Dla tych, co nie chcą zgłupieć...

Obrazek użytkownika wawel24
Kraj

Racjonalną politykę zagraniczną zawsze warto rozpoczynać od sformułowania dalekosiężnej, wielowektorowej strategii, która – z uwzględnieniem aktualnej bądź możliwej do przewidzenia dynamiki geopolitycznej – w najlepszy sposób zapewni państwu bezpieczeństwo oraz optymalną realizację interesów politycznych, tożsamościowych i gospodarczych jego obywateli.

O ile wypracowywanie takiej strategii warto (zgodnie z zasadami kontradyktoryjności i konkurencyjności) powierzyć nawet kilku zespołom ekspertów, o tyle już nad przygotowanymi przez nich propozycjami powinna odbyć się debata publiczna, nie unikająca też szerszych, pogłębionych konsultacji społecznych. Natomiast przyjęcie finalnej strategii jako programu działania resortu spraw zagranicznych państwa powinno być możliwe dopiero po uzyskaniu wyraźnej zgody większości, np. w ogólnonarodowym referendum. Zgodnie z dewizą nic o nas bez nas.

Na Zachód marsz!

Nietrudno zauważyć, że właściwie wszystko, co działo się w tym zakresie w Polsce po roku 1989, a zwłaszcza po roku 2001, odbywało się jednak mocno inaczej. Owszem, warto pamiętać, że w ostatniej dekadzie minionego stulecia Polska wychodząca z komunistycznej opresji nie miała w zasadzie wyboru, więc zmiana orientacji na zachodnią była do pewnego stopnia bezdyskusyjna, a dość szeroki konsens społeczny na przystąpienie do integracji europejskiej i na członkostwo w NATO – niejako domyślny.

Nie znaczy to bynajmniej, że nie było w kraju środowisk wyraźnie niechętnych biurokratycznie sformalizowanej jedności z Europą. Tym bardziej że już pod koniec lat 90. skutki niekorzystnego dla Polski traktatu przedakcesyjnego dawały znać o sobie, ale „pozyskanie” dla idei integracyjnej krajowych środowisk opiniotwórczych – czyli ludzi mediów, naukowców, artystów, celebrytów, części polityków, a nawet niektórych hierarchów Kościoła katolickiego – wreszcie sprytne przyczajenie się postkomunistów, którzy już zaczęli przymierzać szatki eurokratów z Gramscim i Spinellim w tle, skutkowało tak poważną przewagą medialną, iż w dwudniowym referendum w czerwcu 2003 roku decyzję tę skutecznie przepchnięto. 

 

Postkomuniści (należałoby ich raczej nazwać eks-właścicielami Polski Ludowej), tak ochoczo sprzyjający integracji europejskiej, oponowali z kolei przeciwko przystąpieniu Polski do NATO. Była to jednak z ich strony raczej demonstracja niż realny opór, jeżeli pamiętać, że część oficerów z peerelowskich służb już od 1990 roku współpracowała z Amerykanami, a nieco później Leszek Miller odegrał istotną rolę przy sprawie pułkownika Kuklińskiego.

 

Anachroniczny Giedroyć, chybiony prometeizm

Jeśli nawet uznać decyzje o uczestnictwie w tych dwóch strukturach świata zachodniego – europejskiej i euroatlantyckiej – za podjęte racjonalnie, bo zasadniczo z pożytkiem dla narodu oraz państwa mającego być polityczną emanacją suwerena, to już np. szczegółowa konkretyzacja relacji Rzeczypospolitej z państwami sąsiednimi, w tym z Niemcami i Federacją Rosyjską, ale również z Ukrainą, Litwą czy Białorusią po roku 1989 odbywała się w ramach dyskretnej polityki gabinetowej i z oszczędnie dystrybuowaną prawdą o braku symetrii w korzyściach odnoszonych przez obie strony.

 

Po męsku rzecz ujmując, zarówno pozbawiony krztyny politycznego rozsądku prometeizm w relacjach z Białorusią Łukaszenki, jak i nader kunktatorska miękkość wobec Litwy czy Ukrainy, za każdym razem skutkowały jedynie pogorszeniem statusu mieszkających tam Polaków, przywilejami dla osób narodowości litewskiej i ukraińskiej w Polsce oraz dość ostentacyjnym lekceważeniem Rzeczypospolitej przez Wilno czy Kijów. Próba mechanicznego nawiązywania do federacyjnych konceptów Giedroycia byłaby w swym anachronizmie nawet zabawna, gdyby nie cierpiała na tym powaga polskiego państwa oraz interesy tamtejszej Polonii. Opowieści o korzyściach z istnienia stref buforowych w czasach, gdy agresywne mocarstwa dysponują transkontynentalnymi środkami przenoszenia broni nuklearnej, a granica z obwodem Królewieckim jest faktem, rodzi pytanie o zwykły ludzki rozsądek autorów naszej polityki wschodniej po roku 1989. No, chyba że cele deklarowane nie mają nic wspólnego z rzeczywistą strategią operatorów MSZ.

