Co jest źle z Unią Europejską?

Obrazek użytkownika DoktorNo

<p>Podczas trawającej obecnie awantury o ustawę ratyfikującą Traktat Lizboński dwa interesujące głosy pojawiły się ostatnio na Salonie24, oba w sposób cywilizowany prezentujący argumenty eurosceptyków i euroentuzjastów:</p>

"O konsekwencji eurokratów"
6 PYTAŃ DO... eurosceptyków

<p>Oba te teksty są wartościowe dlatego, że... oba mają racje.</p>
<p>Jako obywatel kraju UE sam czuje się "olewany" przez elity. Podany przez "tad9" fakt przepychania przez Europe drogą parlamentarną, z celowym ominięciem debaty publicznej, tak jakby elity bały się krytykowania przez społeczeństwo swoich pomysłów. Świadczy to o potężnym braku zaufania elit do społeczeństwa, nie łatwo się domyśleć że taka postawa wcześniej czy później musi odbić się czkawką w postaci dalszej delegitymizacji instytucji unijnych oraz powiększającego się deficytu demokracji w UE.</p>

<p>Z drugiej strony eurosceptycy zapominają o kilku ważnych sprawach dotyczących UE; nierzadko sami są kompletnymi ignorantami w sprawie integracji, co stwierdzam z przykrością.</p>

Błędne koło eurosceptyków.

<p>Z przywiązania do suwerenności można w ekstremum wyprowadzić argumenty na rzecz wystąpienia z ONZ czy OBWE.</p>

<p>I dlatego nie mam zamiaru zajmować się folklorem politycznym, bardzo głośnym w Internecie, który utrzymuje że UE to superpaństwo totalitarne, mające zamiar wszczepiać chipy obywatelom czy też będące składnikiem większego planu budowy światowego reżimu, obok reformy ONZ czy budowy innych organizacji międzynarodowych. Z tymi ekstremami nie mam zamiaru w ogóle dyskutować, szczególnie spod znaku sekty zwanej UPR, której guru jest zdziwaczały JKM, którego koncepcja liberalizmu to nic innego jak prymitywny antypaternalizm, z czego gdyby traktować jego poglądy na gospodarkę serio, to ideałem są współczesne Chiny… W umysłach paranoików przypadki i nieudolność urastają do rangi superspisków, tak jak to miało miejsce w przypadku uznania niepodległości przez Kosowo przez większość państw UE i USA.</p>

<p>W nauce o stosunkach międzynarodowych organizacje międzynarodowe nazywa się <strong>reżimami międzynarodowymi</strong>, gdyż ograniczają one w jakiś sposób działania państw na arenie międzynarodowej, która ze swej istoty jest anarchiczna. Anarchia w układzie międzynarodowym nieuchronnie prowadzi do konfliktów i wojen, albo do wyczerpujących wyścigów zbrojeń itp. co dowodzi realistyczna szkoła stosunków międzynarodowych. Argument na rzecz integracji europejskiej został właśnie wyprowadzony z rozumowania postulującego zaprowadzenie pokoju w Europie. I trudno mi zrozumieć nostalgie za czasami "macht politik" i dwóch wojen światowych oraz ścierających się nacjonalizmów. Należy wspomnieć, że jednym z ideologicznych ojców integracji europejskiej był David Mitrany, twórca idei pokoju światowego opartego na sieci organizacji międzynarodowych poświęconych pełnieniu wyspecjalizowanej funkcji na arenie międzynarodowej (stąd idea ta nazwana została "funkcjonalizmem"). Teorie i idee federalistyczne upadły już w latach 50-tych, z czego odświeżenie federalizmu w ostatnich latach ma charakter wyłącznie akademickich rozważań. Można więc śmiało powiedzieć na podsumowanie, że instytucje międzynarodowe powstały min. po to aby chronić państwa przed samymi sobą.</p>

<p>Argument o "niezależności gospodarczej" jest absurdalny, współcześnie dąży się do utrzymania niezależności banków centralnych i powierzenia ich kontroli kręgom eksperckim.</p>

