Spowiedź święta według papieża Franciszka

Obrazek użytkownika miarka
Idee

Kolejna kontrowersyjna wypowiedź aktualnego papieża w kwestii naszych największych świętości.

„Spowiednik wezwany jest do bycia człowiekiem słuchania: ludzkiego wysłuchania penitenta i boskiego wsłuchiwania się w Ducha Świętego – mówił papież”.

Przecież jest odwrotnie – to my się spowiadamy Bogu, więc i spowiednik dla nas jest tu Jezusem działającym w Duchu Świętym. Występuje więc tu w roli Boga, a w penitencie widzi wcale nie brata a grzesznika. To penitent stoi tu w postawie uniżonej (wobec brata, czy spowiednika traktowanego jak brat byłaby to postawa równa), stoi w postawie ludzkiej, postawie pokornej uznaniem prawdy o swojej winie wobec Boga i ludzi, postawie odkrytej w poprzedzającym spowiedź rachunku sumienia.


 

„– Słuchając brata w czasie spowiedzi słuchamy samego Jezusa, biednego i pokornego”.

- To stwierdzenie szokuje, jest surrealistyczne - nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ani spowiednik, ani penitent nie mogą przyjąć takiej postawy. Spowiadamy się do kapłana tak jak do Jezusa, a nie tak jak Jezus by się spowiadał.

Swoje sumienie porównujemy z czystym sumieniem Jezusa, którego widzimy w kapłanie i stąd nasza pokora, a nie z porównania z pokorą Jezusa dla innych sytuacji.

Spowiednik nie może tu oczekiwać a Franciszek zalecać żebyśmy jako penitenci w jakiś sposób porównywali swoją pokorę z pokorą Jezusa. Przecież to by musiało być z gruntu fałszywe. Czyż Jezus nam pokazał taki wzór swojego zachowania pokornego? Jak można porównywać się w pokorze jeśli pokora jest subiektywną?

Jezus nigdy nie był grzesznikiem. Jezus gdyby się spowiadał to by nic nie mówił, tak jak nic nie mówił kiedy był chrzczony przez Jana Chrzciciela. Inni przy tym wyznawali grzechy, On nie. Przecież Jezus we wszystkim był podobnym do ludzi oprócz grzechu. Jak tu mówić o pokorze Jezusa-penitenta?


 

Jezus nigdy nie był biednym. Ubogim tak, ale nie biednym. Ubogi o ten co ma mało, ale ma. Może się obejść tym co ma. Z ofiarności bogatych korzysta, ale z godnością i umiarem. Biedny to ten co nie ma i już bez wsparcia innych obejść się nie może. Grzesznik jest jak biedny – on bez otrzymania łaski przebaczenia mu grzechów umiera.

Obraz Jezusa-biednego jest więc fałszywy tak samo jak obraz Jezusa-grzesznika.

To już manipulacja o złych intencjach, bo cóż nam może przychodzić z porównywania czegoś z jego fałszywym obrazem dobrym lub złym? Przecież wynikiem takiego porównania zawsze będzie fałsz i zło (przeciwieństwem dla zła jest inne zło. - Każdy wybór alternatywy do zła będzie wyborem zła, a nie dobra, bo dobro jest tylko kropelką w bezmiarze możliwości czynienia zła dla danej sytuacji. Tak samo i alternatywą dla fałszu w życiu będzie inny fałsz).


 

A teraz pytanie dlaczego papież tak bardzo przekolorował postać Jezusa?

Pokora przy spowiedzi bierze się z poczucia małości wobec prawdy o wielkości swojego grzechu. Im większy grzesznik, tym pokorniejszy.

Pokora żebracka biednego też bierze się poczucia subiektywnej nicości ekonomicznej wobec tych, co mają.

Jezus z pewnością był pokornego serca, a więc był pokorny pokorą miłości uniżającej się w swojej służebności aż do znikomości.

A teraz wyobraźmy sobie Jezusa penitenta, który tak pokornie uniży się aż do znikomości? - Bo takiej skali pokory wobec Jego grzechu oczekiwalibyśmy, i taki eksperyment mentalny zaleca tu Franciszek. Ponieważ pokora penitenta jest subiektywną wobec jego grzechu, to znaczy że grzech Jezusa, który by był źródłem takiej pokory musiałby być największym możliwym. Jego grzech musiałby być grzechem samego diabła.

Jeśli wspomnieć na omawianą wypowiedź: „– Słuchając brata w czasie spowiedzi słuchamy samego Jezusa, biednego i pokornego” i widząc że to by musiała być pokora najgłębsza, pokora największego możliwego grzesznika, nie sposób nie skojarzyć tego z wypowiedzią Lutra, że „Zanim Bóg stał się Bogiem musiał najpierw stać się diabłem”.