 

Głęboko niepartnerskie pozostają również stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi czy Izraelem, o czym nader wyraziście mogliśmy się przekonać szczególnie w ciągu kilkunastu minionych miesięcy. Owszem, ostatnio pojawiły się sygnały sugerujące przyhamowanie tych tendencji, ale nie da się ukryć, że stało się to dopiero po marszu i manifestacji z 11 maja oraz na krótko przed istotnymi w tegorocznym kalendarzu politycznym wyborami do Parlamentu Europejskiego. Trudno zatem nie traktować tych quasi-pojednawczych gestów jako próby gaszenia lekkomyślnie wywołanego pożaru. Zbyt wiele było już jawnie manifestowanej wrogości bądź interesownie potraktowanej napastliwości – pozostających zresztą w całkowitym rozbracie z prawdą! – by teraz znów uwierzyć w szczerość takich deklaracji czy dobre intencje ich głosicieli.

 

Geopolityczna huśtawka bezpieczeństwa

Dla krajów, które wyszły z bloku sowieckiego, przystąpienie do Unii Europejskiej, zwłaszcza z perspektywy tamtej pamiętnej Jesieni Narodów ’89, wydawało się nieść same korzyści. Mniejsza już o to, że miraże członkostwa w klubie bogatych państw Zachodu okazały się w znacznej mierze przesadzone, ale co gorsza przyjęty w grudniu 2009 roku traktat lizboński, czyli w istocie nieco okrojona konstytucja europejska pod zmienioną nazwą, przeniósł uczestników integracji do innej rzeczywistości: może i bardziej realnej dla państw największych, lecz zdecydowanie mniej korzystnej dla krajów mniejszych i średnich.

Polityczna hegemonia Niemiec i (w mniejszym stopniu) Francji, z „demokratycznym listkiem figowym” Parlamentu Europejskiego stała się brukselską codziennością. Kryzys Grecji zwabionej do strefy euro, miliony nachodźców „zaproszonych do Europy” przez kanclerz Merkel, antropologiczna rewolucja gender/homo/pedo/zoo, czy wreszcie czołganie brytyjskich Brexiterów to tylko niektóre dobitne przykłady, że Unia Europejska śpiesznie odchodzi od dziedzictwa i różnorodności tradycyjnej Europy Narodów. Toteż nie ma żadnych dobrych powodów dla unikania debaty o sensie i sposobie dalszego pozostawania Polski w tym z dnia na dzień dziwaczejącym gremium.

 

Podobne rozczarowanie przyniosło członkostwo w NATO, o które Polska tak mocno zabiegała. Prócz uczestnictwa w kilku regionalnych wojnach, niejednokrotnie prowadzonych pod mylącą nazwą, a jeszcze częściej pod mistyfikującymi realne cele hasłami, dopiero po kilku dobrych latach okazało się, że nasz status w sojuszu nie daje nam pełnych gwarancji bezpieczeństwa, bo dyskrecjonalne porozumienie między mocarstwami honoruje imperialne uroszczenia Federacji Rosyjskiej do strefy wpływów w kształcie z czasów sowieckich.

 

Wyrazistą ilustracją naszej pozycji na geopolitycznej huśtawce bezpieczeństwa było cokolwiek żenujące widowisko pn. tarcza przeciwrakietowa. Labilność stanowiska naszych nominalnych sojuszników przekonująco dowiodła, że poziom bezpieczeństwa polskiego państwa pozostaje każdorazowo funkcją aktualnych stosunków Stanów Zjednoczonych z Rosją. Że jesteśmy tylko kartą przetargową albo, precyzując, zakładnikami polityki mocarstw.

 

Fort Trump i szafa po Geremku

To z pewnością nie była dla Polski wiadomość dobra ani przyjemna. Może dlatego część polskiej sceny politycznej zaczęła skłaniać się do poglądu, że bezpieczeństwo Rzeczypospolitej może zagwarantować jedynie stała obecność wojsk amerykańskich na naszym terytorium. Inaczej, że gwarancją pomyślności Polaków we własnym państwie pozostaje ów emblematyczny Fort Trump.

 

Wiadomo wprawdzie, że w polityce, także z przedrostkiem „geo”, obowiązują najprostsze, elementarne prawidła zdroworozsądkowe, a nawet podwórkowe, w rodzaju: „umiesz liczyć – licz na siebie”, „broń swoich interesów, bo nikt za ciebie tego nie zrobi”, „trzeba się umieć postawić”, „raz ustąpisz, już zawsze wsiądą ci na kark”. Mając jednak świadomość, że ostateczną instancją w tej sferze ludzkiej aktywności jest siła lub groźba jej użycia, a Polska zmarnowała ćwierćwiecze niezłej geopolitycznej koniunktury i na prawdziwą podmiotowość się niestety nie wybiła, byłem nawet skłonny (choć bez entuzjazmu) takie rozwiązanie zaakceptować. Gdy jednak pojawiły się wyraźne sygnały, że owa obecność militarna USA w Polsce jest uzależniona od realizacji majątkowych roszczeń żydowskich, dodajmy, roszczeń absolutnie nienależnych i na horrendalną, grożącą utratą narodowego dziedzictwa skalę, to rozbudzone wcześniej wśród części rodaków apetyty na ów przysłowiowy Fort Trump, odeszły raczej w siną dal.

 

Administracja amerykańska odwrócenie wektora tradycyjnie proamerykańskich sympatii u Polaków chyba zauważyła, tym właśnie tłumaczyłbym ostatnie pojednawcze gesty i wystąpienia ambasador Mosbacher. Ale to już zmartwienie Donalda Trumpa. Mnie bardziej idzie o to, żeby rządzące Polską kolejne ekipy wzięły sobie wreszcie do serca elementarne zasady prowadzenia polityki zagranicznej. Na początek warto byłoby przygotować przemyślaną, niebezalternatywną, więc wielowektorową strategię działania w interesie narodu polskiego i – co ważne – nie wbrew jego woli.

