Moje Wielkanoce

Obrazek użytkownika jazgdyni
Blog

Rok 1987. Ile to już lat temu...

Pracuję na promie kursującym codziennie między cypryjskim portem Larnaka, a libańskim portem Jounieh (po polsku po prostu Dżunija), 16 kilometrów na północny – wschód od Bejrutu.
Dlaczego tam, a nie prosto do Bejrutu?
W Libanie toczy się wojna. Także religijna. Część Bejrutu obejmująca port jest we władaniu muzułmanów. A jedyna droga do portu nazywana jest "Aleją snajperów". Gdy raz tam jechałem, taksówkarz poprosił, bym lepiej usiadł na podłodze i pochylił się.

Promem głównie przywoziliśmy i odwoziliśmy na Cypr libańskich chrześcijan. To kraj biznesmenów i handlarzy, którzy chcą bezpiecznie podróżować. Lotnisko w Bejrucie nie wchodziło w rachubę, bo często było pod ostrzałem, a loty były bardzo nieregularne. Więc woleli udać się na wyspę, gdzie wszystko było normalne i bezpieczne.
Powtórzę, że w większości byli to libańscy chrześcijanie, którzy stanowią połowę ludności tego cudownego kraju. Lecz woziliśmy też różnych oficjeli, a nawet "Niebieskie berety", żołnierzy ONZ.

Nasza "łódka", prom Empress też miała ciekawą historię.
Jako Empres of Australia, prom łączył australijski kontynent z Tasmanią, rozdzieloną od kontynentu cieśniną Bass. Sprawował się wspaniale i harował jak wół. W szczytowym roku 1977 przewiózł 120 000 pasażerów, co stanowiło 83% obłożenia – duża rzadkość w żegludze.
Niestety potem posypało się. Najpierw w maszynowni wybuchł pożar – zapaliła się CMK – Centrala Manewrowo Kontrolna (Main Switchboard), serce każdego statku, a niedługo potem prom osiadł na mieliźnie.
Australijskie narodowe konsorcjum zdecydowało się sprzedać statek. Chętnych było dużo, lecz w końcu kupili go Grecy.
Po podróży przez pół świata ( i tylko na jednym z dwóch silników) statek trafił do stoczni w Salamance, gdzie go wydokowano i powiększono hotelową część pasażerską. Teraz mógł zabrać na pokład 1120 pasażerów, chociaż tylko 316 w kabinach. Co nie ma większego znaczenia na krótkich trasach.
Prom ochrzczono "Empress",pozbywając się tylko australijskich konotacji.

Cały czas, gdy pracowałem na tej jednostce, właścicielami nadal byli Grecy, ale czarterującym i operatorem był rząd libański, konkretnie wielka postać w Libanie, szczególnie gdy w 1975 rozpętała się wojna domowa, generał Samir Geagea (Dżadża), przywódca falangistów i oddziałów milicji chrześcijańskiej.
Nam, marynarzom Empressu dawało to spore przywileje.
Z powodu wojny domowej Liban – cudowne miejsce na świecie, był zamknięty dla ruchu turystycznego i nawet w interesach trudno było o wizę. My natomiast mieliśmy specjalne przepustki sygnowane osobiście przez gen. Geagea, dające nam swobodę i otwierające wszystkie drogi i drzwi. Przynajmniej w północnej, chrześcijańskiej części państwa. A nikt ze zdrowym rozsądkiem nie usiłował zapuszczać się do strefy muzułmańskiej.
A z powodu wojny i braku Europejczyków w tym bogatym kraju, gdzie Bejrut był nazywany Paryżem wschodu, i gdzie tworzyli najlepsi złotnicy i jubilerzy, było niesamowicie tanio. Jako mężczyzna wspomnę tylko, że paczka najlepszych amerykańskich papierosów kosztowała 25 centów, a butelka whisky klasy premium, oczywiście single malt, nie była droższa niż 4,5 dolara (w tamtym czasie w Londynie na wolnocłowym lotnisku Heathrow 25 dolarów. A synowi przywiozłem tyle wielkich pudeł klocków Lego, na które nie byłoby mnie nigdy stać. Posilaliśmy się również na mieście, bo libańska kuchnia, nie dość że fantastyczna, też była tania jak barszcz. Nawet szybka przekąska na ulicy - kebab w placku pita, to około 30 centów. Pomyślcie – nasza nędzna podróba wschodnich kebabów za złoty pięćdziesiąt.
Po prostu żyliśmy po pańsku.

