Babcia u ortopedy

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Babcia Łukaszka skręciła nogę w kostce. Zaraz po wypadku zbadał ją lekarz, okazało się, że to nic groźnego. Niemniej jednak babcia Łukaszka miała się zjawić ze swoją kostką na kontroli. Cała rodzina Hiobowskich towarzyszyła babcia, oprócz siostry Łukaszka, która udała się na romantyczną randkę do ruin opuszczonej fabryki płyt żelbetowych.
Przyjechali do szpitala i znaleźli nowe drzwi do oddziału ortopedycznego. Bardzo uważali, aby się nie pomylić, bo pół oddziału (włącznie ze starym wejściem) było wydzierżawione masarni.
Drzwi szukali przez dłuższą chwilę. Cała ściana była zalepiona ogłoszeniami typu "sprzedam Opla", "studentka szuka pokoju", czy "dziewczyny go-go". Na drzwiach widniał co prawda wielki napis "Oddział ortopedyczny szpitala im. przemienienia posłanki Sałaty-Bewickiej", ale ginął w powodzi innych napisów. Po wejściu do środka musieli wyminąć troje młodych ludzi rozdających ulotki (myjnia samochodowa topless, szkoła językowa i wycieczka do Częstochowy połączona z prezentacją garnków). Następnie podeszli do recepcji (nie było kolejki), gdzie miła i fachowa pani szybko zapisała babcię do lekarza i wydała plastikową kartę z numerkiem.
- Proszę patrzeć na telebim, wyświetli się pani numerek i numer pokoju, do którego zaprosi panią lekarz.
Rodzina Hiobowskich zasiadła w olbrzymiej poczekalni. Sprawdzili numerek na plastikowej karcie i zaczęli obserwować telebim. A nie było to łatwe. Otóż przez prawie cały czas były na nim reklamy. Co jakiś czas jednak pojawiał się komunikat typu "posiadacz numeru x proszony do pokoju lekarskiego y". Komunikat taki był jednak wyświetlany bardzo krótko i trzeba było bardzo uważać aby go nie przegapić. Na dodatek z umieszczonych na sali głośników dobiegał głośny głos lektora czytającego ceny produktów w pobliskim markecie, a pomiędzy rzędami krzeseł kręciły się poubierane w różne stroje młode dziewczyny oferujące darmowe próbki przypraw albo jogurtów.
Wreszcie na ekranie pojawił się numerek babci. Babcia razem z tatą Łukaszka i Łukaszkiem udała się do recepcji.
- Jestem proszona do pokoju 203 - powiedziała babcia.
- Proszę bardzo, to tam - powiedziała pani recepcjonistka. - Proszę wziąć koszyk!
- Jaki koszyk?
- No ten - pani recepcjonistka pokazała zwykły, sklepowy, naręczny koszyk. - Bo może pani coś kupi.
- Kupi??? - zdumienie babci nie miało granic.
Wzięła posłusznie koszyk i razem z tatą Łukaszka i Łukaszkiem weszła w załom korytarza. A tam - towar. Baterie. Piwo. Prasa. Soki. Chleb. Konserwy. Jogurty. I tak dalej...
Niestety, żadnego skrótu nie było, a droga wiodła labiryntem wyznaczonym pomiędzy paletami z towarem. Wreszcie trafili do drzwi z numerem 203.
- To tu, niech babcia wejdzie - powiedział Łukaszek.
- Aż dziwnie, aż mi tak nieswojo - oznajmiła babcia. - Żadnej kolejki, nie ma kogo spytać w jakim humorze jest lekarz... No, raz matka rodziła. Wchodzę.
Weszła. Wyszła po kilkunastu minutach, zadowolona, bo lekarz powiedział, że z jej kostkę jest wszystko w porządku. Kolejnym labiryntem wrócili do poczekalni. Reszta rodziny zerwała się z krzeseł i zaczęła gromadzić koło drzwi.
- I jak się pani podobało? - zagadnęła babcię pani recepcjonistka. - Jest pani zadowolona z poziomu obsługi? Usług medycznych?
- No tak... - powiedziała babcia. - Zero kolejek, mili wszyscy, lekarz fachowy... Ale te reklamy, ulotki, telebim...
- Skomercjalizowaliśmy się, musimy zarabiać - powiedziała pani recepcjonistka. - Woli pani, żeby było jak dawniej? Za darmo i kolejki i kiepscy lekarze?
Babcia pomedytowała chwilę i odparła:
- Zamienił stryjek siekierkę na kijek...

Ocena wpisu: 
Brak głosów