<p>Unią walutową zajmowałem się w ramach seminarium, więc mogę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami. Niezależność sektora bankowego jest powszechnie uważane za warunek prawidłowego rozwoju gospodarki narodowej. Pieniądz jest dla gospodarki narodowej tym, czym krew dla organizmu. Nieodpowiedzialna polityka walutowa, zmierzająca do sztucznego zaniżania lub zawyżania kursów walut, czy podaży pieniądza na rynek (zazwyczaj w celu osiągnięcia doraźnych korzyści, jakie zawsze daje w krótkim okresie nagły przypływ gotówki na rynek) prowadzi nieuchronnie do katastrofy i kryzysu w terminie dłuższym. Przykładem niech będzie polityka gospodarcza i monetarna populistycznych rządów w Ameryce Południowej, zarówno prawicowych jak i lewicowych. Jak informuje Francisco Rodriguez w Foreign Affairs, nagłe dodrukowywanie państwowego pieniądza jest jednym z charakterystycznych cech aktualnego rządu Wenezueli, nieuchronnie prowadząc do inflacji, zachwiania równowagi płatniczej oraz kryzysu.</p>

<p><strong>Przeniesienie kompetencji banku centralnego na szczebel międzynarodowy nie jest więc niczym szczególnym z punktu widzenia stabilności waluty</strong>, jaką posługują się obywatele kilkunastu krajów UE, tym bardziej, że harmonizowanie kursów walutowych ma długą tradycje, min słynny " walutowy wąż w tunelu" z lat 70-tych, czy utworzenie metawaluty "ECU". Obiekcje mogę zrozumieć ze strony Anglików; funt brytyjski jest walutą zdecydowanie mocniejszą niż Euro czy nawet przed integracją marki i franki. Jeżeli chodzi o krzewienie tożsamości narodowej walutą narodową, to chciałbym zwrócić uwagę, że monety euro mają jak najbardziej narodowe rewersy.</p>

<p>Komisja Europejska jest kolejnym ciałem technokratyczno-eksperckim, które dba o funcjonowanie wspólnego rynku i interes Unii jako takiej. Nie można zrobić inaczej; albo umawiamy się, że mamy wspólny rynek na 450 milionów mieszkańców, albo zostajemy przy państwach narodowych, co najwyżej powiązanych strefą wolnego handlu. Nie można mieć ciastka i jednocześnie je zjeść. <strong>Argument o tym, że w przypadku stref wolnego handlu mamy mniejszą biurokracje jest słaby</strong>; w NAFTA często zdarza się sytuacja, w której np. do bluzki wyprodukowanej w Pakistanie przyszywa się w Meksyku guziki z Chin. Czy ta bluzka jest meksykańska, chińska czy pakistańska? Produkty muszą mieć więc certyfikaty pochodzenia produktu, które oczywiście ktoś musi nadzorować i wydawać. Historia liberalizacji handlu na zachodniej półkuli jest pełna przykładów tworzenia się bloków handlowych, niż pełnej liberalizacji, wraz z biurokratycznym aparatem potrzebnym do obsługi danej strefy wolnego handlu.</p>

<p>Osobom zatroskanym wpływami Niemiec czy Francji trzeba przypomnieć, że prawidłowo urządzone instytucje międzynarodowe gwarantują równość podmiotów oraz zapobiegają tyranizowaniu mniejszych przez silniejszych. W kilku sprawach o charakterze ekonomicznym Komisja Europejska występowała w obronie Polski i innych krajów naszej części Europy. Trzeba też pamiętać że coś jest zawsze za coś: spór z UE o VAT za sprowadzane samochody jest dobrym tego przykładem. Siłowanie się państw ma miejsce podczas unijnych szczytów konferencji międzyrządowych. ale powiedzmy sobie szczerze; bez wsparcia innych państw w ramach koalicji niewiele zyskamy. Szanse na stworzenie takiej koalicja dawała Grupa Wyszehradzka, niestety, ani nie jest ona pomyślana jako ciało mające za zadanie stworzyć blok państw, ani też aktualna kompozycja ideowa rządów państw grupy V4 nie sprzyja wspólnemu wywieraniu wpływu w Brukseli w kwestiach takich jak polityka energetyczna. Trudno się spodziewać po postkomunistach węgierskich wsparcia pomysłów PiS, gdy ten był u władzy, czy czeskiego ODSu.</p>

