Przemówienie noblistki

Obrazek użytkownika wawel24
Kraj

0.

Gdy sięgam pamięcią w zaklęte rewiry czasu przeszłego z morza niepamięci niczym jakiś cud niepojęty wyłania się jak wyspa jeden obraz-wspomnienie. Dom na osiedlu, jeden z wielu i pod oknami stoi z zadartą do góry głową chłopak krzycząc: "Wyjdziesz?"

A ponieważ repetitio est mater studiorum , to powtórzę: Gdy sięgam pamięcią w zaklęte rewiry czasu przeszłego z morza niepamięci niczym jakiś cud niepojęty wyłania się jak wyspa jeden obraz-wspomnienie. Dom na osiedlu, jeden z wielu i pod oknami stoi z zadartą do góry głową chłopak krzycząc: "Wyjdziesz?"

1.

To wspomnienie mnie ukształtowało. W jego możliwe sensy wchodziłam jak Tezeusz do labiryntu. Zanim jednak opowiem o odysei moich reminiscencji, muszę oddać hołd temu, którego duch zebrał tutaj nas wszystkich - Alfredowi Noblowi. Ten wielki geniusz rodu ludzkiego wynalazł dynamit. I tym samym przyczynił się do rozwoju idei wszechwiedzącego narratora. Widzę zdziwienie w waszych oczach. Tak, to nie pomyłka. Wyobraźcie sobie, że staje przed wami śniady młodzieniec, wybraniec bogów, rozpina kurtkę a pod nią, jak pierścienie Saturna widnieje pas szachida z dynamitem. I w tym momencie przebiega wam przed oczami całe wasze życie - tak jakby je wam opowiadał wszechwiedzący narrator. Taki był właśnie, nierozpoznany do tej pory wkład Alfreda Nobla w rozwój technik literackich i medytacyjnych. Dynamit to wyburzanie. Jakie to płodne w skojarzenia, nieobliczalne, eksplodujące słowo - wyburzenie. Wyburza nas czas. Osuwamy się na matkę ziemię jak wielkie gmachy, które przestają być już użyteczne. Jednak tak jak i one, nie rozsypujemy się nie pozostawiając po sobie śladu. One zostają na starych planach miast. My, wysadzeni przez wybuchający jak na zwolnionym filmie dynamit entropii upływu czasu pozostajemy na planach, na mapach czyjejś pamięci, którą kiedyś zagospodarowaliśmy. Mówią, że dusza, nieśmiertelność nie istnieją. Istnieją. Są nieaktualnym planem zagospodarowania przestrzennego odłożonym do archiwum. Archiwum, które było w tym gmachu, który właśnie runął a teraz jest w wieczności. A wieczność to zbiorcza nieobecność wszystkich archiwów. A Bóg? Bóg to archiwista, który cudem uniknie śmierci w kontrolowanym wyburzeniu każdego z nas. Alfred Nobel dokonując wynalazku dynamitu wynalazł myśl o cudem ocalonym Bogu. Bóg ocalony swoim cudem, cudem Boga. Bóg do potęgi minus drugiej - tyle nam zostało. Ale nie dziękujmy za to Bogu, bo jest przecież ranny i nie może się śmiać. Zachowajmy tę tajemnicę dla siebie, jak wszechobecny, niepodległy żadnemu wyburzeniu tkliwy narrator. Narrator-separator. Wielkie, bezradne PONAD.

[oklaski gremium, audytorium i kapituły]

2. 

Serce.

