Zaczarowane miasto, zaczarowane boisko, zaczarowany gracz

Obrazek użytkownika Krzysztof Pasierbiewicz
Sport

Motto muzyczne:

http://www.youtube.com/watch?v=gu3J6h6ZGas

http://www.youtube.com/watch?v=ILkgviwTveM

http://www.youtube.com/watch?v=Z73G4aCwAfQ

Dla poety Kraków to
zaczarowany dorożkarz, zaczarowana dorożka, zaczarowany koń
dla mnie zaś
niegdysiejszego trampkarza i dozgonnego kibica Cracovii
Stołeczne Królewskie Miasto
to także
zaczarowany zamek, zaczarowane kościoły, zaczarowane uliczki i zapadłe mi głęboko w serce zaczarowane boisko
przycupnięte na lewym skraju krakowskich Błoń
patrząc na Kopiec Kościuszki od strony Uniwersytetu Jagiellońskiego

To zaczarowane miasto
w którym jak nigdzie indziej na świecie
życie płynie tak wolno, iż kac mija nim jeszcze zdoła się zrodzić
ma także
zaczarowany Rynek
który każdego dnia, punktualnie o godzinie drugiej , bez względu na aurę
spotykanym jeszcze tylko pod Wawelem dostojnie wolnym krokiem okrąża trzy razy
grupa „starszych panów”
którzy całe życie oddali dla sportu
i choć niektórzy dobijają już siedemdziesiątki
ci wciąż pełni życia atleci
latem grywają w tenisa, a zimą szaleją na nartach tak dziarsko
że niejeden młodzian mógłby pozazdrościć

Owej grupie uczelnianych wuefistów i namiętnych miłośników sportu jeszcze do niedawna przewodził
śp. Władysław Radwański
dziadek i wychowawca Agnieszki, która wyniosła na wyżyny świata polski tenis

To pan Władysław właśnie animował zapalczywe dyskusje owych pasjonatów sportu
kiedy spotykali się na kawie w kultowej kawiarence RIO na św. Jana pod piątym

i nigdy nie zapomnę

ich niekończących się dyskusji, debat, polemik, zajadłych sporów, a częstokroć kłótni
kto był w tym roku lepszy w „świętej wojnie” między Wisłą a Cracovią

Boże!
Ileż w tym było młodzieńczego żaru i autentycznej pasji
lecz
lecz choć sobie nieraz do oczu skakali
godziła ich zawsze jednocząca miłość do Cracovii, za którą poszliby w ogień

Częstokroć nurtowało mnie pytanie
kto im zaszczepił tę miłość???
aż zrozumiałem
że tę ich klubową namiętność od małego chłopca kształtował niedościgły guru

Józef Kałuża

człowiek legenda
genialny piłkarz Cracovii, najstarszego nieprzerwanie istniejącego klubu sportowego w Polsce
gracz nad graczami
i wiekopomny symbol
dziewiczego dla futbolu czasu
kiedy piłka nożna była jeszcze piłką nożną
a piękno tej kształtującej ludzkie charaktery gry zespołowej zawierało się w sportowej rywalizacji
a nie, jak to dzisiaj bywa
wyrachowanej pogoni za mamoną

Bo pan "profesor" Józef Kałuża
przedwojenny nauczyciel,prócz tego, że jak nikt umiał grać w piłkę
był żarliwym polonistą, zapalonym geografem, wymagającym matematykiem,
nauczycielem muzyki i gimnastyki zarazem

a ów człowiek renesansu

jak wspomina jego uczeń Stefan Szlachtycz w tekście pt. „Józef kałuża – legenda nie umiera nigdy”
wpoił swoim wychowankom dwa przesłania:
pierwsze piłkarskie i dziś mniej przydatne,
czyli „nigdy nie kopać piłki SZPICEM”
oraz drugie polonistyczne i aż nadto dziś przydatne, czyli „nigdy nie używać przysłówka JAK, zamiast: kiedy, gdy, jeśli, o ile…

