Lemingowate z ukrytem genem samozagłady (2)

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Idee

A „mohery” patrzyły na to wszystko zgoła odmiennie. Od „zawsze” bowiem twierdziły, że wpierw trzeba od fundamentów budować społeczeństwo obywatelskie, zdrowe instytucje polityczne, gospodarcze, regulacyjno-administracyjne, wreszcie społeczne. Że proces przekształcania narodu, społeczeństwa i państwa winien być stopniowy, rozłożony w czasie. Że własną państwowość należy budować tak, by była ona alternatywną wobec wpływów zagranicznych. Że przy spodziewanych efektach należy brać pod uwagę przyczyny, rzutujące na to, co i w jakim czasie można osiągnąć. Że przekształcenia nie mogą radykalnie, rewolucyjnie, burzyć różnorakich trwałych i tradycyjnych relacji wewnątrzspołecznych, które rozwijały się przez dziesięciolecia. Że na gruncie tego, co zostało odziedziczone „w spadku” po dekadach Polski Ludowej, należy tak to modernizować, by nie pozbywając się tego móc z czasem osiągnąć stopień rozwoju bliski państwom zachodnim. Że nie można rozrywać więzi międzypokoleniowych, gdyż grozi to napięciami społecznymi. Że zstępujące i dorosłe jeszcze w czasach PRL’u pokolenia nie mogą zostać pozbawione perspektyw przetrwania. Itd. itd. Innymi słowy mówiąc, „mohery” uważały, że spieszyć to należy się powoli. Oczywiście było to mało atrakcyjna wizja dla lemingowatych coraz bardziej rosnących w sile, gdyż była ona sprzeczna z kardynalnym imperatywem tychże, by w „oka mgnieniu” osiągnąć stopę życiową taką samą jak ta, którą cieszą się ich rówieśnicy na Zachodzie. Bo też, gdy na przełomie lat 80.tych i 90.tych granice zostały otwarte, to pierwszymi, którzy dali się oszołomić mirażami zachodniego dobrobytu byli ówcześni 20-30.latkowie. Oni to gremialnie wyjeżdżając na wakacje czy też staże i praktyki studenckie wracali z zadzierzgniętymi kontaktami, które błyskawicznie potrafiły przekształcić w perspektywy własnego dobrobytu, awansu zawodowego i znaczącej pozycji społecznej. I być może byłoby to pożądane, gdyby nie szkopuł polegający na tym, że promujące ich instytucje zachodnie oczekiwały od nich tego, że ci bezkrytycznie włączą się w ekspansję tych instytucji na ziemiach polskich i staną się jej awangardą. I to w znakomitym stopniu się ziściło. Ówcześni 20-30.latkowie wyposażeni w merytoryczne i technokratyczne atrybuty z ogromnym zapałem przystąpiły do kreowania nowej rzeczywistości lecz cechowało się to wszystko pójściem po linii najmniejszego oporu i towarzyszącym temu pewnym schematyzmem. Wszak, jeśli istniało cokolwiek, co mogło kłócić się z pewną „logiką” przekształceń było przez nich z gruntu negowane i odrzucane jako „balast” niedawnej przeszłości, zaś to z kolei stanowiło wystarczające uzasadnienie dla radykalizmu zmian. Radykalizm ten, wspierany na poziomie politycznym, zyskał ogromną szansę rozwoju, jednak wywoływał i wywołuje nadal spiętrzające się rozliczne koszty uboczne, które metodycznie były i są odrzucane w procesie przekształceń systemowo-ustrojowych.