 

Narzędziem służącym realizacji własnych celów w relacjach z innymi państwami pozostaje dyplomacja, czyli resort spraw zagranicznych. Politykę kadrową, w tej przechowalni po Skubiszewskim i Geremku, trzeba prowadzić znacznie odważniej, bo do nowych zadań potrzebni są nowi ludzie. Stare, wciąż jeszcze popeerelowskie kadry (mocno zaznacza się tu zjawisko dynastyczności) prowadzą politykę, którą z większym uznaniem niż Polacy witają obywatele innych krajów i narodowości. To nie jest zdrowa sytuacja.

 

Składową efektywnej polityki zagranicznej jest dobra współpraca z dyplomatami innych państw. Nasi rządzący zdają się jednak nie wiedzieć, że dysponują instrumentarium, które umożliwia im wpływ na obsadę placówek innych państw w Polsce. Żartowałem tylko, oni oczywiście znają te narzędzia, inaczej nie byliby tam, gdzie się właśnie znajdują, tyle że do ich ewentualnego wykorzystania podchodzą z zastanawiającą nieśmiałością. Może mają nawet ku temu jakieś swoje powody, ale na tym traci Polska. Wszyscy tracimy.

 

Postscriptum

Agresywne zachowania dyplomatów dowodzą, że obsadzono ich w złej roli. Ale mizdrzenie się też do dyplomaty nie pasuje. W razie, gdy zachowuje się tak przedstawiciel słabego państwa wobec mocarstwa, można zasadnie mówić o tzw. murzyńskości (copyright Radosław Sikorski). W przypadku, gdy do takiej metody ucieka się dyplomata mocarstwa, mamy ewidentnie do czynienia z interesowną hipokryzją."

pierwodruk: „Tygodnik Solidarność” nr26 (1591)

Autor: Waldemar Żyszkiewicz

===============================================================

[Dwa dni temu ukazał się na S24 b.ważny tekst. Wisiał ponad dobę na SG - potem nagle zniknął w Hadesie archiwum, może z powodu awarii... Administracji. Inne teksty - do pięt nie dorastające nieskładne impresje - wiszą nadal, wiszą po 7-9 dni. Co ma wisieć, nie utonie... Powyżej przytoczyłem ten tekst oraz dyskusję pod nim, która się rozwinęła i została nagle ucięta]

 

 

============================

 

 

KOMENTARZE 

 

POLFIC

2 września 2019, 20:48

11

12

Próbujesz znaleźć jakieś rozwiązania. A ja złudzeń się pozbylem. Rządzą nami ludzie, którzy kaste sedziowska chcieli pokonać przy pomocy pocztówek i małej Emi. Nie widzę żadnego powodu żeby nie zakładać że w innych ministerstwach funkcjonują ludzie o takiej samej hmmm... klasie i inteligencji.

Efekty po prostu widzimy.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

2 września 2019, 21:07

14

3

@POLFIC Kadry przede wszystkim... Polityka kadrowa PC --> PiS od zawsze kulała. Co do sytuacji w MS, to akurat nie jest efekt złego naboru współpracowników, lecz raczej skutek braku dostatecznej lustracji kadr (w szerokim sensie słowa) po przejęciu władzy. Pępowina łącząca III RP z PRL-em wciąż jeszcze domaga się przecięcia.

 Odpowiedz   

 

 

mucha.na.szybie

2 września 2019, 21:03

8

4

Niestety, wszystkie liczące się - ze względu na liczbę zwolenników - ugrupowania w Polsce mają wspólny cel. Napisałem "niestety", bo jest nim wyłącznie wygranie wyborów. Podaje Pan zresztą jeden - bardzo niepokojący - przykład starań o jego osiągnięcie.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

2 września 2019, 21:22

14

2

@mucha.na.szybie Owszem, myślenie w kategoriach zdobycia i utrzymywania mandatu władzy, czyli od wyborów do wyborów, jest jednym ze skutków demokratycznych procedur osiągania władzy, czyli kadencyjności oraz konieczności zabiegania o popularność wśród elektoratu. Tak realizowana "demokracja" staje się w istocie swym zaprzeczeniem, a z pewnością (przy istnieniu formacji kompradorskich) utrudnia realizację sensownie zdefiniowanej racji stanu.

 Odpowiedz

 

Anna P.

2 września 2019, 23:08

13

6

Panie Autorze, moje wielkie uznanie za odważny tekst. Rzadko się taki rozsądny i wyważony tekst spotyka.

 

Kolejne ekipy rządzące nie wypracowały żadnej długofalowej strategii rozwoju Polski i nie spotyka się żadnych poważnych opracowań, a dyskusje mają tendencję propagandową.

Moim zdaniem, miejsce Polski jest w UE, bo patrząc na polityczne wysiłki brytyjskie wyjścia z Unii, wydaje się, że w przypadku Polski, mogłyby się one skończyć tragicznie. Jednak obserwując polskie w UE działania, też jest trudno zgadnąć dokąd one prowadzą. Myślę, że na początek w Polsce musi nastąpić jakieś wyciszenie antagonizmów partyjnych, co być może nastąpi po wyborach. Jeżeli uspokojenia nie będzie, to o zgodnej pragmatycznej polityce zagranicznej, też mowy być nie może.

