PĘKNIĘTA NA TRZY

Obrazek użytkownika Krzysztof Pasierbiewicz
Blog

W piątek pojechałem na 3 dniowy Zjazd Koleżeński z okazji niespełna półwiecznej rocznicy rozpoczęcia studiów. Spotkanie odbyło się w urokliwym pensjonacie w samym sercu Pienin. Od razu narodził się pomysł żebyśmy w dosłownym tego słowa znaczeniu przenieśli się w pierwszą połowę lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to, jako „młode lwiątka” przekroczyliśmy po raz pierwszy próg naszej Alma Mater, Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. I udało się. Na trzy dni zapomnieliśmy o telefonach komórkowych, telewizorach i Internecie.

Było niesamowicie. Stare, czarno-białe fotografie i studenckie wspomnienia sprawiły, że odżył klimat naszej cudownej, romantycznej przygody z geologią, kiedy mimo piętrowych łóżek, porannego mycia w lodowatym potoku i morderczych wędrówek po Pieninach byliśmy szczęśliwi jak już nigdy potem. Bo tam przecież zawiązywały się nasze studenckie przyjaźnie, a niektórych właśnie tam, na całe życie połączyła miłość. Podniosłej atmosferze sprzyjała świadomość, że tymi samymi szlakami wędrował w tamtym czasie nasz kochany Papież, który na Kopiej Górce w Krościenku kreował ruch młodzieżowych oaz.

Przyjechali wszyscy, z całej Polski, z wiosek, małych miasteczek, wielkich metropolii, a niektórzy z dalekich krajów. Nie było tylko tych, którzy odeszli na zawsze.
Oj, nie było lekko. Bowiem sponsorzy od ropy i gazu, także łupkowego, o czym jeden z kolegów profesorów wygłosił arcyciekawy referat, załatwili królewski wikt, łapiącą za serce góralską muzykę i cały ocean najprzedniejszych trunków. A wierzcie mi Państwo, że w sprawach wód wyskokowych z geologami żartów nie ma, gdyż w tej dziedzinie to rzekłbym sami wybitni sztabowcy. Więc, krew wzburzyła się szybko, powróciła młodość, a śpiewom studenckich piosenek i szalonym, jak niegdyś tańcom do białego rana nie było końca. Znów czuliśmy się młodzi, szczęśliwi, jakby nietknięci przemijaniem czasu.

Drugiego dnia, jednym z punktów programu było moje wystąpienie. Poproszono mnie bym zrobił coś w rodzaju retrospektywnego résumé okresu naszych studiów, a także mojej wieloletniej pracy na Uczelni. Domagano się również żebym opowiedział o mojej powieści, która dopiero, co wyszła z drukarni.

Zacząłem od przypomnienia naszych praktyk terenowych w Krościenku nad Dunajcem. Wspomniałem jak wszyscy razem mieszkaliśmy w kultowym domu pracy twórczej AGH, gdzie czerstwe góralki podawały w wazach boskie zupy zatrzepane prawdziwą śmietaną, że aż łyżka stała. A na deser, panie kucharki wyczarowywały rozpływające się w ustach szarlotki, rożki z francuskiego ciasta i coś, czego do śmierci nie zapomnę, wyborne gruszki w waniliowym kremie, skropione wiśniowym sokiem. W jadalni pachniało cynamonem i rodzinnym domem. Wszyscyśmy byli sobie bliscy.
Spostrzegłem jak koleżanki ukradkiem ucierają łezkę.

Potem wspomniałem naszych profesorów, przedwojennych dżentelmenów, którzy prócz geologii uczyli nas piękna języka polskiego, a także jak nosić tweedowe marynarki i jak do nich dobierać koszulę i krawat. Podkreśliłem, że dzisiaj niestety już nie ma takich dydaktyków. Przypomniałem ile mieli pasji! Ile im się chciało! A także ich nocne z nami rozmowy, zażarte spory naukowe, czasem nawet kłótnie, na tematy zawodowe, lecz również problemy hierarchii wartości i reguł życiowych. Przywołałem na pamięć Ile w tym było żaru, arcyciekawych dysput, polemik, debat, wymiany stanowisk. Mówiło się o polityce, o modnych wtenczas pisarzach, o teatrze, o światowym kinie, o muzyce... A wszystko przy winie patykiem pisanym i koreczkach z wyschniętego sera posypanego mieloną papryką. Przypomniałem, jak przy okazjach specjalnych jeździło się na motorach do Łącka, skąd przywoziliśmy w kanistrach płynne słońce galicyjskich sadów, albo, jak kto woli, palącą się od zapałki, pachnącą Karpatami śliwowicę.
Tym razem łezkę otarli panowie.