[laureatka położyła dłoń na sercu]

Kto ma serce, może stać się serdecznym narratorem. Opowiadać sobie samemu świat ze wszechogarniającą miłością. Wręczać tę opowieść innym. Mieścić w swoim sercu wszystko. Nie jedną osobę, jeden naród, jeden kraj i jednego Boga. Wszystkie narody i ludy. I produkujące paciorki i nimi obdarowywane. I rzeźbiące i wysadzające Nobla dynamitem  rzeźby w powietrze. I nie tylko ludzi, ale też zwierzęta obserwujące i oceniające ludzi. Niech zagoszczą w moim sercu i komary roznoszące malarię zabijającą pół miliona ofiar rocznie. “Ofiara” - to dobry trop, ślad komarzego sacrum. Ten święty - jak wszystkie - owad kąsając daje życie chorobie, która składa ofiarę z ludzi. Jak nasi azteccy praojcowie, którzy dokonywali aktu ofiarnego wyrywając z młodej piersi serce. Utopiliśmy, wrzuciliśmy w abyss niepamięci tych naszych przodków wielkość w występku. Czasem występek wymaga wielkości i to jest właśnie transgresja, transwestytyzm aksjologiczny, wciągający jak pizza giuseppe - trans szamanów przekraczających granice. Jak uchodźcy, bez dokumentów, bez tożsamości w poszukiwaniu ziemi przyobiecanej wśród milczących rzesz istot ludzkopodobnych zamykających swe serca jak weki na wieczną zimę ich egocentryzmu. Ofiar jednego komara, są setki. On musi być sobą. Greta Thunberg, komar, modliszka zjadająca swego partnera podczas stosunku - wszyscy oni są połączeni wybraniem, powołani do zjednywania swoją transgresją, transgrethią przychylności wyższych mocy dla ocalenia swojego gatunku. Oni składają te ofiary na ołtarzu przetrwania swego gatunku. Ofiar nie składa byle kto. Ofiary składa celebrans. Musimy wiele złożyć w ofierze, by ocalić naszą matkę ziemię. Azteccy kapłani wyrywali serce, być może przestępcom i wtedy byłoby to ocaleniem prawa. Może wydawali taki wyrok na tych, którzy już wtedy zaprzeczali zmianom klimatu.

3.

Ale jest też inne wyrywanie serca. Jak to, o którym mówi znana pieśń “Serce w plecaku”: “Z młodej piersi się wyrwało / W wielkim bólu i rozterce / I za wojskiem poleciało / Zakochane czyjeś serce / Nad żołnierza nie masz pana / Nad karabin nie ma żony.” Widzimy tu negującą humanizm - pochwałę wojska, wojny i militaryzmu. Pochwałę zabijania dla dobra jakichś wyimaginowanych narodów, ojczyzn. I pochwałę miłości, czyli emocji dyskryminującej kobiety, a może i dyskryminującej obie strony, bo narzucającej im więzi uczuciowe niszczące wolność i transgresję zdrady oraz odkrywania nowych możliwości pozamałżeńskich. Miłość do żołnierzy, miłość w ogóle, atrakcyjność munduru - wszystkie chcą nam wyrwać serce w złym, prywatnym celu. Nie tak wyrywali kapłani azteccy, nie tak wyrywa się - Szanowna Akademio - moje serce ku smutkowi, gdy widzę cierpiący glob ziemski a na nim cierpiące istnienia, muszki, komary, piranie i przypominające sondy kosmiczne arcydzieła konstrukcji, jakimi są bakteriofagi. W okrutnym akcie ofiarno-płciowym modliszki jestem jednak po stronie samicy konsumującej samca. Modliszka składa ofiarę z ojca swego dziecka, z partnera i ojca. Jest to symboliczne zniszczenie patriarchalizmu i smakowity hymn emancypacji kobiet. Ojciec ginie, ale i dziecko nie jest przecież takie ważne. Może je adoptować przecież para męskich modliszek albo komarów. Nie śpiewajmy więc nigdy złowrogich słów: “za mundurem panny sznurem”. Zaintonujmy pieśń nowej epoki ponadnacjonalnej: “Za komarą panny chmarą”.

4.