 Odpowiedz

+ Zobacz poprzednie komentarze

 

wawel24

3 września 2019, 10:06

6

1

@Waldemar Żyszkiewicz

Świetny, zbiorczy komentarz.

Dobrze, że Pan zaznaczył właściwy sens popularyzowania "sharing economy". Ekonomia współdzielenia to część składowa ideologii zrównoważonego rozwoju. Premier promował ją już podczas exposé. Porównywał z nauką chrześcijaństwa... (https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1095821,wizja-gospodarki-mateusz... ). Prezes prawie dosłownie rezonował kilka tygodni temu ten lobbing premiera (użył także zwrotu "nauka chrześcijańska").

Cały cytat z exposé brzmi: "To nowy nurt myślenia w gospodarce, o środowisku, o życiu społecznym, o życiu gospodarczym. Jest to odejście od skupienia się na własnych potrzebach na rzecz wspólnoty i wspólnego dobra. Zresztą jest to zbieżne z chrześcijańską? nauką?, jest to zbieżne z etyką? solidarności, ale o dziwo – i bardzo się cieszę – jest to również zbieżne ze strategią? Komisji Europejskiej."

Zwraca uwagę kuriozalne nadużycie klasycznego terminu "dobro wspólne" użytego w sensie "kompletnie niewłaściwym".

 Odpowiedz

 

Szeliga

3 września 2019, 12:09

7

0

@Waldemar Żyszkiewicz 02:47 i re @wawel24

 

Doskonały komentarz. Jak stwierdził wawel - zbiorczy.

 

Rozwinę tylko jeden element. Cieszy mnie zauważenie procesu "sharingu" i "rentingu", czyli likwidacji posiadania WŁASNOŚCI. Większość społeczeństwa cieszy się z opcji korzystania z czegoś na zasadzie niewielkich opłat nie zauważając że to zjawisko likwiduje proces kumulacji bogactwa w rodzinach, uzależnia aktualne bogactwo od aktualnych dochodów.

 

W długim okresie czasu powoduje to zubożenie społeczeństwa i przeniesienie własności w ręce instytucji finansowych. Ukryte opodatkowanie własności na rzecz instytucji finansowych które pośredniczą nie w nabywaniu dóbr przez obywateli, ale w ich posiadaniu. Człowiek żyjący w pełni w tym systemie w momencie śmierci nie ma nic znaczącego do przekazania swoim spadkobiercom. Rodzina jako konstrukt społeczny jest wyłączona z procesu kumulacji bogactwa.

 

To już się dzieje. W trakcie kryzysu greckiego wyszło że statystyczne bogactwo indywidualne przeciętnego Niemca w bogatych Niemczech (nawyk życia w oparciu o dobra wynajmowane) jest niższe od bogactwa indywidualnego przeciętnego Greka w bankrutującej Grecji (nawyk przenoszenia własności z pokolenia na pokolenie - domy, ziemia). Błyskawicznie system bankowy podjął akcję korygowania tej "rażącej niesprawiedliwości" - patrz notki blogera dima.

 Odpowiedz

 

Szeliga

3 września 2019, 13:28

5

0

@Anna P.

 

Dobrze odpowiedział pani pan Żyszkiewicz.

 

Dodatkowo. Niepotrzebnie doszukuje się pani w tych konfliktach elementów osobistych, czy emocjonalnych. Dotyczy to nawet kwestii smoleńskiej (nie rozwijam, temat trudny). One występują, ale proszę mi wierzyć są drugorzędne. I bardziej dotyczą "gawiedzi", niż rzeczywistych "aktorów".

 

Dużego formatu polityk (a i u nas tacy bywają) potrafi odłożyć na bok emocje gdy jest to potrzebne dla skuteczności gry, lub (uwaga!) dramatycznie je zagrać (lub tylko uzewnętrznić) gdy akurat to jest to potrzebne, służy celowi. Nierozsądne jest bezrefleksyjne kupowanie takich inscenizacji, czynienie elementem sprawczym realnej polityki. Dominacja emocji nad rozumem to cecha polityków sezonowych lub drugoplanowych.

 

Tak naprawdę to dominuje ścieranie się interesów ale nie tych prostych, trywialnie rozumianych, ale grupowych z dodanym wątkiem wpływów zagranicznych. Co wyżej pokazali i pan Żyszkiewicz i wawel. Tam gdzie są duże "interesy" nie ma miejsca na emocje, one tam są zinstrumentalizowane.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 16:31

4

0

@Anna P. Wie pani, rozwarstwienie polityczne jest rutyną tzw. demokratycznego systemu sprawowania władzy. U nas jest coś więcej i znacznie trudniej: ośrodki sterujące (co najmniej) znaczną częścią sceny politycznej są transcendentne względem polskiego państwa.