<p>Innym mitem jest traktowanie UE jako rodzaj RWPG, gdzie silniejsi wysysali z mniejszych Polityka spójności i solidarności, oraz róźne programy unijne w ramach funduszy strukturalnych stanowią źródło pieniędzy umożliwiający rozwój na szczeblu lokalnym i transgranicznym. Wystarczy tylko przypomnieć jak o.Rydzyk wyciągnął ręce po unijne dotacje, żeby zobaczyć, że jest to istotny zastrzyk finansowy dla naszego kraju, którym nikt nie pogardzi, kierując się zwykłym pragmatyzmem.</p>

<p>Jeżeli ktoś chce krzewić wartości chrześcijańskie, to niech wzoruje się na kampaniach antypornograficznych w Lublinie. Jest to dobry przykład budowania społeczeństwa obywatelskiego i świadomości społecznej.</p>

<p>Na marginesie: skoro geje i islamiści mają swoje lobby w Brukseli, to czemu nie katolicy? <strong>Trzeba lobbować na poziomie transnarodowym, a nie desperacko trzymać się państwa narodowego, niczym szalupy ratunkowej.</strong> Lobbing na arenie transnarodowej jest tematem wciąż rzadko kiedy poruszanym w debacie publicznej w Polsce. urządzenie pikiety pod gmachami Parlamentu Europejskiego czy Komisji np. przez przeciwników małżeństw homoseksualnych domagających się zachowania regulacji tej kwestii w kompetencji państw narodowych uważam za bardziej sensowne, niż kalekie wypowiedzi ministra edukacji Romana Giertycha, domagającego się uregulowania tej kwestii według swego poglądu z pomocą prawa UE...</p>

Fikcje eurokratów i iluzje eurosalonów

<p>Dyskusja na temat UE zaczyna wchodzić na tematy związane z tożsamością i systemem wartości. Te dwie sfery są silnie podbudowane doświadczeniami historycznymi oraz emocjami. Tu nie jest tak prosto "załatwić" sprawę kilkoma nakazami i traktatami. Historia zawiera wiele przypadków, kiedy to fiaskiem zakończyły się próby styworzenia wielonarodowych i wieloetnicznych państw i imperiów. Wystarczy przypomnieć Cesarstwo Austro-Węgiersklie, Jugosławię czy ZSRR. Sowietom wydawało się, że wystarczy zakonserwować ciało Lenina, szafować frazeologią marksizmu-leninizmu, i urządzać co roku wojskowe parady z rakietami balistycznymi i czołgami aby tchnąć w obywateli ZSRR poczucie wspólnoty "ludzi radzieckich". Brutalna rzeczywistość dała o sobie szybko znać, gdy w imperium radzieckim demografia spowodowała, że Rosjan, mających dotychczas przewagę, zaczęło po prostu ubywać w stosunku do ujarzmionych "narodów radzieckich".</p>

<p>Przyczyną upadku ZSRR był nie tylko nacjonalizm narodów wchodzących w jego skład, ale też kompromitacja socjalistycznych idei gospodarczych (które nie potrafiły zapewnić dobrobytu na miarę zachodnią), oraz fakt, iż niektóre SRR-y miały dosyć służenia za spichlerze i pola naftowe innym republikom, w szczególności Rosji.</p>

<p>Tożsamość narodowa, oznaczająca poczucie przynależności do pewnej grupy narodowej jest trudna do uchwycenia przy pomocy prostego zestawu cech. Są narody bez ziemi, jak Cyganie, są narody mające więcej niż jeden język, jak Szwajcarowie. Są kraje, gdzie podstawą tożsamości jest pojedyńcza wiara, ale są też kraje, gdzie można zaobserwować koegzystencje kilku wiar, a i są narody laickie, jak Francja.</p>