Ważny jest moment aktu, chwila spełniania chwili, palące światło zarania bytu - zjednoczenie przeciwieństw, podczas której to koniunkcji jedno z nich ginie na ołtarzu planetarnej miłości. To tak jak treść i forma. Niby kopulują, ale w rezultacie zawsze albo treść, albo forma bierze górę. W literaturze dawnej, dawno już zwietrzałej treść pożerała formę. Dzisiaj, w czasach nowych, czasach globalnego wszechnarratora - dzisiaj forma pożera treść. Wszystkie treści zdemaskowaliśmy jako skryte dążenie do panowania - została naga forma naszej tkliwości, czułości, świętego, bezprzedmiotowego wzruszenia. Chwilowe zmarszczenie powierzchni wszechoceanu powiewem oczekiwania na początek, który wita się już z końcem, na koniec żegnający się z początkiem. Czucie gasnącego odczuwania. I czuć to ciut-ciut - jest wszystkim. Czuć “wespół w zespół”: By panowania “żądz moc móc zmóc”.

5.

Wrócę teraz do ikonologii mojego pierwszego wspomnienia, które zaważyło na losach mojej duszy, jak CO2 na przyszłości Matki Ziemi. Ten chłopak stojący pod blokiem i krzyczący: “Wyjdziesz?” jest w moim centrum reminiscencyjnym jak grzyb atomowy na spowolnionym tysiąckrotnie kadrze. Wciąż rośnie, obrasta w znaczenia. Raz ja tkam tę sensu sieć, raz ona mnie. Chłopak niepozorny, przypadkowy członek ludzkości, którego trzepot skrzydeł motyla w Patagonii rzucił na tę polską, skrwawioną niewolniczą niedolą ziemię. Nie krzyczał do mnie, wołał do kolegi, do towarzysza młodzieńczych zabaw, psot, cnot, transgresji i recesji. Spróbuję rozplątać ten arras sensu.

6.

“Wychodzisz?” Cóż każda z waszych, wrażliwych dusz może w tym jednym słowie usłyszeć, “wysłyszeć”? Nie wiem, nie znam was, waszej linii dizajnowej zycia. Nie znam pierwszego sezonu serialu waszego życia. Mogę mówić tylko jako ‘ja”.

Usłyszałam więc wtedy i w tysięcznych echach aż do dziś słyszę w tym jednym słowie potoki chrześcijańskiej empatii. Empatii jednak nie nachalnej, lecz pełnej czulości. “Wyjdziesz?” Tak mógł zakrzyknąć św. Franciszek do Słońca o świcie, niepewny, czy Helios przebije się przez średniowieczny smog. Słyszę też wezwanie do wyjścia nie tylko poza próg mieszkania i klatki schodowej - lecz do wyjścia poza granice swojej osobowości, do transgresji. Ta stercząca na środku osiedlowej drogi postać z zadartą glową jest dla mnie jak atom w epicentrum ludzkiej samotności, jak dowód tego, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą - dopóki pyta i woła.

Schodząc w głąb tej studni archetypów wypalonej na kliszach mojej pamięci dostrzegam aluzyjny wyraz współodczuwania z wszystkimi uwięzionymi na całym świecie. I to nie tylko z tymi niewinnie odbywającymi karę, lecz głównie z tymi, co zbłądzili, bo jak powiedział Papież Franciszek, tam, gdzie nas nie ma, tam jesteśmy, bo może kiedyś tam będziemy. To głęboko chrześcijańskie.

‘Wychodzisz?” - to pytanie, jak wszystkie zresztą pytaia, zadane i nie zadane, lecz tylko pomyślane lub odczute albo wyśnione. Pytanie oddające pragnienie wszechobecnego narratora, tego, który zna wszystkie odpowiedzi, pragnienie czule przez niego szeptane do nas, byśmy wykroczyli poza zaściankowy, idywidualny punkt widzenia.

‘Wychodzisz?” - to zagadka, tajemniczość chwili, nie szukanie łatwych rozwiązań. To także zrezygnowanie z pośrednictwa pisma, dzielenie się bezpośrednim przeżyciem. A w aspekcie energetycznym to apoteoza pędu, parcia do działania, odkrywania, duch wagabundów, Casanowy i Newtona. Ukryty przekaz, który słyszałam już wtedy, choć jego treść jeszcze nie istniała. Przekaz, który skrywała sama modulacja głosu krzyczącego młodziana. Ten zaśpiew jak u tyrolskich górali - czego odkrycie poraziło mnie parę lat temu - to oddanie honoru małym ojczyznom, takim jak Tyrol i docenienie zrównoważonego rozwoju.

