Czy możliwe jest kulturowe odrodzenie Polski?
Wbrew temu, co z uporem głosi Darski, uważam, że nie tylko nie jesteśmy jako naród i jako państwo w sytuacji beznadziejnej, ale też nie jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Nawet bowiem w warunkach postkomunizmu, w którym procesy sowietyzacji, stosowane w peerelu, zostały wzbogacone i/lub zastąpione przez procesy nowoczesnej rekomunizacji oraz ogólno-społecznej deprawacji – nie jest niemożliwe rekonstruowanie polskiej kultury i zwyczajnie przywracanie ducha narodu. W chwilach zwątpienia warto wspomnieć na to, jak J. Czapski z innymi „zekami” urządzali sobie w koncłagrze wykłady z literatury i analizowali np. powieściopisarstwo Prousta. Nie mówię już o istnieniu Polskiego Państwa Podziemnego w warunkach wojny i podwójnej okupacji przecież. Nawet więc w warunkach ekstremalnych Polacy potrafią chronić to, co najcenniejsze, czyli ducha narodu, a skoro my obecnie nie jesteśmy w warunkach wojny, okupacji ani obozu koncentracyjnego, to zwyczajnie nie powinniśmy się poddawać.
Darski w swoim komentarzu pod moim wczorajszym postem pisze:
„Oczywiście determinizmu nie ma, ale uważam, że działanie musi mieć sens, perspektywy, inaczej to jest samospalanie się bez rezultatu. W 1976 roku widziałem perspektywy, szybki upadek komunizmu i rozpad Sowietów, możliwość wpłynięcia na tchórzliwe i popierające komunizm zsowietyzowane społeczeństwo, teraz nie widzę prawie żadnych możliwości. Nie chodzi tylko, że okoliczności zewnętrzne są przeciw nam, ale o to, że sytuacja jest inna niż kiedy w 1915 roku zamykano w Kongresówce przed Kadrówką okna i drzwi, bo "nasi" przecież wycofali się do Rosji. Wtedy społeczeństwo było bierne, ogłupione i bezwolne jak dziś, ale nie istniała w nim wszechpotężna rosyjska agentura, która walczyć będzie na śmierć by utrzymać status quo. Naród istniał i POSIADAŁ WŁASNE ELITY. Dziś taka agentura istnieje i ma do dyspozycji środki techniczne - media - jakich kiedyś nie było. Społeczeństwo za elity uważa HOŁOTę, która zajmuje uprzywilejowane miejsce.
A zatem: naród stanowi 30 proc. społeczeństwa, agentura dysponuje miażdżącą przewagą, sojusz rosyjsko-niemiecki nie daje żadnych szans. Bez pomocy z zewnątrz nie jesteśmy w stanie nic zrobić, a jej nie ma.”
Być może, jeśli chodzi o kwestię wyrugowania agentury z polskiego życia społeczno-politycznego, to faktycznie, na razie nie dysponujemy wystarczającymi siłami ani wsparciem z zewnątrz. Darski zresztą od tegoż wsparcia uzależnia ewentualne zmiany:
„Działanie będzie miało sens, jeśli 1. dojdzie do wstrząsu w kraju, 2. sytuacja geopolityczna się poprawi w wyniku załamania się Rosji 3. będziemy mogli liczyć na pomoc z zewnątrz, jeśli sytuacja geopolityczna na tyle się zmieni, że będziemy potrzebni, 4. Agentura osłabi się w wyniku walk wewnętrznych.”
No ale przecież odbudowanie kultury, która nie ma charakteru postkomunistycznego, czyli rekomunizacyjnego, zacierającego granice między dobrem a złem, prawdą a fałszem, przyzwoitością a świństwem, normą a dewiacją – nie jest czymś, co byłoby dla nas poza zasięgiem. Przynajmniej na razie. Myślę, że stanowczo „przedemonizowana” jest rola mediów naszym kraju, zwłaszcza telewizji. Istnieją nie tylko osoby, które w ogóle bez niej żyją i mają się całkiem dobrze, ale i są osoby, które korzystają z telewizji bardzo wybiórczo, nie oglądając np. w ogóle kanałów indoktrynacyjnych, jak TVN24. Powiększa się grono osób, które nie biorą „GW” do ręki i sobie to chwalą.