Weźmy na przykład rzecz następującą. PRL pozostawił po sobie ogromną rzeszę ludzi z wykształceniem podstawowym i średnim, którzy mieli być przydatni na potrzeby ówczesnej utopii ustrojowej. Ci ludzie w całej swojej masie wykonywali zawody dosyć proste, niewymagające legitymowania się wyrafinowaną wiedzą (merytoryczną czy też technokratyczną), umiejętnościami menedżerskimi, zdolnościami i talentami w zakresie przedsiębiorczości czy też znajomością zasad obowiązujących w (jakkolwiek rozumianym, nowoczesnym) kapitalizmie. Nie musieli tego wszystkiego znać, bo też owa utopia miała być zaprzeczeniem tego ostatniego. Oczywiście ludzie ci jakoś dawali sobie radę w całym bezsensie ówczesnego ustroju, jednak wcale nie oznaczało to tego, by to wystarczało w zderzeniu z nową rzeczywistością. Ich ogromnym obciążeniem był ich wiek. To byli ludzie w wieku ok. 30 i więcej, którzy z trudem adoptowali się do kapitalizmu, który nagle zwalił im się na głowę. Dosyć szybko ludzie ci wraz z coraz większą falą pauperyzującej się inteligencji (tej właśnie „chowu” peerelowskiego) bądź to emigrowali z Polski bądź też coraz częściej zaczęli znajdować się na społecznym, ekonomicznym, środowiskowym oucie. I tutaj zaczęło dawać o sobie znać, wyżej wzmiankowane, obciążenie, gdyż byli oni mniej chłonni, by „łapać” nowe „sprofesjonalizowane” (cokolwiek miałoby to oznaczać) zawody, mogące im pomóc w utrzymaniu się na powierzchni. W ten sposób byli coraz bardziej wypychani na pozycje uniemożliwiające im wpływ na zmieniającą się rzeczywistość. Dla napierających młodych powstała w ten sposób przestrzeń, którą coraz intensywniej zaczęli zapełniać. Racja, młodzi wśród elit i establishmentu zyskali ogromnego sojusznika, jednak przeoczyli to, że tamci traktują ich instrumentalnie. Tutaj oczywiście transakcja była jasna i czytelna, „Albo podporządkujecie się nam bezwarunkowo w zamian za fantastyczną stopę życiową, albo wylądujecie tam, gdzie teraz są tamci, którzy są na oucie.” Lemingowatym wcale tego powtarzać nie było potrzeby. Nie zauważyły jednak tego, że ta transakcja jest w swojej istocie bezalternatywna, zaś symbioza z elitami i establishmentem, które na transformacji skorzystały, gdyż robili ją pod swoim kątem, jest tak naprawdę pozorna. Owa pozycja lemingowatych względem elit i establishmentu nie jest równorzędna i partnerska, przy całym pozorze posiadania decydującego wpływu. Lemingowate wobec tamtych grup są w dalszym ciągu w pozycji petenta, bowiem tamci dysponują przewagą w postaci szeroko rozumianej asymetrii informacji. A lemingowate nie przyzwyczajone do pogłębionej analizy nie kwapią się tego zrozumieć, chociaż same również wobec siebie stosują mechanizmy rządzące tą że asymetrią informacji. To znaczy jest tak, że one doskonale wiedzą z której strony wiatr wieje, lecz nie silą się na zrozumienie tego, kto dmucha i w jakim celu. Im natomiast wystarcza to, że wraz z tym wiatrem się poruszają. Z czasem, rzecz jasna, sami zaczynają zajmować pozycje owych dmuchających, stając się częścią elit i establishmentu, zaś w ich miejsce pojawiają się następne generacje lemingowatych. Podobnie, jak poprzednie, instrumentalnie traktowane.

