Przykłady nowoczesnego uzbrojenia Wojska Polskiego w 1939 roku I

Obrazek użytkownika Przemysław Mandela
Historia

Niemieckie samoloty kontynuują bombardowanie naszych wojsk i linii komunikacyjnych. Kilkakrotnie bombardowały również Warszawę. Nasze samoloty bombardowały kolumny pancerne nieprzyjaciela. W walkach powietrznych zestrzelono w środę 15, a we wtorek 20 niemieckich samolotów, gdy nasze straty sprowadzają się do 6 maszyn. Zaciekłe walki toczą się w okolicy Łodzi, Piotrkowa, Tomaszowa Mazowieckiego oraz na zachód od Tarnowa.

 

- Komunikat nr 6 polskiego Sztabu Generalnego, Warszawa, czwartek 7 września 1939 roku.

Nawet kompletny wojskowy laik, posiadający podstawową wiedzę z geografii naszego kraju po tym komunikacie wojennym, musiał zdawać sobie sprawę, że już w pierwszym tygodniu wojny, nieprzyjaciel zdołał przebyć praktycznie połowę drogi do Warszawy i Lwowa. Niemcy w ciągu siedmiu dni zdobyli m.in. Bydgoszcz, Grudziądz, Kielce, Kalisz, Częstochowę, Nowy Sącz i Kraków. Trudno, więc w lakonicznym i zwięzłym komunikacie Sztabu Generalnego doszukiwać się chociaż cienia optymizmu.

W rzeczywistości sytuacja była jeszcze bardziej dramatyczna. 6 września niemieckie oddziały pancerne i zmotoryzowane po rozgromieniu znacznej części Armii Prusy znajdowały się już w okolicy Grójca, tj. ok. 60 km od Warszawy. Dzień wcześniej stolicę opuścił prezydent Ignacy Mościcki, rząd oraz znaczna część korpusu dyplomatycznego. Teraz do ewakuacji szykował się również sztab Naczelnego Wodza…

Na skutki tak katastrofalnej sytuacji na froncie zaledwie po pierwszych siedmiu dniach wojny, składało się wiele czynników. Jednym z nich, powtarzanym do znudzenia, była przewaga techniczna niemieckiego Wehrmachtu nad przestarzałym niemal w każdym tego słowa znaczeniu Wojskiem Polskim. To oczywiście prawda. W 1939 roku armia Trzeciej Rzeszy dysponowała bardziej zaawansowanym technicznie sprzętem, który swoją wyższość udowodnił na wrześniowych i październikowych polach bitew.

Nie znaczy to jednak, że naszemu wojsku nie udało się kilkukrotnie sprawić agresorowi przykrej niespodzianki. Wbrew pozorom Wojsko Polskie dysponowało pewną ilością perełek, które były pierwszymi jaskółkami planów modernizacji naszej armii (która nawiasem mówiąc miała się zakończyć w 1942 roku).

I autor nie ma na myśli, Szanowny Czytelniku, zgranych już nieco kart jakimi powoli stają się bombowiec PZL.37 Łoś czy czołg lekki 7TP, choć o nich przede wszystkim należy pamiętać pisząc o nowoczesnym uzbrojeniu Wojska Polskiego w 1939 roku.

Zaczynamy od jednego z najbardziej udanych dzieci Polskich Zakładów Inżynierii (PZInż), produkowanego w latach 1933-1939, ciężkiego motocykla Sokół 1000 (CWS M111). Głównym odbiorcą produkowanych maszyn było wojsko, lecz wiele maszyn trafiło także do Policji Państwowej i Poczty Polskiej. Łącznie wyprodukowano 3 500 tych motocykli.

W Wojsku Polskim Sokoły były wykorzystywane jako pojazdy łącznikowe i rozpoznawcze, a także jako ruchome punkty ogniowe, wyposażone w karabin maszynowy.

