O KRASNOLUDKU I SIEROTKACH MARYSIACH

Obrazek użytkownika rolex
Kraj

Nie pisałem ostatnio, bo nie miałem nic ciekawego do napisania, a nic gorszego niż pisanie na siłę albo z zewnętrznego ‘musu’. Przez najbliższe dwa tygodnie też się nie zapowiada, bo mnie znów nie będzie - byłem w górach i tak mi się spodobało, że znowu jadę :) Tak na marginesie kolejnej narodowej tragedii wysokogórskiej, potwierdzam: góry to śmiertelna pułapka; w zasadzie każde góry. W tych moich, w końcu niewysokich, widziałem na własne oczy kolegę wykonującego ‘ślizg odwłokiem’ po zaśnieżonym stoku, i pozostającego w czasie tego ‘ślizgu’ w nadziei (podobnie jak bezradna publiczność), że zatrzyma się na kamorach jeszcze przed urwiskiem...

Zatrzymał się na głazie metr przed. Dalej to już byłoby dwadzieścia, dwieście, czy osiemset metrów, co w zasadzie nie robi wielkiej różnicy, tyle, że im wyżej od zwłok, tym gorzej je widać. Po dziesięciu godzinach podchodzenia i schodzenia (zwłaszcza schodzenia) z nóg robi się plusz. Dla zainteresowanych załączam kilka fotek pod tekstem, proponując konkurs na odgadnięcie lokalizacji. Dla ułatwienia dodam, że najpopularniejszy przewodnik po okolicy napisał w latach pięćdziesiątych urzędnik państwowy, którego nazwisko zaczyna się na ‘W’.

Jak wiemy, nie tylko łażenie po mniejszych i większych kamieniach w dół i w górę bywa ryzykowne; w ogóle – życie jest dość ryzykowne, chociaż można w jego ramach dokonać podziału na ryzyka większe i mniejsze, oraz ryzyka niezbędne i zbyteczne. Na pewno wszelkie ryzyka wynikające z proletariackiej projekcji dobrobytu lub sławy są zbyteczne, bo biorą się z wadliwej konstrukcji projekcji. Wszystko na temat tej wady napisali już pisarze i poeci, bo mieli zwyczajnie kilka tysięcy lat na zbieranie i segregowanie myśli z pokolenia na pokolenie.

Żeby błysnąć oczytaniem przypomnę jeden taki wybitny produkt tego namysłu nad zebranym i posegregowanym; otóż, w kongenialnej realistycznej i profetycznej powieści, antycypującej (J) przyszłe, masowe migracje z terenów uprawnych w te gęsto upstrzone betonem, cegłą, i asfaltem, a więc w ‘O krasnoludkach i sierotce Marysi’ pisarki Marii Konopnickiej, przedstawiciele miejskich cwaniaków (krasnoludki) korzystają z podwodów (koń plus wóz) reprezentanta mądrości ludowej, w celu przewiezienia skarbów z punktu A do punktu B.

W trakcie wykonywania nieodpłatnej umowy spedycji dochodzi do klasycznego, wydawałoby się, zderzenia mądrości agrarnej z cwaniactwem gęstej zabudowy, to jest: przewoźnik, który znalazł się w puncie położonym mniej więcej w połowie drogi pomiędzy A i B, kiedy to już ani wrócić ani dojechać do celu przed zmierzchem nie sposób bez jego dalszej pomocy, rozpoczyna negocjacje, otwierając licytację od zaserwowania klasycznego domniemania, że ‘czyj koń, czyj wóz, tego to, co na wozie’, na co ‘dzieci cegły i zaprawy’ odpowiadają chórem, że: ‘koń twój, wóz twój, a co na nim nasze! Kiep ten, kto da dmuchać sobie w kaszę’. Sytuacja staje się patowa, jak to zawsze bywa przy pojawieniu się dwóch odmiennych, a twardo ukorzenionych w praktyce poglądach na daną sytuację prawną, jednak szczęśliwie (ale nie można wykluczyć, że z wyrachowania) herszt krasnoludków odwołuje się do metafizyki tłumacząc: ‘Człowiecze, gdybyś ty tych skarbów tysiączną cząstkę miał, to by zguba Twoja była!’

To działa, bo metafizyka nie jest dla każdego i nigdy nie wiadomo, czy zguba dotyczy jedynie ducha, czy też chałupa, pole, żona, krowa, i dzieci też są zagrożone (kolejność w zależności od relacji: ‘jeść woła – owoce przynosi’).