‘Wychodzisz?” - jedno jedyne słowo. Słowo powołujące do bytu czyjąś gnuśność, słowo stwarzające z nicości lenistwa, logos, ewangelia Jana.

7.

Krzyk z głową uniesioną do góry, piękny symbol egzystencji w świecie postnieztscheańskim, w świecie bez Boga, ale przepełnionym jego pragnieniem, przynajmniej u tych, którzy zadzierają głowę do góry bez pewności odzewu.

Krzyk “Wychodzisz?” to także podróż do źródeł literatury. Gdy jego niewidoczny, ledwie domyślany towarzysz odpowie: “Odwal sie!” to mamy tu narodziny tragedii greckiej z ducha chamstwa. Gdy odpowie: “Jasne! Wychodzę!”, mamy tu obraz tego jak powstaje solidarność ludzka, ktora później - rosnąc w siłę - obala mury i przeskakuje płoty.

Ten przechodzień, “przechodni półcień”, jak życie u Szekspira, drze mordę. Mordę drze publicznie - a więc jest to indywidualna decyzja, by inni usłyszeli to wołanie, czujemy w tym ducha internetu, “cały świat materią sztuki”, street art, interaktywność z obojętnym otoczeniem, dialogiczność, Buber.

  8.

Ten kto krzyczy, nie wie gdzie pójdą, nie ma pomysłu - jest to jakby pochwała głupoty Erazma z Rotterdamu, dźwięczy tu w tle, teologia negatywna Dionizego Areopagity i duch Amundsena, bo krzyczącemu już ręce marzną od stania na mrozie, a nie wziął ze sobą fajek.

 

 ‘Wychodzisz?” - ten pozornie i przezornie prosty komunikat otwiera w nas wieżę Babel hipotez o labiryncie Minotaura potencjalnych gier interpersonalnych rodem z podziemnego świata Dostojewskiego, bo może ten ktoś krzycząc “Wyjdziesz?” liczy na negatywna odpowiedż: ‘Nie wychodzę!”, bo da mu to możliwość władowania się na chatę do tego kogoś zwodnie proszonego o wyjście? Byłby to więc podręcznikowy obraz rytuału społecxznego, wieloaspektowej gry pragnień niewypowiedzianych i wstydu nieśmiałych uczuć ogólnoludzkich niepodsycanych żądzą heteropłciową.

 

Ta sylwetka chłopca przemykająca z wieczności w wieczność, wietrznością stymulowana jak figurki na śpiewających samotność płótnach Utrilla, ta sylwetka ma siłę człowieczego symbolu. Nabieram z krynicy pamięci chochlą skojarzeń zaklęte w tej krzyczącej figurze odwieczne symbole. Widzę pragnienia i myśli tego Krzyczącego, że jego kolega w ciepłym mieszkaniu nie pozna się na tym, że on chce się do niego władować, widzę jego nadzieję, że kumpel nie wyrzuci go za wcześnie, nie wrzuci go po heideggerowsku prosto w nieprzytulny byt. Wyczuwam czułkami czułości miłość Krzyczącego do bohaterów wielkich eposów ludzkości i siłę wyzwania rzucanego swojemu losowi. Tak oto transcendencja jednoczy ludzi mimo małości ich dusz. Dusz kombinujących bardziej niż Odyseusz i Eneasz, a nawet bardziej niż przemyślny Prometej.

 

To oczekiwanie na to, czy uchyli się okno wołanego, czy okna zdenerwowanych wrzaskiem sąsiadów ma siłę serialu, nieokreśloność poezji i precyzję magii. To wezwanie jest ponad granicami gatunków literackich, rozwiązuje wręcz je w śmiałym rzucie rewolucji formalnej. Zew jako wszechforma epicka.

9.