I raptem wyrwał mi się z gardła okrzyk. Boże! Jakież silne, bliskie i serdeczne były wtenczas więzi między nami, a mimo koszmaru komuny czuliśmy się jak w rodzinie. I wszyscy byli szczęśliwi, choć nie było tlenu.
Spytałem desperacko:
Kochani! Gdzie to wszystko przepadło?! Co się z nami stało?!
Zawiesiłem na chwilę głos, bo w wielu oczach pojawiły się łzy, a mnie też ścisnęło w gardle.

Ale znacie mnie przecież z bloga. Tu skończył się lukier. Bowiem moje wspomnienia sięgnęły okresu solidarności. I nie byłbym sobą gdybym nie wygarnął:
Kochani! Muszę to wyrzucić z siebie. Zbliżała się Solidarność. Zaczęły się strajki i uliczne demonstracje. Nie mogę nie wspomnieć, jak ze śp. Wieśkiem Bilanem, ramię w ramię, biliśmy się z ZOMO pod Arką w Nowej Hucie, a potem trwaliśmy na naszym uczelnianym strajku po wybuchu stanu wojennego. Niestety, życie pokazało, co się stało z etosem, o który walczyliśmy z kolegą. Bo wtenczas, gdy jedni się bili o wolność narażając życie, cwani dekownicy tworzyli na sępa obłudne pryncypia Trzeciej Rzeczypospolitej...

W sali zapadła cisza aż dzwoniło w uszach.
Jako doświadczony wykładowca umiem obserwować audytorium. Gdy kończyłem kwestię spostrzegłem, że zebranych na sali można podzielić na trzy kategorie.
Jedni byli wzruszeni i bliscy płaczu. To ci, którzy wynieśli z domu prastare polskie wartości, a kiedy przyszło nowe nie zdążyli, bądź raczej nie chcieli się z nim zabrać i pozostali na peronie.
Drudzy bądź to patrzyli na mnie nie rozumiejącymi oczami, bądź pospuszczali wstydliwie głowy. To byli niegdyś poczciwi ludzie, którzy się wykształcili w pierwszym pokoleniu i dali się nabrać pewnemu redaktorowi poczytnej gazety, że przynależą do lepszej od moherowej reszty części społeczeństwa.
Kategoria trzecia składała się z wyraźnie poirytowanych, którzy, jak czułem chcieli zaprotestować, lecz zbrakło im argumentów. To, nie ma, co ukrywać, niegdysiejsze komuchy, a obecnie przefarbowani na różowo siewcy nowego porządku.

Jak na dłoni było widać pękniętą na trzy Rzeczypospolitą.

By przerwać nieznośną ciszę pociągnąłem temat.
Wspomniałem o tragicznym paradoksie naszej najnowszej historii. Że wraz z upadkiem komuny wpadliśmy, albo ktoś nas wciągnął w pułapkę błędnie pojętej wolności, czyli „róbta, co chceta”, bez żadnych hamulców, skrupułów i moralnych reguł. Że paradoksalnie, wraz z odzyskaniem wolności zamknął się na zawsze najbardziej twórczy rozdział historii Wydziału. Że jakby na ironię, niespodziewana wolność zerwała niegdysiejsze więzi, a w wielu przypadkach podzieliła ludzi jeszcze na długo przed rządami Kaczyńskich.

By nieco złagodzić konsternację poruszyłem inny temat.
Wyznałem zebranym na sali, że przez te wszystkie lata, jakie spędziłem na naszej Uczelni, zrozumiałem, że w nauce, podobnie jak w sztuce, prócz pracowitości, trzeba mieć jeszcze talent, intuicję, wyobraźnię i odwagę. Że dobry naukowiec musi być Artystą! Że znam wcale nie mało przykładów, jak gros ludzi zajmujących się nauką, wykonuje gigantycznie mrówczą pracę kompletnie na darmo, gdyż brak im wyobraźni by spostrzec, że poszli w złą stronę, a co jeszcze gorsze, nie mają dość uczciwości, by w stosownym momencie porzucić błędnie obrany kierunek. Że się strasznie szamoczą uznając, jakże błędnie, to, co robią, za zgłębianie wiedzy. Że chyba nie ma nic bardziej szkodliwego dla przyszłych pokoleń niż pozorowanie działań naukowych. Że to główny problem polskiego szkolnictwa wyższego.

Przypomniałem koleżankom i kolegom, że w naszych czasach, misją szkoły wyższej była instytucja profesora, który wychowywał grono swoich uczniów. Jednocześnie przestrzegłem, że teraz, kiedy przyszło nowe, wszystkim zaczynają rządzić wyłącznie algorytmy i statystyczne wskaźniki potrzebne na użytek słupków sondażowych. Że się to tragicznie przełoży na poziom kształcenia Polaków, a skutki dadzą o sobie znać dopiero za lat kilkanaście, kiedy będzie za późno by naprawiać błędy.
A pijąc do tak teraz modnej wąskiej specjalizacji poprosiłem koleżanki i kolegów by wytłumaczyli swoim dzieciom, że poza firmą, w której siedzą od rana do zmroku też może być pięknie. Żeby w obłąkanej pogoni za sukcesem i kasą nie zasklepiały się wyłącznie do jednej sfery aktywności, bo to wyjaławia duszę i kaleczy intelekt. Wspomniałem też, że ludzie pracujący na uczelniach powinni mniej myśleć o własnym dorobku, a więcej o studentach, bo to dla nich przecież, o czym wielu zapomina, jest nasza Uczelnia.