Umowa zostaje wykonana, skarb i krasnoludki docierają na miejsce nieodpłatnie, to znaczy nie do końca nieodpłatnie, bo właścicielowi konia i wozu pozostaje mgliste doświadczenie ‘muśnięcia transcendencją’, wykraczającego poza ‘real’ chałupy, pola, żony, krowy, i dzieci. Po takim doświadczeniu żyje się lżej, a najważniejsze, że nie ma się kaca, tak jak to zwyczajowo bywa po prymitywnych substytutach transcendencji w postaci okowity.

Po tym długim wstępie wróćmy do tego, czym się zajmujemy najczęściej, a więc do podejmowania zbytecznych ryzyk w formie wyjawiania swojego zdania na temat otaczającej rzeczywistość. Wiem, że znowu zapowiada się długo, ale moje teksty mają ten walor, że można je przestać czytać w dowolnym momencie bez straty dla rozumienia całości, albo z identycznym efektem czytać co drugi akapit, więc proszę się nie naburmuszać.

Otóż zanim pojadę w te góry i zanim wrócę, aby się ponownie dzielić przemyśleniami, chciałbym Państwu zwrócić uwagę na dwa teksty analityczne popełnione przez dwóch różnych ludzi na podobny temat. Wydały mi się one warte omówienia, bo wyłamują się z tego ciągu myślenia schematycznego o ‘chałupie, polu, żonie, krowie, i dzieciach’ i zmuszają do - jeśli nie zmiany – to do przetestowania własnej perspektywy oglądania rzeczy. Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w Polsce zmienił się rząd. Nie zauważyli Państwo, prawda?

To dlatego, że przyzwyczaili się Państwo do błędnego poznawczo wiązania ‘bazy z nadbudową’ i do trwania w przekonaniu, że do zmiany rządu potrzebne są wybory parlamentarne i większość w parlamencie. Z drugiej strony większość z Państwa zgodziłaby się z tezą, że Polska demokracja ma charakter fasadowy, a być może nawet i z tezą, że każda współczesna demokracja ma charakter fasadowy i to już jakby i z istoty i z genezy. Musimy się zdecydować: albo koń i wóz albo skarb!

Dwóch wspomnianych analityków uznało za dowód na zmianę rządu pojawienie się na salonach władzy tandemu: Jacek Cichocki i Bartłomiej Sienkiewicz. Ci dwaj panowie od całkiem niedawna zajęli się, odpowiednio: kierowaniem i opracowywaniem strategii prac ośrodka rządowego, oraz działaniami wszelkich służb (jawnych i tajnych). Jeśli taki zakres obowiązków nie wypełnia definicji słowa ‘władza’, to co wypełnia (przy założeniu, że pozostajemy w sferze realu, a więc przy chałupie, polu, żonie, krowie, i dzieciach)?

Pora na przytoczenie i zalinkowanie przywołanych analiz. Jedna wyszła spod pióra p. Mateusza Matyszkowicza, została zatytułowana: ‘Polityka jak owad w terrarium, czyli gry nowego szefa MSW’, a możemy znaleźć ją tu: http://www.gazetapolska.pl/28187-polityka-jak-owad-w-terrarium-czyli-gry-nowego-szefa-msw; a drugą napisał profesor Andrzej Zybertowicz, zatytułował ‘System Sienkiewicza’, i można ten tekst odnaleźć wertując nr 9(21) Gazety Polskiej.

Ale co w środku? Zdecydowanie satysfakcjonujące jest dostrzeżenie, że zmiana rzeczywiście się dokonała, to znaczy ośrodek rządowy odsunął się kilkoma zdecydowanymi cięciami od wpływu ‘panów w wojskowych butach’, pozostawiając im jedynie ośrodek prezydencki w roli żerowiska, a tym samym wydał i ośrodkowi prezydenckiemu, i panom w butach otwartą wojnę; że ‘cięcia’ i nominacje miały rzeczywiście taki właśnie charakter świadczy choćby ostatnia w szeregu dymisja szefa BOR-u Janickiego, który ‘wypełniał się bytowo’ primogeniturą z trójkąta: Władysław Janicki, Olgierd Dzierżynkiewicz, Czesław Kiszczak (a jeśli dodamy jednego ‘lampasa’ od Aleksandra, i jednego od Bronisława, to mamy komplet).