A mógł zawołać banalnie: “Potowarzyszysz mi?”. Wybrał jednak formę leksykalną nawiązującą do drzwi, do wychodzenia przez drzwi (bo przecież nie przez okno), czyli odwołał się ten twórca art brut do konkretu, do materii, bez której przecież forma żadnego czynu nie moglaby zaistnieć, jak też i dzieła.

Pochylmy się bardziej nad tą, a nie inną leksyką zawołania, które uwiodło moją duszę na odległej, mglistej wyspie dzieciństwa. Krzyknął “ Wyjdziesz?”, a nie ‘Wyłaź! Wyłazisz, czy nie?”. Są słowa dyskryminujące i odbierające wolność, są też słowa gwarantujące człowiekowi jego czlowieczeństwo. W tej horacjańsko skrótowej, wykrzyczanej deklaracji mlodych, niewinnych jeszcze intencji mamy presję wykrzyknikową entuzjazmu i presję pytajnikową. Te dwie presje czają się jednak nieznacznie na przyrodzoną wolność. Całkowity brak dyskryminacji i święte prawo wolności bylyby tylko wtedy zachowane, gdyby autor mruczał sobie pod nosem: wyjdziesz, czy nie wyjdziesz, mi to zwisa, *u* z tobą. I do takiej czystości intencji i klarowności przekazu powinniśmy dążyć, chociaż pogodzić musimy się z tym, iż wtedy naszych próśb nikt nie usłyszy. Nikt, poza ciszą…

 

10.

Spójrzmy na tę scenę wielkiego theatrum świata jak na obraz dziewczynki z zapałkami, ale bez pieniędzy na fajki, albo jak na symbol kondycji człowieka i człowieki w ponowoczesnym świecie, ale do tego trzeba nam optyki czwartego narratora, uwzględniającego wszystkie punkty widzenia, zaczepienia i wkręcenia. Narratora patrzącego oczami sąsiadów słyszących krzyki, czującego nerwami dozorczyni muszącej jutro rano pozamiatać te rzucone kapsle od piwa, słyszącego spłoszony krzyk ptaków, nb. ileż owadów uszło z życiem , gdy krzyk chłopca poderwał ptaki, iluż psom te owady uprzykrzą później życie, może ktoś pociągnięty przez naprężoną smycz swojego ulubieńca ugryzionego przez insekta nie zjedzonego wtedy przez ptaka zostanie wepchnięty śmiertelnie na śliskiej jezdni pod samochód, którym będzie jechał lekarz, który przed chwilą uratował komuś życie, komuś, kto został raniony kulą policyjną, bo zamierzał wysadzić się w autobusie, w niemym proteście przeciwko mądrości jednych a głupocie drugich. Lekarz zabójca ratujący niedoszłego mordercę - może tym właśnie jest… Bóg? “Wyjdziesz?” - ten jeden krzyk co zabił duszę kogoś kto ocalił życie jednemu, by uśmiercić drugiego, ten krzyk byłby jak dowód na nieistnienie Boga, albo jak pytanie pod adresem diabła brzmiące: Czy ty naprawdę istniejesz tylko w połowie, tylko w narracjach najwierniejszych i najbardziej opętanych? Na te pytania nie odpowie nam nawet wszechobecny narrator, bo i jego czasem nie ma w domu, bo i jemu przecież ktoś wymyślił język, i on przyszedł na gotowe, bo nie było go przecież, gdy pierwsza nieludzka małpa zamiast walnąć kamieniem w kokosa - zobaczyła w nim kamień filozoficzny i tym samym została wykluczona ze wspólnoty walczącej o wspólnotę wszystkich narodów z wszystkimi narodami, tak jak i my dzisiaj wykluczamy naszych dobroczyńców płynących do naszego serca łodziami niepewności, dobroczyńców, gdyż pozwalają nam dokonać transgresj nieludzkich granic, odgradzających nas od wszystkich uchodźców ze świata oczywistości, nomadów boskiej nomadii, biegunów diabelskiej biegunki. Dziękuję. Hau, hau!

