Pan Samochodzik i fałszerze rzeczywistości

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Dzień wolny Hiobowscy spędzali jak większość polskich rodzin - przed telewizorem.
- Nic nie ma - warczał tata Łukaszka, który dobrą godzinę siedział już przed odbiornikiem i z miną potępieńca dusił guziki na pilocie. To oczywiście była nieprawda, że "nic nie ma". Każdy kanał telewizyjny był wypełniony po brzegi, czasami nawet jakąś treścią.
W telewziji państwowej, na jednym z kanałów szły seriale z nutą kościelną. "Plebania", "Zakrystia", "Siostry". "Bracia", "Ojciec Mateusz", "Kościelny Tadeusz", "WOPR - Wizytkowe Ochotnicze Pogotwie Ratunkowe" i "Kuria nad rozlewiskiem". Zdjęto "Klan", bo tytuł się niedobrze kojarzył.
Z kolei drugi kanał postawił na seriale skoncetrowane na życiu zwykłego człowieka. Tam królowały tytuły takie, jak "Na dobre i na złe", "Albo wóz albo przewóz", "Co nie zabije to wzmocni", "Nic dwa razy się nie zdarza" i "Jak pech to pech".
Pierwsza telewizja prywatna również postawiła na seriale, ale o grupach zawodowych. Leciały tam takie produkcje jak "Tkacze", "Szwacze", "Chirurdzy", "Ortopedzi", "Redaktorzy" i "Bezrobotni". Druga telewizja prywatna wolała zakupić seriale zza Atlantyku i raczyła swoich widzów rozterkami piętnastoletniej milionerki ("Susana Alabama") czy też historiami spragnionych seksu kucharek ("Gotujące wszystko").
Warto też wspomnieć o serialach kryminalnych, które pojawiały się we wszystkich stacjach. W telewizji publicznej rządził w pierwszym kanale "Detektyw w komży z Łomży", a w kanale drugiem "Z-17" (najdłuższe odcinki ze wszystkich seriali kryminalnych: aż dwadzieścia minut!). W pierwszej telewizji prywatnej widzowie mogli zapoznać się z "Kryminalnymi Zagadkami Eniwetok" (licencja z USA), a w drugiej telewizji uwagę przykuwał zakupiony w Niemczech "Szpicbródka ze Szpicbergenu".
Czasami puszczano również filmy, a zdarzało się, że nawet i polskie. A już prawdziwym rarytasem było coś nowego. I tego dnia jedna ze stacji miała pokazać nowy, polski film! Tytuł brzmiał: "Pan Samochodzik i fałszerze rzeczywistości". Film powstał z okazji pojawienia się w sklepach pięćsetnego tomu o przygodach dzielnego muzealnika. Co prawda, zmarły ładnych parę lat temu autor napisał ich tylko dwanaście, ale grupa wynajętych pisarzy dzielnie kontynuowała jego pracę. Hiobowscy gromadnie zasiedli przed telewizorem. Stał się cud - Pan Smochodzik połączył wszystkich.
- Człek kulturalny i ze sztuką obyty! - zachwycał się dziadek.
- Ormowiec! - zachwycała się babcia.
- Walczył o ekologię! - zachwycała się mama.
- Jaką miał brykę! - zachwycał się tata.
Siostra Łukaszka nie zachwycała się, tylko liczyła na to, że pokażą seks w samochodzie, a Łukaszek chciał zobaczyć sam samochód.
Rozpoczął się seans. Pan Samochodzik liczył sobie obecnie 110 lat i pracował w archiwum. Został tam przeniesiony w 1989 roku, gdy po zmianie systemu uznano go za członka starej nomenklatury. Z pracy nie zwolniono go tylko z jednego powodu. Na biurku trzymał fotografię, na której był on i Midam-Achnik i podpis: "Wpuszczam komisję do Centralnego Archwium MSW, kwiecień 1990 rok".
Stare stanowisko Pana Samochodzika zajęła panna Monika, a miejsce dyrektora Marczaka zajął pan Anatol. Pewnego słonecznego dnia pan Anatol wezwał do siebie Pana Samochodzika i zlecił mu zadanie detektywistyczne. Miał odnaleźć fałszerzy rzeczywistości. Nie sam oczywiście, ze względu na zaawansowany wiek dodano mu grupę pomocników. Starannie wyselekcjonowany i poprawny ze wszech miar zespół składał się z czterech osób: feministki, Żyda, Afroamerykanina i geja.
- Jak ja ich wszystkich zabiorę ze sobą - stropił się Pan Samochodzik. Na szczęście trzech panów pokłóciło się, który z nich jest ważniejszy (tj. bardziej dyskrymninowany), a feministka obraziła się, kiedy Pan Samochodzik otworzył przed nią drzwi swego pojazdu. I w ten sposób nikt nie zauważył, kiedy samotnie ruszył do akcji nowym wehikułem. O tak, nowym, bo zmarł akurat ktoś z rodziny i zapisał mu to cacko w spadku.
Cacko - to było Bugatti Galibier rozbite rok temu na czteropasmowej autostradzie Zakopane-Murzasichle. Ktoś z rodziny dodał dół z amfibii, karoserię z Tarpana i tak powstał nowy wehikuł. Żeby był ekologiczny i tyle nie palił wyposażono go w instalację LPG.
Pan Samochodzik rozpoczął śledztwo od artykułu dwójki dziennikarzy: Zosi i Antka. Artykuł zawierał stenogram rozmów pomiędzy jednym z najbogatszych Polaków, Waldemarem Baturą, a jednym z posłów, Józefem Balsamo vel Cagliostro, który startował do Sejmu pod hasłem "Wszystko jest iluzją". Panowie umawiali się na spotkanie biznesowe na cmentarzu i mieli omówić interesy łączące ich obu z ministrem Krostkiem. Pan Samochodzik ruszył do ataku i udał się do ministra. Już w słownej polemice przyparł ministra do muru, już prawie zmusił go do rezygnacji, gdy nagle wydarzył się dziwny cykl zdarzeń.
Najpierw we wszystkich stacjach telewizyjnych pokazano konferencję jakiegoś starszego, grubego, łysego jegomościa.
- Dyrektor Marczak! - zachłysnął się Pan Samochodzik. Dyrektor Marczak opowiedział, jak to pracował wiernie u pana Batury za wikt i opierunek od czasu odejścia z ministerstwa po czym rozpłakał się rzewnie. Oznajmił, że został sprowadzony na złą drogę przez agenta CBA.
- Po włosach mnie głaskał - łkał były dyrektor. - To wszystko ten agent! Namówił mnie do sfałszowania rzeczywistości! A konkretnie - stenogramów!
Wkrótce wszystkie gazety zapełniły się zdjęciami agenta Czarnego Franka.
Skołowany Pan Samochodzik wrócił do swojego archiwum, gdzie dowiedział się o dalszych wypadkach. Zdymisjonwano szefa CBA, niejakiego Baśkę. Podobno zabił w lesie kreta szpadlem, a jak wiadomo krety są pod ochroną. Świadkiem tego odrażającego przestępstwa był przechodzący akurat TW "Winnetou". A Pan Samochodzik stanął przed komisją śledczą do spraw badania całej rzeczywitości, której przewodniczył poseł Kozłowski-Malinowski. Nie odpowiedział jednak na żadne pytanie, bo żadnego mu nie zadano. Komisja pokłóciła się czy ma pić kawę czy herbatę. Sprawa była poważna, groził lobbing producentów jednego lub drugiego napoju...
Dzień później pan Anatol odebrał Panu Samochodzikowi śledztwo. Podobno wnioskowała o to sama szefowa służb specjalnych, pułkownik Zenobia.
Opinia publiczna nie poznała szczegółów tej fascynująćej sprawy. Jakoś tak się stało, że gazety interesowało co innego.
W Czarnej Hańczy złowiono szczupaka, któremu wyrosła trzecia ręka!