<p>Pochodzenie etniczne nie jest czynnikiem decydującym. Wystarczy przypatrzeć się obu Amerykom czy Australii. Tam odnośnikiem jest np. w USA system polityczny, czy po prostu pewien amalgamat ludności napływowej i miejscowej. W tej sytuacji możliwym rozwiązaniem jest <strong>nacjonalizm obywatelski opierający tożsamość na przywiązaniu do pewnych reguł rządzących danym "polis" w miejsce przynależności do grupy rasowej, etnicznej itp</strong>.</p>

<p>Jaką więc tożsamość tworzyć powinna Unia Europejska? Historyczne doświadczenie budowania odgórnie nowych tożsamości, bez liczenia się z już istniejącymi, oraz z emocjami szerokich mas nie są zachęcające. Poczucie przynależności do danej narodowości itp. jest wynikiem wyobrażeń jednostki o swojej własnej przynależności, nie jest to fakt obiektywny. Co więcej, jak wykazano w słynnej pracy "Invention of Tradition", to elity decydują, co będzie wchodziło w skład tożsamości grupowej danego społeczeństwa. Szczytem oszukaństwa jest twierdzenie, że to masy są w stanie stworzyć coś wartościowego i wyznaczać kierunek rozwoju społeczeństw.</p>

<p>Establishment współczesnej Europy jest ogarnięty schyłkowym zeitgeistem, i to od kilku pokoleń, więc nawet powiewy świerzości w postaci Sarkozego nie wnoszą nic nowego. Warto się zastanowić, kto obecnie posiada "hegemonie kulturową" w Zachodniej Europie, nie mówiąc o tym, że Żelazna Kurtyna odizolowała nas od pewnych trendów, i stąd na co dzień nie jesteśmy tego w stanie zauważyć u siebie.</p>

<p><strong>W tej sytuacji bardzo brakuje mi formacji politycznej na skale ogólnoeuropejską, która by była przeciwstawna postmodernistyczno-antykulturowym zapędom dekonstrucyjnej, multikulturalistycznej "lewicy" paneuropejskiej, upatrującej w zagładzie swej rodzimej kultury swoistego odkupienia i zbawienia</strong> (vide hasło z Francji roku 1968: <strong>"Niech Trzeci Świat wyzwoli nas od nas samych"</strong>). Prawica w krajach Europy zachodniej weszła w bezpieczną i przytulną koleine krzewienia wolnego rynku i globalizacji, i wystarczy że centrolewica, jak brytyjscy lejburzyści, podbierze te idee, by pozbawić Torysów wyrazistej alternatywy.</p>

<p>Unia Europejska jako militarne mocarstwo to zwykły mit. Swego czasu zajmowałem się tematyką WPZiB, po kilku latach z ciekawości postanowiłem sopawdzić, jak się mają sprawy obecnie, i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że przez kilka lat niewiele się zmieniło, i państwa Europy będą znowu polegać przede wszystkim na NATO, jako militarnym komponencie bezpieczeństwa europejskiego, z czego przykładem na to może być ostatnia propozycja wstąpienia Francji do struktur wojskowych NATO.</p>

<p>Zeitgeist Europy w sprawach militarnych świetnie oddają niemieccy Zieloni, sprzeciwiający się lotom patrolowym NIEUZBROJONYCH samolotów "Tornado" w północnym Afganistanie - najspokojniejszej części tego kraju. Jest taka książka w Niemczech "Hooray, wir Kapitulieren!", pokazująca światopogląd Zielonych i Socjaldemokratów, które polega z grubsza na tym, żeby uznać że cywilizacja Zachodu jest po prostu nie warta obrony.. Doskonale te trendy intelektualne wyczuwa min. Organizacja Konferencji Islamskiej, domagająca się "zaprzestania ideologicznych ataków na muzułmanów" (sic!).</p>

<p>Amerykanie zajęci są Irakiem, logicznie rzecz ujmując, na Europe powinien spaść obowiązek zajęcia się Afganistanem, jeżeli zależy jej na "mocarstwowej" roli.</p>

