Gazetka na Dzień Dziecka

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Młoda pani od polskiego została poproszona do gabinetu pana dyrektora. Pan dyrektor nie wstał na jej widok, był nachmurzony.
- To był pani pomysł? - skrzywił się niemiłosiernie.
- No tak - jąkała się młoda pani od polskiego. - Ale wie pan, dzień dziecka, myślałam też o tym, żeby zachęcić rodziców małych dzieci, żeby zapisali swoje dzieci do naszej szkoły... A kto może lepiej zachęcić niż dzieci, nasi podopieczni?
- Miałem sygnał, że szósta a uprawia czarny piar - przerwał jej pan dyrektor.
- Uprawiali, ale obiecali, że tego już nie zrobią - zapewniła młoda pani od polskiego.
Było to tak: na początku Łukaszek, Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki chodzili i opowiadali rodzicom małych dzieci jak to strasznie z tej placówce edukacyjnej. Ale na widok maluchów rozglądających się z zachwytem po budynku, pakujących palec do buzi i sepleniących "ale fajna ta śkoła" poddali się. A okularnik nawet jednego takiego neofitę pogłaskał po głowie. I to właśnie młoda pani od polskiego chciała powiedzieć panu dyrektorowi, ale nie zdążyła, bo do drzwi gabinetu ktoś zastukał mocno i głośno.
- Ała! Zostaw moją głową, ty gruba... - rozpoznali glos okularnika zza drzwi. Młoda pani od polskiego westchnęła i poszła otworzyć. Łukaszek i Gruby Maciek stukali głową okularnika w drzwi.
- Co wy... - załamała ręce ich wychowawczyni.
- Przyszliśmy powiedzieć, że do naszej klasy przyszedł dementor! - krzyknął Łukaszek.
- Z kuratorium czy z ministerstwa? - pan dyrektor pobladł i wstał poprawiając krawat.
Najpierw młoda pani od polskiego wytłumaczyła mu kto to jest dementor, a potem wytłumaczyła mu, że może wpisać jej uczniom nagany "za robienie sobie jaj z dyrekcji".
- Jeszcze miesiąc - westchnął pan dyrektor patrząc na kalendarz, na którym datę zakończenia roku szkolnego miał zakreśloną czerwonym pisakiem.
- To co, idzie pani zobaczyć tego dementora? - przypomniał Łukaszek.
- Nie wolno tak mówić - zwróciła mu uwagę polonistka. - Idę!
- Ja też - zdecydował pan dyrektor.
I poszli. W klasie, częściowo wypełnioną szóstą a, stał jakiś pan i rozsiewając wokół siebie nastrój posępnego nieszczęścia rozmawiał z uczniem na wózku, czyli Sajmonem.
- ...jesli rodzice naprawdę dali ci tak na imię, to są głupcami depczącymi Polskę, polską tradycję, i w ogóle są zdrajcami. O! nowi - zauważył wchodzących Łukaszka i spółkę. - Jak macie na imię?
- Łukasz.
- Maciej.
- To jeszcze gorzej - posępny pan nie pozwolił nawet dojść do głosu okularnikowi. - Jest teraz taka moda, na te imiona. Zosie, Marysie. To ma ckliwie chwycić za serce i odwrócić uwagę od faktu, że wasi rodzice są tacy sami albo i gorsi. Ale nie o tym chciałem mówić. Państwo są tutaj nauczycielami, prawda? Dlaczego wykorzystujecie dzieci w reżimowej propagnadzie? Proszę mówić, ale ostrzegam, że znam odpowiedź.
Młoda pani od polskiego zaniemówiła owiana atmosferą grozy.
- Jakiego reżimu? - spytał z wysiłkiem pan dyrektor walcząc z atmosferą beznadziejnego smutku roztaczaną przez jego rozmówcę.
- Proszę pana, przecież jest to państwowa szkoła, a więc działająca na podstawie wytycznych rządu. Oczywiście, może pan utrzymywać, że obecny rząd nie jest reżimem i działa na korzyść kraju. Ale w takim razie jest pan albo głupcem, albo bandytą. A wtedy w obu przypadkach nie chciałbym z panem rozmawiać.
- Acha - powiedział zdezorientowany pan dyrektor. - Ale jak my niby dzieci wciągamy...?
Posępny pan podszedł do okna i je zamknął. W klasie zrobiło się jeszcze bardziej przygnębiająco.