Sokół 1000 nie był może motocyklem o awangardowych zastosowaniach konstrukcyjnych, ustępował motocyklom niemieckim, lecz ze względu na swoją niesamowitą wręcz trwałość i przystosowanie do polskich warunków drogowych, we wrześniu 1939 roku sprawił się doskonale. W relacjach weteranów z 10 Brygady Kawalerii czy Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej zapisał się jako maszyna niezawodna, aczkolwiek pochłaniająca znaczne ilości cennego paliwa. Po zakończeniu działań wojennych wraz z resztą uzbrojenia 10 Brygady Kawalerii kilkadziesiąt sztuk motocykli znalazło się na Węgrzech, gdzie szybko zyskały uznanie i zostały wcielone do armii węgierskiej. Niestety w tej chwili nie dysponujemy informacjami o liczbie przejętych Sokołów przez Wehrmacht oraz w ogóle o ich wykorzystaniu przez Niemców po 1939 roku.

Mit polskiej kawalerii szarżującej na niemieckie czołgi z szablami (lub o zgrozo lancami) na całe szczęście odchodzi już do lamusa. Kawaleria będąca przed wojną elitą Wojska Polskiego stała się w PRL-u celem kłamliwej i oszczerczej propagandy, która kreowała ją na symbol zacofania sanacyjnej Polski. Stąd tak dużą popularnością w historiografii Polski Ludowej cieszył się motyw (żywcem wyjęty z niemieckiej propagandy) straceńczych zmagań polskich szabel z pancerzem niemieckich czołgów.

W rzeczywistości polskie brygady kawalerii we wrześniowych i październikowych bojach okazały się jednostkami niezwykle skutecznymi, wokół których szybko rodziły się legendy, tworzone przez żołnierzy nieprzyjaciela (według jednej z nich Polacy mieliby przytwierdzać do siodeł głowy zabitych w szarżach Niemców). Ułani zamiast legendarnych lanc i szabel w starciach z czołgami przeciwnika posługiwali się bronią dużo skuteczniejszą, o której sile wielokrotnie przekonali się niemieccy pancerniacy, choćby pod Mokrą czy Jordanowem…

Jedną z nich był karabin przeciwpancerny wz.35 Ur, popularny Urugwaj, wokół którego narosło przez wiele lat równie wiele legend co wokół wrześniowych szarż kawaleryjskich.

Korzenie większości z nich sięgają jeszcze czasów historiografii PRL-u. Są one wyjątkowo długowieczne i mimo gorączkowych zabiegów historyków wojskowości wciąż, niezmiennie funkcjonują w świadomości wielu ludzi zajmujących się zagadnieniem drugiej wojny światowej. Tymczasem karabin przeciwpancerny wz.35 skonstruowany przez zespół pod przewodnictwem Józefa Maroszczka w 1938 roku ze względu na bardzo dobre wyniki szybko znalazł się na wyposażeniu jednostek Wojska Polskiego, które do sierpnia 1939 roku otrzymało od 3,500 . do nawet 6 000. sztuk tej broni. Taką wysoką ilość zdaje się również potwierdzać etat, zgodnie z którym karabin ten miał być bronią przeciwpancerną plutonu. Oznacza to, iż każda polska kompania piechoty lub szwadron kawalerii dysponowały liczbą trzech Urugwajów. Przy czym zdarzało się, że niektóre jednostki posiadały nadetatową liczbę tej broni (Wileńska Brygada Kawalerii czy Warszawska Brygada Pancerno-Motorowa).

Według ostrożnych szacunków karabiny przeciwpancerne wz.35 znajdowały się na wyposażeniu 40 pułków piechoty i 35 pułków kawalerii. Można, więc z całą stanowczością stwierdzić, iż była to broń powszechnie używana przez Wojsko Polskie we wrześniu i październiku 1939 roku.