 Odpowiedz

 

Zbyszek

3 września 2019, 20:49

1

1

@Anna P. Ma Pani pełną rację i nie mają jej Pani adwersarze. Właściwie to nawet nie ma tu czego komentować. Posługując się "klasykiem" oczywista oczywistość, że bez zmiany stanu społeczeństwa zbudowanego z wojny politycznej, co w sumie może nawet i w czasie II RP, miało miejsce, bez naprawy społeczeństwa, gdzie z pogardy i nienawiści, rodzą się naturalne odruchy egoizmu indywidualnego i grupowego, działania, których efekty są "średnie" i na samym końcu idiotyczne racjonalizacje, już to oparte o wybiórczą i przerysowaną percepcję, już o nadmierne "ogólnikowanie", "naukawianie" i teoretyzowanie.

 

To są bardzo proste sprawy. Bardzo pierwotne, ale w obliczu racjonalnej, dalekosiężnej, wielowektorowej i w dodatku strategii, z uszględnieniem aktualne3j bądź możliwej do przewidzenia dynamiki i to geopolitycznej, w związku z optymalną realizacją interesów tożamościowych zadadami kontradyktoryjności i konkurencyjności, to nie sposób tych bardzo prostych spraw zobaczyć i w miejsce szukania dróg i mechanizmów zgody oraz szacunku, będziemy mieć wyrażanie nadziei na ostateczne pohańbienie i anihilację drugiej - gorszej - części społeczeństwa, by wreszcie jak Sanacja zaprowadzić Polskę do jedynie słusznej przyszłości.

 Odpowiedz

 

 

wawel24

3 września 2019, 09:42

8

0

Znakomity tekst, Autorze. Nie znałem go wcześniej, mimo że ma już 2 miesiące.

Dlaczego optyka wolnego umysłu jest tak rzadka? Dlaczego nie ma wielu tekstów w takiej optyce, ba, prawie żadnych? Dlaczego nie jest inicjowana dyskusja z punktu widzenia pozapartyjnego? Smutno.

 

Pozdrowienia dla jednego z nielicznych używającego umysłu zgodnie z jego przeznaczeniem :)

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 11:45

6

0

@wawel24 Dziękuję. I mocno ubolewam nad faktem, że Tysol, który oczywiście miewał lepsze i gorsze okresy, ale zasadniczo po roku 1989 starał się zawsze trzymać realnie propolską linię, zostal w pewnym okresie bezceremonialnie i skutecznie wypchnięty z medialnego mejnstrimu.

 Odpowiedz

 

maur

3 września 2019, 10:55

9

0

Odważny tekst.

W zasadzie jednoznacznie opisuje naszą niemoc w polityce zagranicznej i jej przyczyny. Otwiera też wiele pól do dyskusji.

--------------

Zastanawiam się czy stać nas na szacunek wzajemny. Czy potrafimy ze sobą rozmawiać? Bo gdzie tylko polityka pojawi się jako temat rozmowy, tam natychmiast rodzą się antagonizmy. Paliwa dolewa zawsze opcja aktualnie rządząca albo opozycja. I tak to się kręci od dziesiątek lat...

--------------

Weźmy np. naszą reprezentację w UE. Nie jestem w stanie ogranąć racjonalności rozwiązania, w którym wybrana reprezentacja narodowa jest podzielona na frakcje i realizuje cele większej frakcji a nie interes narodowy. Ba, często postępują sprzecznie z interesem narodowym. W kraju natomiast nie ma ani woli ani siły, by przywołać takich posłów do porządku.

Jest jeszcze gorzej, bo polityka zewnętrzna jest pochodną polityki wewnetrznej. Tu kolejne dwa przykłady. Słynna obstrukcja sejmowa w wykonaniu posłów opozycji była w istocie publicznym złamaniem przysięgi poselskiej i mandaty winnych należało wygasić natychmiast. Na ich miejsce czekali kolejni na listach. Takie zdecydowane działania ustawiłyby porządek spraw na właściwym miejscu. Jazgot może i byłby przez chwilę, ale tylko ten jeden raz. Władza natomiast zyskałaby sporo uznania u tych, u których nigdy go nie uzyska.

Konskwecją tego zaniechania był właśnie ów słynny ostatnio list byłych ambasadorów RP. Jawna zdrada własnego państwa powinna skutkować natychmiastowym pozbawieniem dorobku życiowego i skazać autorów na dożywotnią pomoc społeczną. Każdy normalny człowiek na świecie przyjąłby takie rozwiązanie z oczywistym zrozumieniem.

Jednak takie porządkowanie spraw to nie u nas. U nas ten imposybilizm w najprostszych sprawach skrywa się za szyldem tolerancji. ...

-----------------

Możemy opisywać takie sprawy w nieskończoność. A matrix rozwija się sobie w najlepsze.

 Odpowiedz

+ Zobacz poprzednie komentarze

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 12:03

7

0

@maur "W kraju natomiast nie ma ani woli ani siły, by przywołać takich posłów do porządku". To jest sedno diagnozy. I najpoważniejszy zarzut wobec rządów ZP, które do jesieni 2017 można było uznać za czas przygotowania, ale później owe zaniechania należało już tylko traktować w kategoriach kapitulacji, najżyczliwiej rzecz ujmując. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej, że faktyczną przyczyną tej dziwnej 'niemocy' jest to, co sprawiło, że do Norymbergi 2 (za ludobójczy komunizm) nie doszło i nigdy chyba nie dojdzie.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 12:09

7

0

@Stan.S. Żadna nędza umysłową. Wręcz przeciwnie, konsekwentna postawa dynastyczna (potomstwo członków KPP z przyległościami) i absolutne poczucie bezkarności. Niestety. To jest clou problemu.