 

[zrywa się burza oklasków, które Noblistka ucisza ruchem dwóch tylko palców, niczym Atena kiełznająca Centaura]

 

Pozwolisz Szanowna Publiczności, że dodam jeszcze kilka zdań. Co nami kieruje, kiedy skończymy mówić to, co chcieliśmy powiedzieć i wypowiadamy zdanie: “I jeszcze chciałem dodać…”?

“I jeszcze” - magiczny zwrot, zaklęcie rytu płodności złożone z dwóch słów. Czy dodatek “jeszcze” jest niezbędny? Nie, proszę państwa. Magię spełnia już samo słówko “i”. Najniezwyklejsze słowo świata. Gdzie tam równać się z tym arcydziełem zwięzłości i pleromą treści tym wszystkim rozwlekłym “też”, “także”, “zarówno”, “oraz”. “I” jest ponad każdym słowem. “I” nas stworzyło i nas schowa. “I” nigdy się nie zatrzymuje. “I” - kwintesencjo otwartości, burzycielko granic. “I”, wszechobejmująca miłości, dodawaj nas bez końca i mnóż, buduj i burz, gdy w miejscu zwanym Har-Magedon najlepsi z nas, “Mistrzowie Otwarcia” zejdą się w wielkiej wspólnocie milości, by wołać jeden do drugiego do samych siebie “i!”, “iii!”, “ii!-iiii!!”. Nie “ihaha!”, co zresztą też jest pięknym zwrotem oddającym paszczą dźwięk radości istnienia każdego osła, łącząc w sobie sygnaturę miłości pod postacią “i” z literową ikoną śmiechu “haha”. Miłość zjednana ze śmiechem daje głos osła a wartość liczbowa osła w przemądrej gematrii to przecież “wszechobecność” i “dusza Adama”. Gdy założymy, że koń jest symbolem XX w. a muł XIX i dodamy do tego gorączkę inspiracji gematrycznych, to oczom naszym ukaże się wiek XXI i jego wszystkie tajemnice, którymi są - wymieniając synchronistycznie z siedmioodcinkowym serialem stwarzania świata - wielka…

 

[tu brutalnie zatrzymuję swoje pióro, powstrzymuję spisywanie tekstu z kart apokryfu, który dotarł do mnie w ostatnich dniach. Powstrzymuję, gdyż zauważyłem, że obcowanie z przemówieniem noblistki zaczyna doprowadzać do degeneracjii mojego mózgu. Nie mogę dopuścić, żeby jakieś idiotyzmy w szacie mowy artykułowanej rozmywały mój mózg i mózg czytelnika.

Mózg jest nam dany przez Boga jako racjonalny instrument poznania świata - trzeba go pielęgnować, chronić i rozwijać na sposób ludzki podając mu prawdziwy, treściwy i sycący pokarm dla umysłu a nie atrapy i złomowiska orientalno-infantylnych konceptów.

Prawdziwy tekst zrodzony przez europejski umysł musi być podporządkowany triadzie Dobro, Piękno, Prawda i w ich świetle zrodzonej idei przewodniej tekstu, jego przekazowi i przesłaniu. Jeśli tego brak, to mamy do czynienia ze standardami nieeuropejskimi.

 

Jako reprezentanci łacińskiej kultury nie możemy sobie pozwolić na degenerację naszych mózgów i unikalnej, klasycznej kultury poprzez nieopatrzne wydanie ich na oddziaływanie tworów, wytworów i półfabrykatów niewiadomego - bo na pewno nie łacińskiego - pochodzenia. Tym, co tu nas atakuje jest “nic-kultura”, kultura nihilistycznych, infantylnych, histerycznych osobowości nie zdolnych do tego, by poznać samych siebie i swoją nijakość.