<p>Ale Europa ani nie ma woli politycznej, ani odpowiedniej "kultury militarnej" ani też środków finansowych. Tak normalnie, to róźne organizacje terroryzują ludzi zdjęciami umierających z głodu dzieciaków, ale gdy trzeba zrobić zrzutkę na Afganistan, to ledwie marne grosze się zbiorą. Zapomina się, że postęp w Iraku, mimo trudności, jest wynikiem władowania olbrzymich pieniędzy.</p>

<p>Jeżeli pozostawimy dyplomacje i gospodarkę oraz wojskowość, to na horyzoncie widać kolejny poważny problem.</p>

<p>Demografia jest bezlitosna: przepływ ludności z Afryki do Europy jest nieunikniony; Azja, po okresie boomu demograficznego, wchodzi powoli w fazę spadku liczby narodzin, i tak bardzo, że władze Chin zastanawiają się, czy aby nie odejść od polityki "jednego dziecka". Wyjątkiem jest Afryka i kraje islamskie; tam, ze względów kulturowych oraz straszliwej nędzy przyrost naturalny jest niezwykle wysoki. Wystarczy tylko się przyjżeć prognozom ONZ na następne 50 lat...</p>

<p>Population of the world and its regions (in millions). Data from http://esa.un.org/unpp/.</p>

<p>Czy nowi przybysze z Afryki będą chcieli się identyfikować z kulturą nowej ojczyzny, do której to odczuwają masę resentymentów, od czasów kolonialnych począwszy, po zwykłe stereotypy rasowe i religijne? Raphael Patai, autor "The Arab Mind" zauważył, że w Algierii przywódcy starali się przez lata krzewić obraz Zachodu jako źródła wszelkich nieszczęść dotykających ten kraj. Życzę powodzenia w próbach przekonania imigrantów z tego kraju o potrzebie integrowania się z narodem francuskim.</p>

<p>Ludzie tacy jak Ayaan Hirsi Ali -, którzy zaasymilowali się w kulturze Europy, szczególności dziedzictwie Oświecenia (jak sama powiedziała o sobie) są często piętnowani; sama Hirsi po seri szykan w Holandi wyemigrowała do USA.</p>

<p>Niewykluczone, że za kilkadziesiąt lat wytworzy się w Europie grupa osób o pochodzeniu nieeuropejskim, która w jakimś stopniu ulegnie asymilacji, i będzie między młotem a kowadłem; między dekadenckimi posteuropejskimi elitami, a sekciarskimi, wojowniczymi grupami emigrantów niezaasymilowaych.</p>

<p>Podsumowując: <strong>eurosceptycy potrafią wykazać się daleko idącym niezrozumieniem integracji europejskiej, w takim samym stopniu jak euroentuzjaści potrafią być naiwni. Problemem Europy jest brak wyrazistej wizji wspólnoty, która nie byłaby prostym "federalistycznym" przeniesieniem emocji charakterystycznych dla nacjonalizmu na poziom transnarodowy, a byłaby komplementarnym uzupełnieniem tożsamości już istniejących. Postmodernistyczna transnarodowa kosmopolityczna tożsamość jest obecna tylko wśród wąskich elit, i to właśnie ku konsternacji tychże nacjonalizmy, np. szkocki czy waloński, dają znać o sobie, podobnie jak islamska, transnarodowa tożsamość, obecna w powiększającej się i nie integrującej mniejszości muzułmańskiej. Mocarstwowość Europy zarówno w wymiarze wojskowym jak i dyplomatycznym to czysta farsa i wielkie słowa w miejsce czynów. Problemem nie jest wielkość biurokracji unijnej ale nieprzejżystość i deficyt demokrcji. W dłuższej perspektywie UE czeka demograficzny krach, będący wynikiem trendów demograficznych we współczesnym świecie, po którym być może nasza kultura po prostu nie będzie istniała w znanej nam postaci.</strong></p>

<p>Czy z taką Unią można się identyfikować?</p>

Ocena wpisu: 
Brak głosów