Nasza załoga głównie składała się z:

  • Marynarzy Polaków, oficerowie,marynarze i motorzyści, czyli cały pokład i maszyna to nasi;
  • Część hotelowa, restauracyjna i rozrywkowa to lokalna mieszanka Greków, Cypryjczyków i Libańczyków. Liban zajmował się rozrywką. Największe gwiazdy telewizji i estrady grały, śpiewały, czy występowały u nas. A młode chłopaki z bogatych domów, którzy chcieli liznąć świata, pracowali jako kelnerzy i stewardzi. Bardzo fajne towarzystwo. Grecy i Cypryjczycy to hotelowe kierownictwo, recepcja i menadżerowie.
  • Były jeszcze cztery bardzo sprytne Szkotki, które prowadziły kasyno, a mnie uczyły, jak grać by nie przegrać.

Odległość z Larnaki na Cyprze do Dżunji w Libanie to 115 Nm (mil morskich), w zaokrągleniu 200 kilometrów. Przy niewysilonej prędkości podróżnej 15 węzłów (27 km/h), na rejs wystarczało 8 godzin.
Rozkład podróży był taki, że po całodziennym postoju, po dostosowaniu się do przylotów/odlotów cypryjskiego lotniska, około godziny 22:00 wypływaliśmy z portu. A rano, rozkładowo o 06:00 staliśmy, przycumowani na mocno w Libanie.
Tam w porcie ponownie staliśmy cały dzień, by w drogę na Cypr wyruszyć o zmierzchu.
Pracowaliśmy więc głównie w nocy, a najintensywniej wieczorem i o poranku. Załoga marynarska nie była zbyt liczna, więc trzeba było improwizować.
Wejście do Dżunji nie było zbyt przyjemne i trzeba było wykonać dość trudny i precyzyjny manewr. Powoli parliśmy do przodu ze sterem wychylonym lewo na burtę. W konkretnym miejscu i momencie rzucaliśmy prawą kotwicę i dawaliśmy całą wstecz. Statek zataczał krąg, znów w określonym miejscu poszła do wody druga kotwica i teraz już prosto cofaliśmy do nabrzeża tak, by rampa rufowa opadła dokładnie tam gdzie trzeba.
Chief z pokładu pracował na dziobie z bosmanem obsługując windy kotwiczne i kontrolując naprężenie łańcuchów i tor cofania. A na rufie był drugi oficer z zespołem, meldując odległość od keji i w odpowiednim momencie otwierając rampę rufową i bezpiecznie łącząc statek z nabrzeżem tak, by pojazdy mogły bezpiecznie wjeżdżać i wyjeżdżać ze statku.
Na mostku, dowodząc całą operacją, było nas tylko dwóch – kapitan i ja. Pełniłem tam dodatkową fuchę, mimo, że nie miałem odpowiednich uprawnień, zabawiając się w sternika manewrowego.
Kapitan z lornetką w prawej i ukaefką w lewej biegał od lewej burty na prawą i z powrotem, wydając komendy na dziób, rufę i do maszynowni.
Oczywiście cały czas rozkazy płynęły do mnie, bym dobrze kręcił tym sterem, a także obserwował charakterystyczne punkty namiarowe na lądzie, w stosunu do których należy wykonać odpowiednią zmianę kursu.
O szóstej zazwyczaj staliśmy na mocno (wszystkie cumy naprężone) i wyłączonym silnikiem głównym. Pasażerowie mogli opuszczać statek.
Cumowanie w Libanie było zawsze wielką improwizacją. Bez holowników do pomocy; bez lokalnego pilota na mostku; tylko my, nasza czujność i doświadczenie, przy okazji łamiąc szereg morskich przepisów. Cóż, byliśmy w kraju w stanie wojny...

W roku 1987 nasz zgrany zespół Polaków, postanowił, że piękną wiosenną Wielkanoc postaramy się świętować z naszymi żonami.
Akcję rozpoczęliśmy z naszej strony na statku. Uzyskaliśmy od kapitana i greckiego superintendenta, który pływał z nami, zgodę na przyjazd żon i ich zakwaterowanie, a w następnej kolejności, po dostarczeniu tego do Pireusu, potwierdzenie zgody przez biuro armatora.
Teraz do akcji ruszyły nasze kobiety, co za komuny nie było łatwe. Paszporty, wizy, bilety lotnicze... To wszystko nie było jak dzisiaj pod ręką, lub na zawołanie. To trzeba było wystać i wychodzić.
Wreszcie wszystko gotowe i spakowane. Osiem małżonek zdecydowało się spędzić święta z mężami. W tym moja ukochana z naszą córką.
Panie spotkały się na lotnisku w Warszawie. Wszystkie z ciężkimi bagażami. Bo mężowie prosili o coś polskiego. Były więc słoje z barszczem, słoje z kiszonymi ogórkami, miski z pierogami i nasze szynki i pasztety.
Leciały panie z Warszawy do Sofii, a następnie na Cypr do Larnaki. Tam już nasz agent je odebrał, załatwił wszystkie formalności i przywióżł na statek.