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Dobre i prawdziwe, jak zawsze. Przy okazji "Lena" już mi przysłała książkę, poszła w obieg tzn. pożyczyłem ją na początek sąsiadowi.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

----------------------------------------------------------- "Polska Niepodległa to Polska niebezpieczna" Lenin

#36994

doślę po weekendzie :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#36998

Zrobimy aukcję Twojej książki (z autografem) na niepoprawnych. Dobry pomysł?
Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pozdrawiam
**********
Niepoprawni: "pro publico bono".

#37028

Mam obawy czy cena przekroczy cenę książki w wydawnictwie. Ale oczywiście jeśli chcecie - nie ma problemu.
Proszę o adres, prześlę książkę :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#37038

A ja zamówiłem już dwie (z dedykacją Autora). Będą wyjątkowymi prezentami pod choinkę na Boże Narodzenie. Oj, będzie radości "po pachy". :-)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#37130

Niestety, przeoczyłem i kupiłem książkę bez dedykacji. Ale co tam. Ważna jest treść. A ta jest...świetna. Mój egzemplarz - tylko przeglądnięty, aby nie uległ zniszczeniu w trakcie wybuchów śmiechu podczas czytania, zawożę jako prezent na Boże Narodzenie do Londynu, gdzie mieszka syn rodziną. Teraz zamawiam również dla siebie. Dzięki autorze.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#37237