Ten wspaniały belfer, wychowawca, a zarazem genialny piłkarz i trener
ma też w swoim życiorysie szczytną kartę niepodległościową
bo jak pisze wspomniany już jego uczeń
w czasie okupacji hitlerowskiej, gdy złożono mu „propozycję nie do odrzucenia”
by został trenerem-selekcjonerem reprezentacji Niemiec?!
bądź szefował reaktywowanej pod niemieckim protektoratem krakowskiej piłce nożnej
choć ryzykował przekroczeniem bramy z napisem: „Arbeit macht frei”,
nie poszedł na kolaborację z Niemcami

W tym roku przypada siedemdziesiąta rocznica śmierci Józefa Kałuży

I jak się okazuje,wychowankowie tego niezwykłego człowieka o wrażliwej duszy i pięknym umyśle
nie zapomnieli o Autorytecie ich wieku chłopięcego
który ich ukształtował na całe przyszłe życie
i postanowili ufundować mu pomnik
który stanąby u wejścia na niedawno zbudowany nowy stadion Cracovii
by młodzi kibice wiedzieli
że ich ukochany klub przed Drugą Wojną Światową
też miał swojego Messiego
który w 408 meczach strzelił 467 bramek, co jest do dziś niepobitym rekordem klubowym
ale co najważniejsze
by uświadomić młodym kibicom „pasów”
do czego ich zobowiązuje dumne klubowe zawołanie:

- CRACOVIA PANY! –

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

Post scriptum

To post scriptum dodałem zainspirowany komentarzem pana piszącego pod nickiem "W KAPELUSZU PANAMA", mówiącym o niewymiernej sile wspomnień.

Bowiem.

Jako, że w dzieciństwie mieszkałem przy ulicy Zamkowej naprzeciwko Wawelu, ale już po drugiej stronie Wisły, wuj Ludwik zabierał mnie na mecze Garbarni na Ludwinów. Pamiętam, jak po każdym zwycięstwie Garbarzy śpiewaliśmy razem „Ludwinowskie tango”

Zatem moją pierwszą miłością piłkarską była Garbarnia. Nie opuściłem ani jednego meczu na Ludwinowie i do dziś pamiętam smolny zapach drewnianej trybuny. Mieliśmy tam na stałe zarezerwowaną lożę honorową, gdyż mój drugi wuj, brat mamy Marian Nagraba grał przed wojną w Garbarni i był w składzie, który zdobył mistrzostwo Polski.

W piłkę grywaliśmy z kolegami na wiślanej terasie zalewowej dokładnie vis a vis Wawelu. Ja od małego stałem na bramce, którą robiło się wtedy z dwu cegłówek.

Pewnego dnia, był to chyba rok 1954, trenowaliśmy rzuty rożne, co się wtedy nazywało strzelaniem na budę z kornera. Ja stałem oczywiście w bramce, a koledzy podawane z „narożnika” piłki kierowani główką na bramkę.

Terasa wiślana, która służyła nam za boisko była okolona wałem powodziowym, który służył za spacerowe korso. Tymże właśnie korso szła po rękę jakaś para, która zatrzymała się na chwilę by popatrzeć na grających chłopców. I wtedy grom spadł z jasnego nieba, gdyż rozpoznaliśmy, że przystojny mężczyzna spacerujący z piękną dziewczyną po wałach to sam inżynier Leopold Michno, ówczesny bramkarz pierwszoligowej Cracovii.

Możecie Państwo sobie wyobrazić cóż to był dla nas za zaszczyt, że sam Michno nas ogląda. Pamiętam, jak z bijącym sercem, nie bacząc na kolana niemiłosiernie obtłukiwane na wiślanym żwirze wyciągałem się jak struna w bramkarskich paradach.

I wtedy nastąpiła jedna z najszczęśliwszych chwil mojego życia. Pan Leopold Michno krzyknął bym do niego na chwilę podszedł. Ze ściśniętym gardłem i łomoczącym sercem wysłuchałem, jak Michno powiedział: „jesteś trochę za mały, ale masz wrodzony bramkarski talent, bo widziałem, że w momencie jak napastnik składa się do strzału ty już jesteś w powietrzu. Masz chłopcze bramkarskie wyczucie i refleks. Jakbyś chciał, przyjdź w piątek na trampkarski trening na Cracovię…”.

Świat zawirował w głowie ze szczęścia i dumy.