Wreszcie by zakończyć sympatycznym gestem wręczyłem każdej z koleżanek zadedykowany egzemplarz mojej dopiero, co wydanej powieści. Panie się wzruszyły i wszystko utonęło w serdecznych uściskach. Wtenczas jeden z kolegów zapytał, czy mógłbym w jednym zdaniu powiedzieć, co to za książka ta moja „Magia namiętności”. Odpowiedziałem, że ten tytuł należy czytać w liczbie mnogiej, czyli, że chodzi o magię namiętności naszych, polskich. A książka to opowieść o przyzwoitym Polaku, który za młodu nie dał się uwieść komunie, a w dalszym życiu znalazł w sobie siłę by w imię wartości, jakie wyniósł z domu położyć na szalę karierę i życiową miłość. I znowu spostrzegłem, że niektórym się to bardzo spodobało, innym wręcz przeciwnie.
Kolejny dowód jak głęboko pęknięta jest Polska.

Ostatniego dnia, w niedzielę, była Msza Święta, na której, za „co łaska” ksiądz miał się pomodlić za zmarłe koleżanki i nieżyjących kolegów. Do drewnianego kościółka przyszli wszyscy uczestnicy zjazdu. Ksiądz długo wyczytywał nazwiska, o wiele za długo. „Nasi” stali między góralami autentycznie zasmuceni. Wtedy pomyślałem sobie, że to przecież tacy sami Polacy tylko bałamutnie podzieleni. W czasie podniesienia szepnąłem Panu Bogu na ucho by tym, co się dali nabrać przywrócił pokorę.

Po wyjściu z kościoła wracaliśmy pieszo do naszego pensjonatu. W pewnym momencie odciągnął mnie na bok przepoczciwy kolega pochodzący z podkrakowskiej wioski. Bardzo go na studiach lubiłem za prostotę i szczerość. Upewnił się, że nikt nie słyszy i powiedział: Krzysiek! Wczoraj żem uważnie słuchał tego, co żeś mówił. Jeszcze raz się rozejrzał czy nikogo nie ma i dodał: I wiesz, co? Chyba miałeś rację, żem się dał Tuskowi zrobić w trąbę. Gówno ten Tusk zrobił! Ino naobiecywał ludziom. Jutro powiem we wsi, co żeś wczoraj mówił.
A ja się ucieszyłem, że jednak ten Pan Bóg wcale nie jest taki głuchy jak myślałem.

Po obiedzie nadeszła chwila pożegnania. Wszyscy wracali wynajętym przez Uczelnię autokarem. Ja wracałem swoim samochodem, bo musiałem przywieźć książki. Poszedłem pomachać na pożegnanie koleżankom i kolegom.

Gdy kierowca już ruszał, raptem autokar przystanął. Pomyślałem, że ktoś czegoś pewno zapomniał. Wtedy z autokaru wysiadł kolega „salonowiec”, którego na początku zjazdu osadziłem w cuglach, kiedy chcąc zabłysnąć opowiedział obrzydliwy, wyświechtany kawał o zimnym Lechu. Salonowiec powiedział: Krzysiek, muszę cię o to zapytać, wytłumacz mi, jakim cudem taki facet jak ty może nie popierać Platformy? Odpowiedziałem krótko: mój drogi! Bo to jest partia nieprzyjazna Polsce, jakiej mnie od dziecka uczyli Rodzice. Nie rozumiem, odparł kumpel. Tak właśnie myślałem, burknąłem pod nosem, a on udał, że tego nie słyszy.

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

eeeech, faktycznie łza się w oku kręci na wspomnienie praktyk nad Dunajcem

wprawdzie kilka lat później, ale w latach 80-tych  też  było fajnie...

ale niestety spotkać się jakoś nie udaje.

wp

ps. ale przy innych spotkaniach absolwentów np. ustaliliśmy

      ŻADNYCH tematów politycznych - tu oczywiście odbiegam tematycznie

      od niepoprawnych...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

wp

#162457

Tak mało tych, co wynieśli z domu tę miłość czystą i bezinteresowną do Matki Polski. Wychowanych w tradycji na wierszyku "Kto ty jesteś?, Polak mały!". Czy dominują poczciwiny, Krzysztofie?. Obawiam się, że niestety dominują kanalie!. "Mało nas, mało nas, do pieczenia chleba". Pamiętacie, naszą dziecinną wyliczankę ?. Zbyt nas mało...Pozdrawiam grzyb wlodeusz.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#162467