Wiele godzin przed świątecznym śniadaniem kucharzenie zaczęli nasi greccy i cypryjscy koledzy. Wprawdzie jako greko – katolicy powinni świętować w innym terminie, lecz zdecydowali, że główne obchody będą w naszym czasie.
Tak więc dokładnie o wschodzie słońca rozpoczęli pieczenie na ruszcie świątecznego barana. Nie jagnię, ale właśnie baran jest znacznie wyżej ceniony przygotowany z rusztu. Kupiony tydzień wcześniej, wybrany przez szefa kuchni sprawiony baran, kruszał w chłodni, by pod koniec, naszpikowany obficie czosnkiem, natarty solą i pieprzem oraz cypryjską kompozycją ziół, nabierał aromatu i czekał na pieczenie. Z połowy beczki zrobiono piec z węglem drzewnym, a maszyniści wyspawali konstrukcję rożna z korbą na końcu, którą powoli obracano barana, by równomiernie przypiekał się ze wszystkich stron. Kuchcicy zmieniali się co godzinę, regularnie schładzając się piwem, bo słońce miało już taką moc, jak u nas w czasie lipcowych upałów. Dodam, że pieczenie odbywało się na rufie, na otwartym górnym pokładzie, gdzie piękny teakowy dek zabezpieczono dużymi płatami blachy.

W tym czasie nasze panie współrządziły w kuchni przygotowując polskie specjały. Kuchnię współdzieliły z libańskimi kucharzami, którzy z kolei tworzyli swoje najsłynniejsze potrawy, w tym narodową kibbeh nayi – rodzaj tatara z surowej jagnięciny z orzeszkami piniowymi, kaszą bulgur i oliwą; przeróżne szaszłyki i kofty, nieznane wówczas u nas hummusy, najlepsze na świecie właśnie z Libanu, mutabal z bakłażana i czosnku, oraz cudowne sałaty z regionalnych warzyw. A koniecznie trzeba wspomnieć, że główka czosnku jest tam wielkości pomarańczy, rzodkiewka duża, jak mandarynka, zioła mają bardziej intensywny aromat, a takiej mięty, jak tam, niestety u nas się nie wyhoduje. Najczęstszym sosem jest zaprawiony czosnkiem jogurt, a hummus i sałaty nabiera się kawałkami chleba pita.
Desery to oczywiście przeróżne baklawy i owoce.

Stoły w statkowej restauracji, połączone w jeden, długi szereg uginały się pod przysmakami i napojami.

W południe o 12:00 nie było już pasażerów, statek sprawdzony i wyczyszczony, biurokracja zakończona.
Nasze kobiety po porannym kucharzeniu, wykąpane i "zrobione".
Rozpoczynamy!
Uczta wielkanocna, którą nazwanie śniadaniem jest pewnym eufemizmem, trwała do czwartej. Przy deserach pokazali się nasi muzycy i ich piękne piosenkarki. Znaleźliśmy się w rytmach nieco arabskich. Długo nie trzeba było czekać, a na parkiet ruszyli nasi młodzi cypryjscy i greccy koledzy demonstrując swe słynne kroki i figury. "My nie dansjory" przyglądaliśmy się z zazdrością. Zmęczeni i najedzeni po uszy, a także nieco oszołomieni obcowaniem z obcą kulturą ruszyliśmy do pobliskiego kościoła. Dżunija jest osobną diecezją maronicką. Maronici również są katolikami, a w Libanie drugą największą grupą religijną. Msze mają nieco inny obrządek, a językiem liturgii jest aramejski.

Piękny wielkanocny wieczór zakończyliśmy w ulubionej lodziarni, gdzie lody były komponowane na naszych oczach.

W podróż do Larnaki mieliśmy się dopiero wybrać w poniedziałek. A ponieważ jest to lany poniedziałek, to należy uważać, bo okrętowe pompy przeciwpożarowe mają ciśnienie 12 atmosfer (w domu w kranie tylko 2 atm), więc można naprawdę zostać potężnie przemoczony.

.
 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:8)