 Odpowiedz

 

maur

3 września 2019, 15:02

3

0

@Szeliga

Trochę nie tak.

Nie jestem zdziwiony tym faktem a jedynie nie aprobuję takiego ustawienia spraw. Byłbym gotów wymusić na UE respektowanie interesów narodówych bez takiego podziału na ponadnarodowe frakcje partyjne. Łącznie z anulowaniem ich wyboru w dotychczasowej formie. Na zasadzie: dlaczego to ja mam mieć problem i jeszcze za niego płacić? To lepiej niech oni mają problem i mi zapłacą za pomoc w jego rozwiązaniu.

------------

Już lepsze byłyby delegacje narodowe do tego gremium. ...

 Odpowiedz

 

Stan.S.

3 września 2019, 16:48

1

1

@Waldemar Żyszkiewicz - Stalin dał okrutną lekcję ich ojcom z KPP. Ich potomstwu brak wyobraźni, aby wyciągnąć wnioski.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 17:01

3

0

@Stan.S. (16:48) Tak, ale Stalina już dawno nie ma, a neostalinizm czy neomarksizm (mniejsza o etykietkę) mają się dobrze. Dłużej klasztora niż przeora.

 Odpowiedz   

 

 

darros

3 września 2019, 12:15

5

0

"Na początek warto byłoby przygotować przemyślaną, niebezalternatywną,

więc wielowektorową strategię działania w interesie narodu polskiego".

 

Taką politykę, opartą na inteligentnym manewrowaniu między Unią, Rosją i USA, prowadzą np. Orban i Łukaszenka. W Polsce jednak nie możemy na to liczyć. Polska to kraj tzw. wartości rodzinnych, a politykowi, który na pierwszym miejscu stawia swoją rodzinę, zawsze bardziej opłaci się pracować dla "bogatego pana", takiego jak Niemcy (PO) czy USA (PiS), niż męczyć się za marne pieniądze w imieniu jakiegoś tam polskiego interesu.

 Odpowiedz

+ Zobacz poprzednie komentarze

 

Anna P.

3 września 2019, 16:35

2

0

@Waldemar Żyszkiewicz

Co roku po Hajnówce chodzą "Żołnierze Spóźnieni" z portretem Burego i straszą Białorusinów, nawet sam Łukaszenko zabrał głos w tej sprawie.

Polityka wschodnia generalnie "leży", a na stworzenie jakiejś trwałej polityki z Ukrainą, trzeba długich lat, bo tam polityka się zmienia diametralnie wraz z każdymi wyborami.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 16:50

3

0

@Anna P. Tu akurat bije pani kulą w płot. Komuniści rekrutowali się z różnych etnicznie dorzeczy, choć był i nurt dominujący. Gdy nasi Niezłomni likwidowali w tamtym czasie współpracowników i donosicieli sowieckich służb czy zwolenników republiki rad, to teraz nazywa się to czystkami etnicznymi. Sztuczka stosowana wielokrotnie i dobrze opisana, m.in. przez prof. Marka J. Chodakiewicza w odniesieniu do litewskich Ejszyszek. Własnej, realnej polityki w odniesieniu do sąsiadów nie buduje się w zależności od tego, kto tam akurat sprawuje władzę.

 Odpowiedz

 

Anna P.

3 września 2019, 17:12

2

0

@Waldemar Żyszkiewicz

"Komuniści rekrutowali się " to jest czas przeszły, a ja piszę o czasie teraźniejszym. Jaką dzisiaj rolę spełniają te pochody na tamtych terenach? Pochodzę z terenów wschodnich, na północ od Hajnówki. Wiem gdzie i kto był, znałam osobiście potomków większych i mniejszych Niezłomnych, głównie tych z Litwy.

Znam historię kształtowania granicy wschodniej, chodzących po domach grup identyfikujących tamtejszą ludność i pytania: narodowość? religia? przynależność? I inne takie. To są ciekawe przeżycia, zupełnie nieznane. Pan zapewne sobie te czasy wyobraża, ale nie wie jak naprawdę było.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 17:46

2

1

@Anna P. "Znam historię kształtowania granicy wschodniej, chodzących po domach

grup identyfikujących tamtejszą ludność i pytania: narodowość? religia?

przynależność? I inne takie. To są ciekawe przeżycia, zupełnie

nieznane". Może wobec tego coś bliżej? Bardziej szczegółowo, dokładniej...

 Odpowiedz

 

Anna P.

3 września 2019, 18:22

5

0

@Waldemar Żyszkiewicz

Nie trzeba budzić duchów. ;) Dzisiaj tamte tereny zarasta puszcza, w moim przypadku, to Puszcza Knyszyńska, a nie Białowieska. Tamte strony, to coś jak "rezerwat Indian", oczywiście jeżeli tamtejszą ludność by zaliczyć do takiej mniejszości; inny język, inne tradycje... Wsie się wyludniły, tylko starzy ludzie żyją z państwowych emerytur, bo nikt nic nie sieje, ani nie zbiera. Nie było nas, był las... nie będzie nas, będzie las.

 Odpowiedz

 

swann

3 września 2019, 13:24

19

5

@Autor

Przeczytałem tekst Szanownego Kolegi z ciekawością ( jak zawsze) ale i z (wyjątkową z uwagi na autora) konsternacją. W krótkim z natury rzeczy skoncentruję się tylko na tych fragmentach tekstu, które wzbudziły mą konsternację.