Inny do dziś pokutujący wymysł historyków doby socjalizmu to paranoidalne wręcz otoczenie Urugwaja tajemnicą wojskową, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że ta niewielka ilość egzemplarzy użytych bojowo nie mogła być efektownie wykorzystana, gdyż brakowało ludzi odpowiednio w tym celu przeszkolonych. Jednakże czy karabin przeciwpancerny jest urządzeniem o takim stopniu komplikacji, by jego obsługa wymagała przeszkolenia dłuższego niż kilkanaście minut? Dla żołnierzy obeznanych z działaniem zwykłych karabinów Mausera, będących etatową bronią piechoty Wojska Polskiego podczas Wojny Obronnej, mechanika Urugwaja, opierająca się przecież na tych samych zasadach, nie mogła być i nie była niezrozumiałą technologią. Warto o tym pamiętać, gdyż jest to jeden z najbardziej niedorzecznych mitów jakimi otoczono zagadnienie Kampanii Polskiej.

Pocisk kalibru 7,92mm wystrzelony z karabinu wz.35 Ur był w stanie przebić pancerz większości używanych wówczas czołgów niemieckich i radzieckich. Z odległości 100m przebijał pancerz grubości 33mm, a z 300m pancerz grubości 15mm. Pocisk karabinu wz.35 przy uderzeniu w pancerz pod płaskim kątem nie rykoszetował, lecz przyklejał się bokiem do pancerza, wybijając w pancerzu korek o średnicy ok. 20mm, który ranił bądź zabijał załogę. Jak więc łatwo zauważyć, główną siłą Urugwaja było nie, niszczenie wrogich pojazdów pancernych (które po takim trafieniu bardzo szybko wracały do służby, chyba, że uszkodzony został silnik), a destrukcja siły żywej przeciwnika wewnątrz pojazdów. Po wojnie Niemcy będący po wrażeniem działania karabinu, szybko wcielili do własnej armii przejęte egzemplarze, które znalazły się później na wyposażeniu, np. spadochroniarzy zajmujących belgijski fort Eben-Emael w maju 1940 roku.

Inną bronią siejącą popłoch w szeregach niemieckich czołgistów było świetne działko przeciwpancerne wz.36 kal. 37mm, produkowane w Polsce na licencji szwedzkiego Boforsa. Wojsko Polskie we wrześniu 1939 roku dysponowało 1200 sztukami tej broni (900 wyprodukowanych w kraju i 300 zakupionymi w Szwecji). Było to oczywiście o wiele za mało jak na potrzeby ponad milionowej armii (Sztab Główny przewidywał konieczność posiadania 3 000. sztuk wz.36 dla skutecznej obrony przeciwpancernej) , lecz i tak więcej niż mogłoby się wydawać na podstawie informacji o niewielkiej ilości nowoczesnego sprzętu w polskiej armii.

Do działka wz.36 stosowano pociski przeciwpancerne, ze smugaczem i odłamkowo-burzące. Przeciwpancerne Boforsy we wrześniu 1939 roku okazały się niezwykle skuteczne. Z odległości 100 metrów potrafiły przebić pancerz o grubości do 40 mm przy uderzeniu pod kątem 30 stopni. Zapewniało to ich skuteczne działanie przeciwko wszystkim typom pojazdów pancernych używanych przez Wehrmacht i Armię Czerwoną w tamtym czasie.

To naturalnie nie wszystko. Lecz o innych perełkach będących na wyposażeniu Wojska Polskiego w 1939 roku w następnym wpisie…

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Jak zawsze najsłabszym ogniwem jest człowiek.
I jego pojedyńczy przedstawiciele potrafią obrócić w niwecz najwyższą ofiarę całych pokoleń.

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#30391

 ...to dlaczego było tak źle?

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#30406

Odpowiedzi po części udzielił sobek. Zawinił czynnik ludzki, chociaż nie posądzałbym naszego Sztabu Głównego o jakąś niewyobrażalną ignorancję. Popełniono sporo błędów. Naszym najsłabszym punktem była przestarzała taktyka i myśl strategiczna, która nie zdołała się prze całe dwudziestolecie międzywojenne uwolnić od wpływów francuskich.