Wiadome, że odkrywanie fasadowości obecnej rzeczywistości społeczno-politycznej oraz procesów rekomunizacyjnych, w których czynną rolę odgrywają (nomen omen) ludzie, którzy uważają się za „obalaczy komunizmu” - zachodzi wolno, nie z dnia na dzień. Majstersztyk pieriekowki dokonywanej za III RP polega wszak na tym, że nie wykorzystuje się już nowomowy komunistycznej, ale konstruuje się nowomowę „demokratyczno-wolnościową”, choć ani z klasycznie rozumianą demokracją, ani tym bardziej z wolnością nie ma postkomunistyczna Polska zbyt wiele wspólnego. Niektórym osobom zajmuje lata owo odkrywanie totalnego fałszu, jaki skonstruowano po „czerwcowych wyborach” '89, a proces ten przebiega tak powoli dlatego, że doprawdy ciężko jest tymże osobom uwierzyć, że do takiego fałszu mogło w biały dzień dojść. Osoby te tłumaczą sobie, że może owszem, kiedyś tam za bardzo powstrzymywano dekomunizację i rozliczanie czerwonych, może nieco pofolgowano zbrodniarzom i złodziejom, no ale nie „obalano” by chyba komuny po to, by na jej miejsce wprowadzać kolejne totalitarne państwo? To właśnie wielu osobom się wciąż nie mieści w głowie.
Nieraz wspominałem o zjawisku konwergencji, co do którego nie ma wątpliwości, gdy się obserwuje ustrój konstruowany na potrzeby superpaństwowej eurokracji. Ale o konwergencji należy też mówić w odniesieniu do ludzkich postaw. Tak jak bezpieczniacy upodabniali się do opozycjonistów w trakcie gier operacyjnych, udając radykałów, intelektualistów etc., tak też opozycjoniści z czasem nabierali cech bezpieczniaków i zamordystów. To jest prawdziwa katastrofa współczesnej Polski, wyrażana nieskrywaną pogardą dla obywateli, hasłami o tym, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, że społeczeństwo „nie dorosło do demokracji” itd. Warto przy tej okazji zauważyć, jak „walka z polskim kołtunem”, prowadzona z takim upodobaniem przez peerelowskie oświecone elity prosowieckie, znalazła swoją kontynuację także w postkomunizmie (i to niejednokrotnie w tekstach tych samych „oświeceniowców”). Jeśli bowiem chodzi o społeczną deprawację, to postkomunizm znakomicie wypełnia ideał leninowskiej (czy bolszewickiej) „wolnej miłości”, konsekwentnie propagując dewiacje seksualne i walcząc w ten sposób ze znienawidzoną, konserwatywną (czyt. burżuazyjną) moralnością.
W tej jednak materii, tj. w sferze deprawacji, projekt postkomunistyczny może odnieść skutek odwrotny od zamierzonego, a ponieważ stopień kontroli społecznej – jak na razie – nie jest porównywalny z inwigilacją i indoktrynacją peerelowską, to istnieją całkiem przyzwoite warunki do pracy nad duchowym odrodzeniem Polaków. Potrzeba do tego konsolidacji sił, wytrwałości, cierpliwości i zimnej krwi – i twardego głoszenia: postkomuna nie przejdzie. Pociechą jest to, że kultura postkomunistyczna, dokładnie tak samo, jak sowiecka, jest jałowa. Może jest krzykliwa, może ma klakę salonową, może nawet jest forsowana w programach szkolnych wśród lektur obowiązkowych, ale w swej istocie nie jest zdolna trwale zmienić polskiej kultury. Tak więc dokładnie tak samo, jak pozostawiliśmy za sobą śmietnisko socrealizmu (i najwyżej badamy je pod kątem psychopatologiczynym), tak śladu nie będzie po śmietnisku postkomunistycznym.
- Blog
- Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz
- 963 odsłony