Papież Franciszek też już miał tu wypowiedź podobną:

„Tak, noszę krzyż, by pokazać, że jestem chrześcijaninem”. To jest „w porządku”, jednakże „nie tylko jako jako odznaka, tak jak w jakiejś drużynie, odznaka wskazująca na przynależność do jakiejś drużyny”; ale jak powiedział Franciszek, „jako wspomnienie tego, który dla nas stał się grzechem, KTÓRY STAŁ SIĘ DIABŁEM, WĘŻEM. Tak się uniżył aż do całkowitego unicestwienia”.

I co ciekawe to jest na pozór logiczne, że Jezus pod ciężarem tych grzechów „diabła, węża” (w tym i grzechów wszystkich ludzi, grzechów tych popełnionych i jeszcze nie), stał się na i przed ukrzyżowaniem i na Krzyżu uniżonym, pokornym aż do całkowitego unicestwienia.

Na pozór, bo tu jest manipulacja przez porównanie z fałszem (Cóż nam może przychodzić z porównywania czegoś z jego fałszywym obrazem dobrym lub złym? Przecież wynikiem takiego porównania zawsze będzie fałsz i zło (przeciwieństwem dla zła jest inne zło)).

Pierwszy fałsz który tu widać to że Jezus na Krzyżu umarł, ale wcześniej powierzył swojego Ducha w ręce Ojca. Unicestwienie nie było więc całkowite. Ocalała też Jego Dusza - skoro zmartwychwstał to zachowała zdolność do integracji Jego Ciała), a ocalała dlatego że On jednak umierał jako bezgrzeszny, więc i śmierć nad Nim władzy mieć nie mogła.

Jezus umierał jako bezgrzeszny, a więc nie jako diabeł, nie jako wąż, a ciężar winy grzeszników brał na siebie z miłości – przecież takie ofiarowanie się to nawet najwyższy wymiar miłości – nie grzech.

Logika Lutra i Franciszka jest tu skrajnie krzywdzącą Jezusa.

Jezus umierał za grzechy ludzi, ale nie diabła, nie węża. Diabła i węża Jezus na Krzyż ze sobą nie brał. Jezus później zmartwychwstając pokazał że diabeł i wąż są pokonane, a ci, co w Niego wierzą nawet ci pogryzieni grzechem żyć będą. Właśnie spowiedź święta z wiarą że już jako bezgrzeszni żyć będą uwalnia ich od trucizny jadu węża i siły oraz magii grzesznych pokus diabła.


 

„Słuchając Ducha Świętego nastawiamy się na uważne posłuszeństwo, stajemy się słuchaczami Słowa...”.

To też od razu się rzuca w oczy jako podejrzane, bałamutne, kłamliwe. - Bo czyż Duch Święty musi posługiwać się Słowem trafiającym do rozumu osoby w Nim działającej? - Czy On działa tyko na ludzki rozum tak że on to co chce przekazać musi ubierać w formę Słowa? Po co czekać na pokarm dla rozumu jeśli od Ducha Świętego człowiek może otrzymać Słowo którego sam nie musi rozumieć – przecież jest dar słowa i oddzielny dar rozumienia słowa?

A oddziaływanie przez argumenty dla naszej woli? - Za naszą zgodą też możliwe, tylko w ogóle po co oddziaływania na nasz rozum i naszą wolę jeżeli tu właściwą jest relacja na poziomie duchowym?

Co nam po jakimś „wsłuchiwaniu się w Ducha Świętego” przychodzącego do jego świadomości z zewnątrz (a nawet z wewnątrz) i po co, skoro spowiednik Go już ma, a więc i może działać „w Nim”, czyli Jego mocą?

A kogóż to może słuchać spowiednik jako już mający Ducha Świętego, i nie działający w tym Duchu, tylko chcący słyszeć coś gotowego, jakąś receptę na właściwe postępowanie, a więc i zalecenie na władczą odpowiedzialność tego Ducha? I po co mu oddawać nad sobą władzę, skoro mając Ducha Świętego sam może podejmować najlepsze decyzje i udzielać najlepszych nauk? – Po co miałby wsłuchiwać się jeszcze w coś innego jak to co ma rokuje już najlepiej jak można? Czyż to nie niewiara?

Czyż to nie głupota typu szukanie podszeptów do zmiany kiedy dobrze idzie, a więc podszeptów wroga?

A może to zamiar sprowadzenia spowiednika do roli biurokraty skupionego jedynie na utrzymaniu osobistej pozycji i władzy swojej i swojego zwierzchnika?