By się zaliczać do tejże grupy trzeba funkcjonować w ramach swego rodzaju niepisanego kodeksu postępowania, który przestrzegany jest z żelazną konsekwencją. Tutaj trzeba błyskawicznie i z refleksem rozpoznawać wspólnego wroga. Wiedzieć, kto jest popularny i na topie, a kto jest podpadnięty. Mieć do perfekcji opanowane różne grepsy i kody kulturowe. Znać hierarchię dziobania. Nie pozwalać sobie na przejawy jakiejkolwiek myślozbrodni. Jeśli zaś takowa jakimś cudem, w przypływie olśnienia, zaistnieje, to trzeba te fakt ukrywać wobec reszty lemingowatych. Itd. itd. Jednakże z uwagi na to, że zwykła natura ludzka ma tą właściwość wyłamywania się z takich lub owych kanonów, to złamanie tutaj owego kodeksu, naruszenie jakiegoś tabu, wywołuje reperkusje środowiskowe. Z początku są one łagodne, jednak coraz bardziej się one nasilają, gdy delikwent coraz częściej zaczyna wykraczać poza przyjęte schematy. Jest wobec tego coraz bardziej wymiksowywany na zewnątrz. Ze środka na środowiskowe obrzeża. Prędzej czy później to się zaczyna odbijać na jego pozycji środowiskowej, zaś w konsekwencji na materialnej. A to jest wystarczającym straszakiem przed zejściem z „nakazanej” linii środowiskowej. W ten sposób lemingowate zagłuszają jakiekolwiek sygnały docierające z zewnątrz, które wskazywać mogą na nadciągające zagrożenie.

Weźmy, by powyższe zilustrować, kolejny przykład „na tapetę”. Chodzi o przepłacanie przez lemingowate zakupu drogich mieszkań w apartamentowcach i domów. Z obu „suchych” pensji obojga lemingowatych (mężczyzny i kobiety), żyjących bądź to „na kocia łapę” (co najczęstsze) lub w związku małżeńskim, nie sposób było i jest kupić oraz sobie uwić tak komfortowego gniazdka, jakie jest w powszechnym, katalogowym, „standardzie”. W związku z tym należy posiłkować się kredytem mieszkaniowym bądź hipotecznym. Do niedawna otrzymanie jego było – nomen omen – „dziecinnie” proste, bowiem wystarczał w banku odcinek regularnych wpływów na konto (przeważnie w tym banku, w którym brany był kredyt) poparty jednym bądź dwoma żyrantami. Kredyt, w zależności od zdolności kredytowej, można było wziąć nieomal „od ręki”, by z takim „kwitem” móc rączo pobiec do dewelopera i sobie zaklepać komfortowe gniazdko. Mniej więcej podobnie było, jeśli chodziło o zakup średniej bądź wyższej klasy samochodu (czasami dwóch), zakup wyposażenia domowego itp. I wszystko było dobrze, dopóki było dobrze. No, ale jak już wcześniej napisałem, lemingowate masowo stały się awangardą wszystkiego, co przyszło z zagranicy, na gruzach tego, co kiedyś było polskie. Lemingowate stając się siłą najemną podmiotów niepolskich wpadały w nieomal kultowe zagraniczne wzorce konsumpcyjne (właściwe materialistycznemu podejściu lemingowatych), nie zdając sobie sprawy, bądź nie chcąc tego, że w odróżnieniu od swoich zachodnich rówieśników ich zdolność kredytowa jest, delikatnie mówiąc, na wyrost. Zaś to, że ona taka jest wynika właśnie ze stanu braku alternatywy w postaci możliwości zarobkowania w polskich podmiotach gospodarczych, których coraz bardziej ubywa. Zresztą samo zatrudnienie w polskiej sferze budżetowej (szczególnie w administracji państwowej) siłą rzeczy podlega tym samym, co w przypadku podmiotów komercyjnych, zasadom interpretacji zdolności kredytowej. (Krótko jeszcze nadmienię, że zdolność kredytowa jest wystarczająco silnym instrumentem dyscyplinującym, by wśród szeroko pojętych lemingowatych żadne ruchy dysydenckie nie mogły się pojawić. Posłuszeństwo wewnątrzśrodowiskowe ma wobec tego samoistną zdolność do funkcjonowania bez potrzeby jakiejkolwiej interwencji i korygowania obowiązujących zasad.) Spowodowało to, że lemingowate masowo godzić się musiały na narzucane im zasady oraz warunki pracy, gdyż w przeciwnym razie groziło im podzielenie losu tych, którzy znaleźli się na oucie. Godząc się na to dobrowolnie wpadli w obsesję podnoszenia, tzw. wydajności pracy, co mówiąc wprost oznacza zwykły pracoholizm, kosztem osłabienia różnorakich relacji na zewnątrz własnego środowiska, przy ciągłym wzmacnianiu samokontroli wewnątrzśrodowiskowej. W efekcie tego lemingowate w całej swojej masie ogłuchli i oślepli na wszystkie sygnały zwiastujące nadchodzące złe czasy, by w ten sposób wpadając w swego rodzaju nirwanę odseparować się od coraz bardziej pogarszającej się rzeczywistości.