- Proszę - pokazał gazetkę ścienną pełną rysunków wykonanych przez szóstą a. - Co my tu widzimy? Gazetka ścienna. Wszystkie rysunki podpisane "szósta a". Od razu widać, że liczy się tylko i wyłącznie interes szkoły. Spytacie: "Skąd?".
- skąd? - spytali chórem Łukaszek, Gruby Maciek i okularnik.
- Ja mam pewność, że w tym nie ma dobrych intencji.
- Ale skąd? - odezwała się zrozpaczona polonistka.
- Ja myślę! - odparł dumnie posępny pan i zrobiło się jeszcze posępniej. - Ja myślę, że za każdym słowem, gestem, czynem dyrekcji i grona pedagogicznego kryje się czysty interes szkoły. Spójrzcie na te nędzne bohomazy. Toż to propaganda tej placówki w najnędzniejszym z nędznych stylów. Ja mam dzieci i one rysują o wiele lepiej. Ale oczywiście nikt je nie zaprosił, żeby tu powiesiły swoje rysunki.
- Nie chodzą do naszej szkoły, prawda? - upewniał się pan dyrektor.
- Tak, nikt ich tu nie zna - przyznał pan i kolejna fala zwątpienia w gatunek homo sapiens rozlała się po klasie. - Bez znajomości ani rusz. Widać od razu, że dyrekcja i rodzice grają w jednej drużynie.
- To nieprawda - zaperzył się pan dyrektor.
- Nie ma sensu temu zaprzeczać, bo tak jest, i ten kto patrzy, to to widzi. A ten kto to neguje to albo glizda albo tasiemiec - powiedział z mocą pan posępny, a od tej mocy zrobiło się jeszcze bardziej straszno i smutno. - Ja jestem lepszy od niejednego nauczyciela. Wiem, bo jestem i już. Ale czy ktoś mi zaproponował tu pracę? Nie. A przecież jestem lepszy. Wolicie zatrudniać miernoty...
- Jestem dyplomowaną polonistką - oburzyła się młoda pani polskiego.
- I co pani zrobiła, aby udowodnić, że zasłużyła na ten dyplom? Odwraca pani uwagę uczniów przydawkami i fraszkami od istotnych spraw!
- No dobrze - poddała się polonistka. - Niech pana dzieci też narysują jakieś obrazki i je tu powiesimy.
- Otóż nie - odmówił ku zdumieniu wszystkich posępny pan. - Ktoś mógłby powiedzieć, że ja to co mówię, mówię z zazdrości, że nie ma tu rysunków moich dzieci. Ale ja powiem tak: nie! Nie! Ostatie czego chcę, to to, żeby rysunki moich dzieci wisiały w tej gazetce!
- To po co mi pan głowę zawraca i przez pół godziny pier... - krzyknął rozzłoszczony pan dyrektor.
- Co więcej! - przerwał mu posępny pan. - Gdyby mi pan zaproponował pracę w tej szkole to też z miejsca bym odmówił! O!
I wyszedł z triumfującą miną.
- Czy ktoś wie o co mu k***a chodziło? - zapytał bezradnie pan dyrektor. - Nie? Nikt? Ty Hiobowski też nie? Ty masz taką trudną rodzinę.
- A pana stara jest łatwa - odszczeknął się Łukaszek i dostał naganę.
- Panie dyrektorze - wtrąciła się młoda pani od polskiego, kiedy dyrektor już kartkował dzienniczek Łukaszka w poszukiwaniu wolnego miejsca. - A pomyślał pan o tym, że uczniowie, którzy przyjdą mogą być jeszcze gorsi? Albo mieć takich rodziców?
Pan dyrektor powiedział, że nie. Zadumał się głęboko, machnął ręką i oddał Łukaszkowi dzienniczek. Bez nagany.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

 I nikomu dać w mordę

 Marcinie drogi!

 Nic to...najważniejsze to jest to,ze zaczynaja sie igrzyska..Spoko,koko 2012!

 A po igrzyskach bedziemy jeść ciastka,bo chleb będzie za drogi,albo go nie

 będzie.

 Ten smutny pan [dementor] kogoś mi przypomina...tylko kogo?

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#260907

 Klikam edytuj...jest poprawnie!

 Klikam dodaj odpowiedź...jest tak jak na załączonym obrazku!

 "Nie" jest pod tekstem,a "będzie" osobno...

 Mam pisac w Wordzie i wklejać?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#260909

Tok myślenia smutnego pana mnie zaintrygował. Doprawdy, słów brak.

pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#260975