 

Duch Święty z pewnością kieruje nami przez swoje natchnienia, a natchnienia tutaj to efekt zjednoczenia ducha spowiednika z Duchem Świętym. – Kiedy spowiednik dokonuje osądu i udziela nauki to on wcale nie musi rozumieć co mówi – starczy że Duch mówi przez niego. - Nadto jest On i Duchem tych słów. - I z tymi słowami dociera do penitenta, a więc jeżeli on naukę przyjmuje z wiarą, a więc i otwartością, to słowa tej nauki nie będą tylko literą tego Słowa natchnionego, ale i nabiorą mocy sprawczej, mocy przemieniającej według tego Ducha.

Słuchanie Ducha nie jest wysłuchiwaniem Ducha żeby jego głos poddawać osądowi swojego rozumu i dopiero wtedy podejmować decyzję o posłuszeństwie. - To by musiał być duch zewnętrzny który został nam poddany, zamknięty w przestrzeniach czasowych naszego umysłu – w końcu funkcji naszego ciała, poddany osądowi naszego rozumu i naszej woli. Taki duch nie zadziała, bo żaden duch nie poczeka aż podejmiemy decyzję, aż wzniesiemy się nad niego, aby go osądzić.

- Zresztą według jakich kryteriów sądzić, skoro i tak jedynym tu właściwym wzorcem może być tylko Duch Święty, Duch Jezusa, w którym „władca tego świata nie miał nic swego”? Do słuchania ducha nie trzeba słów, bo duch nie działa na nasze zmysły – to inna rzeczywistość – ponadmaterialna i ponadcielesna.

Spowiedź to nie tylko zrzucanie z siebie grzechów przez penitenta aby już żyć w wolności, ale i korekta drogi duchowej penitenta przez kapłana działającego w Duchu Świętym.

Słuchanie Ducha Świętego to dokładnie samo posłuszeństwo Jemu - posłuszeństwo bezpośrednie, bezzwłoczne, bez żadnego pośrednictwa, ale nie z nakazu, nie w wyniku rozstrzygnięcia rozumu, czy nagięcia swojej woli, a przez zgodność duchową co do celu duchowego. Dopiero cel duchowy wzbudza nasze szczegółowe motywacje rozumu i woli.

- Przecież dopiero po owocach naszych działań w wyniku korzystania z Jego darów każdy poznaje czy Go posłuchał, czyli nasz ludzki duch został zjednoczony z Duchem Świętym u celu naszych działań. Dokąd tych dobrych owoców nie ma, wciąż nie wiemy, czy jesteśmy Mu posłuszni, czy nie, czy jesteśmy na dobrej drodze czy nie.


 

– Na sytuację spowiedzi świętej usiłowanie słuchania Ducha Świętego przez spowiednika jest bez sensu, bo kiedy przyjdą tego owoce (a przyjdą one dla penitenta i dopiero po jakimś czasie), to już będzie za późno na korektę decyzji. – Dlatego i decyzja spowiednika musi być od razu jego własną decyzją wspartą niezachwianą wiarą – wiarą nie w słowa a w bezpośrednie natchnienia Ducha Świętego – wiarą w samo bycie tego natchnienia duchowego za sprawą Ducha Świętego u celu właściwego na sytuację penitenta.

Słowa to tu tylko fanty – nośnik dla Ducha. Nie chodzi o posłuszeństwo Słowu Bożemu, czyli otwieranie się na Jego działanie w nas, czy podobnie poddawanie swojej woli woli Bożej Człowiek może tylko słuchać lub nie słuchać, ale nie słów rozumianych literalnie, ale przekazu duchowego.


 

„[Słuchając Ducha Świętego nastawiamy się na uważne posłuszeństwo, stajemy się słuchaczami Słowa,] a co za tym idzie oddajemy naszym młodym najlepszą posługę: pomagamy im nawiązać kontakt z samym Jezusem”.

Czyż to można zrozumieć inaczej jak „pomagamy im nawiązać kontakt z samym Jezusem-Człowiekiem”? - Jezusem bez Ducha Świętego (również Jezusem bez relacji z Bogiem Ojcem w Trójcy Świętej), bo w tym czasie penitent „się kontaktuje” z Jezusem, a kapłan „się kontaktuje” z Duchem Świętym, a przy tym ze spowiedzi się wyłącza i tylko nastraja swoje radary na słuchanie Ducha Świętego w gotowości posłuszeństwa?

Czyż tylko ja myślę, że to są eksperymenty mniemanologii stosowanej? Mniemanologii wyzbytej realizmu i logiki. - W swoim mniemaniu wszystko można obalać i dzielić, zakładać i łączyć. Każdy może mniemać wszystko, nawet wzajemnie, np.: „Ja mniemam, że cię mam, a ty mniemasz że mnie masz”.

I to by nawet było śmieszne – gdyby nie trzeba się było satanistycznie śmiać i z naszego życia, i z naszych największych świętości.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.8 (głosów:3)