Otóż, doskonale rozumiem, iż polityka zagraniczna wymaga szczególnie rzetelnej i ciągłej dyskusji, której w Polsce brak. Jak zresztą merytorycznej, publicznej dyskusji na większość zasadniczych tematów. Ale pomysł, by podlegała pod reżim referendalny, uważam za kuriozalny. Referendum to toporny instrument, po który warto sięgać, gdy sprawy da się zdefiniować w prostą alternatywę; tak lub nie. Stąd może dotyczyć kluczowych jedynie kwestii, a nie procesu w którym dokonują się ciągłe zmiany, w dużym stopniu wymuszane przez innych uczestników gry. Po drugie, nie wszystkie cele i środki polityki zagranicznej, mogą lub powinny być publicznie deklarowane. To chyba oczywiste.

Dość karykaturalnie scharakteryzował Szanowny Kolega również tezę Giedroyca w kwestii stosunków z Ukrainą. Nie idzie mi o obronę o "orginalnego sensu tej tezy" - zostawiam to historykom - ale o dzisiejszy jej sens. Można ja przedstawić tak, jak ja ją rozumiem. Otóż istnienie niezależnego państwa ukraińskiego jest oczywistym osłabieniem strategicznym Rosji. Konflikt między Rosją a Ukrainą, w każdym sensie, jest korzystny dla Polski, gdyż stwarza podstawy do unormowania i ułożenia stosunków między Polską a Ukrainą i w dalszej perspektywie wzmocnienie regionu Europy Środkowej. Moim zdaniem, nie tylko nie ma w tym rozumowaniu niczego absurdalnego, a wręcz jest poprawne.

Całkowicie nie zgadzam się też z sugestią Aurora, iż kwestia rozlokowania amerykańskich wojsk w Polsce jest uzależnione od kwestii "realizacji majątkowych roszczeń żydowskich,". Moim zdaniem, obie te sprawy, są ze sobą zupełnie nie związane. Zmienię zdanie, gdy Szanowny Kolega przedstawi w tej sprawie jakiś konkretny dowód, a nie czyjąś publicystkę.

 Odpowiedz

+ Zobacz poprzednie komentarze

 

swann

3 września 2019, 15:42

3

1

@Waldemar Żyszkiewicz

Duo cum faciunt idem, non est idem! :)

Co do referendum 2003, to chyba nie było innej możliwości, gdyż akcesja do EU oznaczała min. konieczność ogromnych zmian ustawowych. Podane przez Ciebie przykłady pytań referendalnych w większości są absolutnie sensowne. Ale np. referendum w sprawie stacjonowania obcych wojsk na terenie Polski, moim zdaniem, było jedynie szkodliwe, gdyż wiązało by nam ręce, a w przypadku nagłej konieczności trzeba by rozpisywać nowe referendum...

 Odpowiedz

 

swann

3 września 2019, 16:08

0

0

@swann

korekta; winno być: byłoby jedynie możliwe, gdyż ....

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 16:37

0

0

@swann Chyba musisz skorygować własną korektę z 16:08 :) PS. Przytoczoną sentencję znam w wersji z 'dicunt' w miejsce 'faciunt'. I tu miałaby chyba ona lepsze zastosowanie.

 Odpowiedz

 

swann

3 września 2019, 16:41

0

0

@Waldemar Żyszkiewicz

Masz rację, "dicunt" lepiej pasuje! :)

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

4 września 2019, 12:00

0

0

@swann Widzisz, Drogi S., niektóre z przykładowych dylematów, przedstawionych powyżej, są dopuszczalne tylko w satrapii demoliberalnej, bo w przyzwoitym ustroju opartym na prawie naturalnym nie wchodzą w ogóle w grę : ) Nie wolno bowiem "demokratycznie" rozstrzygać o obchodzeniu poważnych zakazów czy nakazów o charakterze moralnym. Toteż referendum w sprawie dopuszczalności aborcji czy eutanazji nie jest możliwe, ale nie dlatego, że obrońcy życia mogliby je ewentualnie przegrać, lecz dlatego, że człowiek NIE MA PRAWA decydować o życiu i śmierci innego człowieka. Człowiek natomiast ma prawo (wręcz obowiązek) bronić zagrożonego życia własnego oraz osób pozostających pod jego kuratelą, dlatego w tradycyjnym nauczaniu Kościoła katolickiego dopuszcza się zabójstwo konieczne w samoobronie, sprawiedliwą wojnę obronną oraz karę śmierci. Ten tradycyjny porządek łaciński buszujący teraz antycywilizacjoniści ( pod osłoną ideologii demoliberalnej) próbują właśnie obalić. Natomiast zwłaszcza w Polsce, która przez trzy ostatnie wieki, z krótkim interludium miedzy wielkimi wojnami, trwała pod okupacją, ze stacjonującymi na jej terytorium wojskami obcymi, pytanie o zgodę na bazy militarne (nawet) sojusznika miałoby zdecydowanie sens.

 Odpowiedz

 

Sowiniec

3 września 2019, 19:14

2

0

Znakomity tekst.

Pozdrawiam.

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

3 września 2019, 23:02

0

0

@Sowiniec Witam najwytrwalszego komentatora rzeczywistości, która nas otacza coraz ciaśniej...