Ale był jeden niezwykle poważny problem. Jako chłopak z Ludwinowa, chcąc grać w Cracovii musiałem zdradzić Garbarnię, moją pierwszą piłkarską miłość. Pamiętam, że przez dwie noce nie spałem, bo zżerały mnie wyrzuty sumienia, że popełnię nielojalność wobec garbarskiego klubu, a koledzy mi tej zdrady nigdy nie wybaczą.

I tak też się stało, lecz uratowało mnie to, że moja bramkarska kariera była bardzo krótka.

Bowiem w tamtych czasach, przed meczami ligowymi odbywały się tak zwane przedmecze, w których grali trampkarze rozgrywających spotkanie klubów. Na pełnowymiarowym boisku! Przed prawdziwą widownią! Nie zdajecie sobie Państwo sprawy, co to było za przeżycie dla kilkunastoletniego chłopca.

Spełniło się największe marzenie mojego dzieciństwa. Brakkarz pierwszego składu zachorował i Michno wystawił mnie na zbliżający się przedmecz.

Pamiętam, jak kochana Mama, wyprała w rękach jedenaście zestawów niemiłosiernie ubabranych błotem pasiastych koszulek, spodenek i sztuc. A ja sobie przyrzekłem, że choćbym miał sczeznąć to bramki nie puszczę.

I wybiegliśmy na murawę. Ci, co grają w piłkę wiedzą, co to za uczucie. Serce wali w gardle, a w uszach brzęczy tumult trybun.

Trampkarze Ruchu zaatakowali ostro od pierwszego gwizdka. W piętnastej minucie był moment krytyczny, gdyż ich kostropaty i nad wiek wyrośnięty napastnik strzelił mi w lewy róg zjadliwego szczura zdawało się nie do obrony. Ale się rzuciłem jak tygrys i jakimś cudem Boskim złapałem piłkę pod siebie przyciskając ją mocno do serca.

Do śmierci będę pamiętał zapach mokrej trawy zmieszany ze specyficzną wonią natłuszczonej skóry, bo wtedy sznurowane rzemieniem piłki z gumową dętką smarowało się kawałkiem słoniny, żeby piłka nie namakała.

Przedmecz się miał ku końcowi przy stanie zero do zera, stadion się zapełnił i wzrastała wrzawa na trybunach. Aż w ostatniej minucie, rozpędzony obrońca Ruchu dostał tak zwaną wykładkę i z kilkunastu metrów z całej siły rąbną mi z woleja piorunującą bombę pod samą poprzeczkę.

Zdawało się, że przy moim wzroście nie mam najmniejszych szans by ten strzał obronić.

A jednak, kiedy usłyszałem pełną przerażenia ciszę kibiców Cracovii, coś mi szepnęło w duszy: "Musisz ten strzał obronić!" I poszybowałem w powietrze, jak orzeł. Jakimś nadludzkim wysiłkiem wypiąstkowałem prawą ręką piłkę nad poprzeczkę. Niestety wylądowałem na lewej, którą złamałem w trzech miejscach, co zakończyło moją piłkarską karierę.

Ale gola nie puściłem.

Post post post scriptum

Ponieważ inicjatorzy akcji budowy pomnika Józefa Kałuży przy wejściu na nowy stadion Cracovii zwrócili się do mnie z prośbą na FB o podanie informacji w jaki sposób sympatycy Cracovii mogliby wspomóc to przedsięwzięcie finansowo - patrz:

https://www.facebook.com/adam.lotz.900/posts/248907125283386

podaję, że datki pieniężne można przelewać na następujące konto:

Fundacja 100 lat KS Cracovia Aleja 3 Maja 11A, 30-062 Kraków, tel. 12 633-27-24numer konta:

68 2130 0004 2001 0492 8636 0001

z dopiskiem:POMNIK JÓZEFA KAŁUŻY

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jakżesz miło tu Pana spotkać!

Na dodatek z takim wspaniałym wspomnieniowym tekstem.
Ech wy Krakusy... Problem nadmiaru.
W Gdyni liczyła się tylko Arka, choć był i Bałtyk i Flota.
Nieważne. Istotne wtedy było to, że wówczas każdą chwilę spędzało się na powietrzu uprawiając jakiś sport.
A i belfrów miało się charyzmatycznych.

Serdeczności

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

JanuszK

Trolle, agenci i wredni nie mają co liczyć na moją uwagę. Próżne ich wysiłki.

 

 

 

 

#401867