Warto jednak pamiętać, że w latach trzydziestych i to pomimo skutków kryzysu za najsilniejszą armię w Europie uznawano armię francuską. Można było więc przypuszczać, że uczymy się od najlepszych. Jak było w rzeczywistości pokazał wrzesień 1939 czy maj 1940 roku.

Dopiero po upadku Francji świat poznał siłę doktryny odświeżonej i dopasowanej przez Guderiana do realiów ówczesnych czasów doktryny Blitzkriegu oraz wykorzystania wojsk pancernych.

Dowódcy tacy jak Rydz-Śmigły, Dąb-Biernacki czy Fabrycy mentalnie tkwili jeszcze w czasach zwycięskiej wojny polsko-bolszewickiej. I w 1939 roku spodziewali się podobnego konfliktu.

Jeżeli więc ziarno klęski Francji w 1940 roku tkwiło w zwycięstwie w Wielkiej Wojnie to nasze ziarno klęski w 1939 roku tkwiło w zwycięstwie nad bolszewikami w 1921 roku.

"Nie ma lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli"
- Józef Piłsudski

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

"Nie ma lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli"
- Józef Piłsudski

#30408

kompletny brak skutecznego dowodzenia powyżej szczebla taktycznego, prawie zawsze powodowany brakiem łączności.
I fatalną w skutkach podatność na infiltrację V kolumny i szpiegowstwa.
Ale rozłożył nas brak łączności i dowodzenia.
Historia mówi iż można skutecznie i z dużą szansą sukcesu stawać nawet dwakroć silniejszemu przeciwnikowi - przy dobrym dowodzeniu. A znacznie silniejsza od przeciwnika armia na nic - jeśli będzie nie tam gdzie trzeba, lub godzinę po czasie.

Wehrmacht nauczony doświadczeniem I WŚ narzucił pragmatykę szkolenia na każdym szczeblu dowódców tak by mogli z miejsca dowodzić o dwa szczeble wyżej. Dzięki temu każdy z dowódców rozumiał istotę rozkazów i manewru lepiej. Dodatkowo struktura dowodzenia była niezwykle odporna na straty w ludziach. Szczególnie wyszło to na froncie wschodnim - gdzie przerzedzone związki Wehrmachtu zachowywały niewiele uszczuplone możliwości bojowe i inicjatywę, a ogromne rzesze krasnoarmiejców pod ogłupiałym przywództwem niekompetentnych politruków dawały się pędzić jak stada baranów.

Dowodzenie i łączność - pięty achillesowe Kampanii Wrześniowej.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#30422

Pełna zgoda. Nie mieliśmy w Wojsku Polskim odpowiednika niemieckiego Korpusu Armijnego. Tzw. Grupy Operacyjne zupełnie nie zdały egzaminu, właśnie ze względu na brak należytej łączności.

Zawinił tutaj także Wódz Naczelny, marszałek Śmigły-Rydz, który zamierzał osobiście dowodzić całością działań na froncie. Przy tak wadliwej łączności było to zadanie niewykonalne. Stąd uniemożliwiono dowódcom armii działanie zgodnie z warunkami lecz oczekiwanie na wielokrotnie spóźniony, odwołany lub nieaktualny rozkaz Naczelnego Wodza.

Doskonale widać to choćby w przypadku Armii "Poznań", generała Kutrzeby, który już od 3 września nalegał na przeprowadzenie akcji ofensywnej na skrzydło nieprzyjaciela atakującego sąsiednią Armię "Łódź". Zgodę na taki manewr otrzymał dopiero 9 września.

"Nie ma lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli"
- Józef Piłsudski

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

"Nie ma lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli"
- Józef Piłsudski

#30429