 Odpowiedz

 

maur

4 września 2019, 11:28

0

0

Kolejne pole, obok którego nie sposób przejść obojetnie.

Nie potrafię zrozumieć awansu Doroszewskiej na ambasadora RP na Litwie. Wikipedia na jej temat podaje tylko peany. Ciąży jednak na niej zarzut defraudacji sporych pieniędzy publicznych, gdy współzarządzała fundacją IDEE wraz z Naimską, co zaskutkowało dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy na podstawie art.52 K.P. Prokuratura coś tam zaczęła robić w tej sprawie na wniosek MKIDN, bo grant z tego ministerstwa też poszedł do rodziny i przyjaciół. W żadnym razie nie przeszkodziło to jej w karierze dyplomatycznej. Bo najpierw przygarnął ją PAD a potem serwilista Waszczykowski awansował na ambasadora. Bo okazała się tylko koleżanką "naczelnika" z dawnych czasów. Polacy na Litwie nie mają pojęcia o jej "chwalebnej" przeszłości to im zamydlimy oczy odznaczeniami i jakoś "dobuja się" do emrytury.

------------

Otóż Polacy z Litwy już doskonale wiedzą co ona jest warta. Sama zresztą dość szybko pokazała, próbując sterować wyborami na szefa ZPL.

------------

Dyscyplinarne zwolnienie ma swoją wagę. Szczególnie gdy jest spowodowane działaniem na szkodę pracodawcy. Jeszcze więcej waży, gdy jest to szkoda publiczna o wielkim wymiarze.

Niech sobie będzie koleżanką czyjąkolwiek. Jednak za takie numery do powinna być schowana gdzieś w piwnicy a nie awansowana do parad na salonach.

Otóż stan obecny, w tym konkretnym przypadku, jest bardzo mocnym argumentem dla wszystkich naszych wrogów. Czyni nas w oczach innych niepoważnymi, pokazuje publicznie nepotyzm i kumoterstwo w doborze kadr orza zupełne ignorowanie własnego społeczeństwa.

Teraz łatwo sobie wyobrazić możliwości wykorzystania takiej sytuacji w dowolnym momencie. Otóż ktoś może sterować jej postępowaniem przeciwko interesom Polski i Polaków używając groźby ujawnienia czarnych kart z jej biografii. W pewnej chwili może uznać, że korzystniej będzie rozpętać medialny atak co doprowadzi i tak do jej odwołania, lecz negatywnych skutków już naprawić się nie da.

Doroszewska jest tutaj przykładem nowego rodzaju zaschnepfienia służb dyplomatycznych. Za rządów PO była ambasadorem w Gruzji. Teraz na Litwie reprezentuje interes litewskich nacjonalistów w znacznie większym stopniu niż interes Polaków. Pomijam już zupełny anchronizm jej poglądów, bo tu nie ma miejsca na nierealne bajki. Mam na uwadzie głównie interes Polski, Polaków w Polsce i na Litwie.

----------------

Ostatnie wydarzenia na Litwie, z awansowaniem dwojga ministrów i wiceministrów Polaków do litewskiego rządu, to tylko i wyłącznie zasługa tamtejszych Polaków. Zupełnie wbrew temu, co władze Polski robiły i robią nadal, choćby w osobie ambasador Doroszewskiej.

----------------

Wilniuki nie są w stanie zrozumieć, jak mogą przyjeżdżać do nich "władze" Macierzy, coś naobiecywać a potem zapomnieć o nich, tak jak to dzieje się od 30 lat. ...

 Odpowiedz

 

Waldemar Żyszkiewicz

4 września 2019, 12:14

0

0

@maur "Bo okazała się tylko koleżanką "naczelnika" z dawnych czasów. (...) Doroszewska jest tutaj przykładem nowego rodzaju zaschnepfienia służb dyplomatycznych". Stawia pan pytanie i udziela zarazem na nie odpowiedzi. Przedstawiony opis tej akurat "ścieżki kariery" zasmuca i niestety tłumaczy mechanizm buksowania agend państwa, a w konsekwencji również polskiej polityki zagranicznej. MSZ-tem po roku 2015 nie kierują orły, ale pewnie trudno znaleźć wybitniejszą postać, która zechciałaby firmować nieswoje (i zarazem nietrafne) decyzje.

 Odpowiedz

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.3 (głosów:8)

Komentarze

ścierwoneonówki! Antypolskie wpisy na blogach politruków ze ścierwoneonówki sypią się tu niczym grzyby po deszczu...

Typowe manipulacje i bolszewickie łgarstwa jakie są typowe dla Neon24, czyli załganych bolszewicko-rosyjskich politruków z rusofilskiej ścierwoneonówki sterowanej przez sowiecką zbrodniczą agenturę z WSI i SB.

Politrucy "wawel24" oraz ten co mu "zwisa" z niebieska widocznie dostali jakiego kopa od prowadzących... i szaleją ze swoimi manipulacjami i łgartswami.

Czyżby rosyjska agentura na Neon24 obiecała politrukom jakieś ekstra premie za ilość szkalujących polskich patriotów wpisów z bolszewickimi łgarstwami?

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-3

Przemoc nie jest konieczna, by zniszczyć cywilizację. Każda cywilizacja ginie z powodu obojętności wobec unikalnych wartości jakie ją stworzyły. — Nicolas Gomez Davila.

#1601826