absolwentów administracji zajmuje stanowiska poniżej zdobytych na studiach kwalifikacji; niemal jedna piąta pracuje fizycznie. Nieco lepiej radzą sobie młodzi ekonomiści, choć i tak tylko połowa zatrudnionych pracuje w wyuczonym zawodzie. Najlepiej powodzi się jednak absolwentom zarządzania: pracę ma 63 proc., część nawet powyżej zdobytych kwalifikacji. Na drugim biegunie są młodzi pedagodzy: niemal 60 proc. zatrudnienia nie ma. Młodzi magistrzy są rozczarowani sytuacją na rynku pracy, z kolei pracodawcy są rozczarowani nimi. Narzekają, że absolwentom brak praktyki zawodowej czy dobrej znajomości języków obcych. Już 6 czerwca mogą stanąć wszystkie kopalnie należące do Jastrzębskiej Spółki Węglowej - informuje "Polska Dziennik Zachodni". Chociaż decyzja w tej sprawie ma zapaść w poniedziałek, to z nieoficjalnych informacji wiadomo, że sprawa jest już raczej przesądzona. Związkowcy z JSW (spółka zatrudnia 22,5 tys. osób) domagają się podpisania porozumień, które gwarantowałyby pracownikom między innymi wieloletnie zatrudnienie i 10-procentową podwyżkę wynagrodzeń. W ramach Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego ostro naciskają na zarząd górniczego giganta. Wiedzą, że teraz jest dobry moment, bo JSW szykuje się do giełdowego debiutu. O tym, że nie rzucają słów na wiatr, a groźba strajku jest realna związkowcy udowodnili już w kwietniu. To właśnie wtedy zorganizowali 24-godzinny protest. Szacuje się, że przerwanie pracy tylko na dobę przyniosło straty w wysokości 40 mln zł. Teraz jednak protest ma trwać do skutku, a więc do momentu spełnienia wszystkich żądań. Ceny oszaleją? Krajowe truskawki w ostatnich dniach mocno staniały – z kilkunastu, a nawet 20 zł ceny spadły już do kilku złotych za kilogram. Ale wielbicieli smaku polskich owoców czekają nie tylko dobre informacje. Z powodu przymrozków z początku maja ceny niektórych mają być w tym roku rekordowe – pisze "Dziennik Bałtycki". Wiadomości z Pomorza nie są optymistyczne. Właściciel jednego z gospodarstw sadowniczych powiedział dziennikowi, że tegoroczne zbiory gruszek skurczą się nawet o 85 proc., z kolei w przypadku czereśni straty mogą sięgnąć 90 proc. Jak czytamy, najdroższe mają być czereśnie, wiśnie oraz gruszki, bo to drzewa tych owoców ucierpiały przed miesiącem najbardziej. Zagrożone mogą być też uprawy jęczmienia czy pszenicy, niewykluczone są podwyżki cen jabłek. Ceny biletów idą ostro w górę, nie tylko w stolicy. Mieszkańcy Warszawy, którzy na co dzień podróżują komunikacją miejską, łapą się za głowy. Na wniosek ratusza, Rada Miasta przegłosowała gigantyczne podwyżki. W niektórych przypadkach ceny biletów do 2014 roku, pójdą w górę nawet o 150 procent! Ale powody do narzekań mają także mieszkańcy 67-tysięcznego Przemyśla. Tam również radni zdecydowali dziś o podwyżce. Podstawowy jednorazowy bilet zdrożeje o 20 groszy - z 2 zł na 2,20 zł. O 10 groszy w górę pójdzie cena biletu ulgowego. Zmieniono także zasady korzystania z ulg poprzez podniesienie wieku uprawniającego do bezpłatnych przejazdów z 70 na 75 lat - informuje Polskie Radio Rzeszów. Dlaczego zdecydowano się na podwyżkę w mieście, gdzie szaleje ponad 20-procentowe bezrobocie? Urzędnicy zmianę tłumaczą trudną sytuacją ekonomiczną Miejskiego Zakładu Komunikacji. Co ciekawe, w uzasadnieniu wyliczono że od czasu ostatniej podwyżki cen biletów, która miała miejsce w 2007 rroku, paliwo zdrożało z 3,50 zł do ponad 5 zł - czytamy na radio.rzeszow.pl. Niestety, na tym nie koniec. Władze wielu innych polskich miast również szykują się do podniesienia cen. Już niedługo warszawiaków i gości odwiedzających stolicę czeka wielki szok. Cenowy. Bilety komunikacji miejskiej mocno zdrożeją, niektóre nawet o 100 proc. Najbardziej te krótkoterminowe, kupowane przez turystów. Podwyżki są już pewne, wczoraj zostały przegłosowane przez stołecznych radnych – podaje "Gazeta Wyborcza". Gdy kilka tygodni temu pojawiły się pogłoski o tak wielkich wzrostach cen, trudno było uwierzyć, że faktycznie do tego dojdzie. Aby zminimalizować szok, podwyżkowa akcja została podzielona na trzy etapy – pierwszy już 16 sierpnia 2011 roku, kolejny w styczniu 2013 roku, ostatni w styczniu 2014 roku. Bilet dobowy, dziś za 9 zł, ma wtedy kosztować 18 zł, a jednorazowy, z obecnych 2,80 zł, zdrożeje do 4,80 zł – czytamy. Mniej wzrosną ceny biletów okresowych. Za trzy lata 30-dniowy podrożeje z obecnych 78 zł do 112 zł, a 90-dniowy – ze 196 zł do 280 zł. Pieniądze pozyskane w ten sposób mają wspomóc m.in. budowę drugiej linii metra, a tym samym odkorkowanie ulic. Choć tak ogromne podwyżki cen biletów mogą też sprawić, że część warszawiaków przesiądzie się do samochodów. Koniec lokat bez podatku Belki. Rząd chce zabrać miliony oszczędzającym. Lokaty jednodniowe mają zostać opodatkowane, wbrew obiecanej likwidacji podatku Belki. Już od stycznia przyszłego roku – pisze "Dziennik Polski". I przytacza fragment komunikatu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: "Rząd przyjął przepisy, które uszczelniają system podatkowy i czynią go bardziej sprawiedliwym dla podatników. Istotna zmiana dotyczy tzw. podatku Belki (...)". Tym samym opodatkowane mają zostać lokaty z dzienną kapitalizacją odsetek, które stanowią ok. 13 proc. depozytów polskich gospodarstw domowych. Takie rozwiązanie ma przynieść budżetowi państwa ok. 380 mln zł rocznie. A jeszcze w 2007 roku politycy PO obiecywali likwidację podatku Belki – przypomina "Dziennik Polski". Waluty Kursy średnie NBP 1EUR 3.9785 » +0.25% 1USD 2.8003 » -0.11% 1CHF 3.2612 » +1.30% 1GBP 4.5944 » +0.64% Przez ostatnie kilka lat zapomnieliśmy, jak się żyje z inflacją. Wskaźnik cen konsumpcyjnych rósł bardzo wolno, a komunikaty GUS uspokajały. Teraz wszystko się zmieniło Inflacja pustoszy portfele Polaków. ]]>http://biznes.onet.pl/taniej-juz-bylo,18493,4383131,4187505,280,1,news-d...]]> ]]>http://biznes.onet.pl/ue-nie-chce-odgrywac-glownej-roli-w-sprzedazy-grec...]]> Cudowne lata na zielonej wyspie. I tylko euro w portfelach nam brak. Świętujmy i grilujmy! ]]>http://www.hotmoney.pl/]]>
Brak głosów