Wydaje mi się, że już od teraz - nie w jakimś nieokreślonym czasie - muszą się zebrać wszyscy artyści, krytycy sztuki i jej miłośnicy posiadający jeszcze mózg z nierozmytymi strukturami łacińskiego sensu i odporny na degenerację logosu oraz rozpoznający ją w miarę szybko. Zebrać się, stworzyć krąg etnicznej, polskiej i łacińskiej kultury i sztuki (portale, wydawnictwa, teatry, konkursy ogólnopolskie, audycje na Yotube i CDA, plany związane z kanałami radiowymi i TV etc.). Trzeba ogłosić publicznie inicjatywę zawiązania się kręgu kultywującego łacińską i etniczną polską sztukę i kulturę, Intensywnie budować polis sensu, zgłosić inicjatywy ustawowodawcze, przegłosowanie których ukaże opinii publicznej, które środowiska są przeciwne promowaniu łacińskiej kultury wbrew kulturze apatrydów duchowych. Posłowie muszą się zająć bilansem i monitorowaniem wydatków budżetowych na kulturę marnotrawionych w większości na obcą (”pawiem narodów byłaś i papugą”) NIC-KULTURĘ.  Na początek co najmniej 50% infrastruktury (związane z kulturą budynki użyteczności publicznej), czasu antenowego i środków winno być kierowanych do gospodarzy tych ziem. Bez podjęcia zdecydowanych działań entropia kultury i tożsamości narodu erodowanych przez NIC-KULTURĘ będzie postępowała.]

 

=====================================

UZUPEŁNIENIE:

 

https://rzadwygnanyrp.wordpress.com/2018/09/18/gorgona-picnic-czyli-doskonala-jednosc-tresci-z-forma/

https://rzadwygnanyrp.wordpress.com/2018/08/08/gwaltu-rety-frljic-sodoma-i-gomora-nie-to-tylko-logika/

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.4 (głosów:4)

Komentarze

 zamieszczę jako lekką dygresję trochę nie na temat (a może na temat?):

– Miikoołaj!, Mikołaj!, Miiiikoooołajjjj!!!

Na piątym piętrze firanka się odsunęła i rozległo się:

– Co oooo!

– Wyjdziesz na podwórkoooo!

– Dooobraa!

– A kiedy!

– Zaaaraz! Jak lekcję skończę!

– To kończ szybkoo!!!

– Dobraaa!

– i weź coś do jedzenia!

– nooo!

Mikołaj ma babcię w domu i ona go lekcjami katuje ale robi fajne kanapki ze smalcem i ogórkiem.
U mnie zanim rodzice nie przyjdą to mam czas żeby coś porobić.

Kurtka na wacie, ile będę na tym trzepaku wisiał, przecież sam w kapsle nie pogram; przegrywać samemu z sobą to bez sensu.

No dobra, zrobię nową trasę, bo stara się trochę starła. Najlepszy fragment chodnika niestety zajęły dwie dziewuchy i grają w gumę, ale nic to – zrobię etap górski to znaczy wjedziemy do ogródka na glebę, będzie ciekawiej. W drugim końcu jakieś gówniarstwo w chłopka skika. Nigdy nie wiedziałem o co chodzi w tym chłopku, jakaś durnota, pogonię małolatów, bo mi trasa ni jak się nie mieści.

Z tymi dziewczynami to się dogadać nie można, jakieś obrażalskie są. Kilka dni temu pozwoliły mi pograć ze sobą w gumę. Nie powiem fajna gra, Jolka ma niezłe nogi, ale jak Kindze strzeliłem gumą w gołą łydkę to się obraziła i namówiła koleżanki żeby ze mną nie grały. Nie to nie, jeszcze będą się o coś prosiły to guzik dostaną.

Teraz grają we dwie a śmietnik robi za trzecią. Nie chcą ze mną to niech ze śmietnikiem grają.

http://naszsalon24.org/2017/01/22/cielece-lata-1/

Pierwszy tekst z serii "cielęcej". Czasy które minęły i już nie wrócą. Wspominam jako normalne i zdrowe dla psychiki dziecka.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-2
#1614869

...to potworny bełkot. Nie wiadomo o co w nim idzie. Przecież to zwięzłość jest miarą talentu.
Wyobrażam sobie jak trudno było to tłumaczyć na inne języki i co wyszło z tego tłumaczenia. A jednak brawa były... Co za czasy !

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Verita

#1614910