Zaledwie powierzchownie lemingowate zdolne są krytykować te otoczenie, w którym żyją (np. stan infrastruktury publicznej, usług publicznych itp.), jednak czynią to wyłącznie pod kątem swoich własnych interesów, nie starając się przy tym wniknąć w sedno problemów. A w nim również zawiera się ich własne podejście do otaczającego ich świata. I teraz, gdy z czasem pojawiali się tacy, którzy przed tym przestrzegali, apelowali do rozsądku i do zrozumienia rzeczywistych przyczyn piętrzących się problemów, to ci byli przez lemingowatych zagłuszani, jako siejący defetyzm, godzący w ich iluzoryczne status quo, burzący ich ułudę stabilizacji. Momentalnie również zaczęły się włączać dawno wszczepione i wytresowane bodźce samokontrolne, które lemingowatym kazały jeszcze bardziej się znieczulać na nadchodzące negatywne sygnały. I trwało to do czasu, aż tak skonstruowany domek z kart, zaczął się rozsypywać przy pierwszym podmuchu wiatru. Tym razem, jego charakter był już nie tożsamy z podobnymi w przeszłości, gdyż jego źródłem było pęknięcie i deformacja wewnętrznej struktury, która utrzymywana jest ślepym oddaniem lemingowatych i wewnątrzgrupową tożsamością. Wśród lemingowatych zaczął się czas walki między sobą, aczkolwiek na zewnątrz jest to jeszcze słabo widoczne. Cóż zatem zaczęły robić elity i establishment? Ano, chcąc wydostać się z tej kurzawy, a jednocześnie zrobić ucieczkę do przodu, postanowiły uderzyć w swoich niedawnych sojuszników, tj. przede wszystkim w tych młodych, wykształconych z wielkich miast, którzy potraktowani instrumentalnie mogą jako pierwsi zostać rzuceni „na pożarcie” coraz bardziej wkurzonego tłumu. Lemingowate wchodzą w ten sposób w niewdzięczną rolę przyjęcia na siebie głównego ciosu, by w ten sposób uratować elity i establishment. Jednocześnie, ponieważ to właśnie te lemingowate cieszą się jakimś stanem posiadania, to są oni pierwszymi, którzy muszą, dla uspokojenia coraz bardziej wzburzonych mas, zostać ograniczeni w tym, co, jak im się wydaje, posiadają. Czas strzyżenia bowiem nadszedł. Stąd pojawiają się pomysły dotyczące m.in. zaostrzenia warunków kredytowych. Dzisiaj przestaje to być aż takie proste, tym bardziej, że zagraniczne koncerny-matki banków w Polsce wchodzą na coraz wyższe poziomy wrażliwości m.in. w zakresie rozwijania, tzw. akcji kredytowej. Jednakże lemingowate zdają się nie dostrzegać tego, że opowiadają się za czymś, co w swoim sednie jest wbrew ich żywotnym interesom i dobru w średnim i dłuższym okresie, bowiem to samo w sobie pozostawia ich w pozycji pozbawionej alternatyw. Stąd zaś jest prosta droga do wyzwolenia się owego ukrytego genu samozagłady aż do pojawienia się lemingowatych następnej generacji.

Cz. 1.

Koniec?

Ocena wpisu: 
Brak głosów