Kto w zamian za Bondaryka, Arabskiego, czy Janickiego?
Ano właśnie wspomniani dwaj panowie. Skąd się wywodzą? Z Ośrodka Studiów Wschodnich stworzonego przez śp Marka Karpa, który – jak wszystko na to wskazuje – zainteresowanie ‘Wschodem’ przypłacił życiem. Profil Ośrodka Studiów Wschodnich oraz przebieg dalszej kariery obydwu panów wskazuje dość jednoznacznie, że mamy tutaj do czynienia z próbą stworzenia silnego centrum ‘wczesnego ostrzegania przed Wschodem’, a więc z radykalną zmianą dotychczasowej polityki, kiedy to – jak pisze o Sienkiewiczu Matyszkowicz – usiłowano prowadzić z Rosją grę zakładając bez-alternatywność rosyjskiej polityki w zakresie jej zbliżenia z Europą, a więc i Polską, a wszystko to – co ciekawe – po Smoleńsku. Nie mogę w tym momencie powstrzymać się przed zadaniem pytania (i Matyszkowiczowi, ale przede wszystkim Sienkiewiczowi): jako to szczególna wiedza o 10 kwietnia 2010 roku pozwala na uznanie, że to właśnie rosyjska polityka względem Polski miała się stać bez-alternatywna po tej dacie? A nie odwrotnie, jak powszechnie każą nam wierzyć krasnoludki?

Problem z publikacjami obu autorów jest taki, że one idą niejako w poprzek obecnie obowiązujących narracji, bo jeśli – jak twierdzi jedna ‘doxa’ - Tusk jest na krótkiej smyczy Putina, to jakim cudem się z niej urwał? A jeśli – jak twierdzi ‘doxa’ wręcz przeciwna – jest antyrosyjskim elementem w nadwiślańskim krajobrazie obozu władzy, to dlaczego dopiero teraz podjął jakiekolwiek zdecydowane działania?

Tego typu niekonsekwencje wynikające z przyjętego przez główne nurty walczące w Polsce o władzę ‘samoograniczania się’ (często ze szlachetnych pobudek) w ujawnianiu prawdy mają niekiedy nieco zabawny skutek, jak wtedy, kiedy inny z grona wyśmienitych publicystów, p. Jacek Niziniewicz, przewiduje ‘zesłanie’ Janickiego albo do KGHM albo PGNiG. No albo Tusk po coś sięgnął po takie kadry jak Sienkiewicz i Cichocki, albo zajmuje się wsadzaniem ‘kretów’ w najważniejsze spółki państwowe decydujące o jego istnieniu. Chyba, że myślimy o fusze dozorcy, albo kierowcy, ale to najprościej byłoby poprosić Grasia o referencje.

To, że straszenie inwazją rosyjską jest elementem mobilizacji zwolenników dwóch z trzech obozów politycznych jest oczywiste dla każdego, kto szuka głębiej niż w materiale podawanym do konsumpcji. W rzeczywistości geopolitycznej, w której szef MSW Azerbejdżanu dokonuje publicznego przeczołgania rosyjskiego ambasadora nakazując mu usunięcie z zestawu wiadomości agencyjnych państwowej agencji RIA Novosti treści dla Azerbejdżanu niepochlebnych, a ten ostatni to życzenie błyskawicznie spełnia, a prezydent Ukrainy zgadza się łaskawie rozważyć przystąpienie jego kraju do Unii Celnej, ale na zasadach i z wyłączeniami dogodnymi dla jego kraju, a przy tym angażuje światowe firmy wydobywcze w dzieło rychłego uzyskania statusu kraju niezależnego energetycznie, powtórka z pierwszej fazy wojny 1920 roku wydaje się nieco abstrakcyjna, niemniej spełnia swoje propagandowe zadanie w gronie słabiej zorientowanych.

Przyznam się, że rzuciłem się na tekst profesora Zybertowicza dotykający problemu przejęcia władzy wykonawczej (jej mocniejszej, rządowej części) w Polsce od ośrodka mocno zinfiltrowanego przez służby post-sowieckie przez wąską grupę anty-post-sowiecką z nadzieją, że Pan profesor postawi tę ‘kropkę nad i’ i roztoczy pełną panoramę kręgów wzajemnie przecinających się interesów. Nie zawiodłem się i zawiodłem się jednocześnie. Z jednej strony, zupełnie trafnie profesor Zybertowicz dokonuje cezury pomiędzy myśleniem pozornie pragmatycznym analityków związanych z obozem Platformy, oraz precyzyjnie określa granice możliwości powodzenia wysiłków modernizacyjnych (przy przyjęciu założenia, że modernizację należy prowadzić nie naruszając istniejącego układu interesów), a obozem skupionym wokół Jarosława Kaczyńskiego, gdzie podstawą modernizacji jest znaczne, a więc rewolucyjne, odcięcie się państwa od interesów mafijnych oraz podjęcie zburzenia fasady i przywrócenia jakiejś republikańskiej formy rządów (na wzór sanacyjny), z drugiej – z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów – zatrzymuje się nad dopowiedzeniem tych kliku zdań ‘dalej’.

Całkowicie zgadzam się z diagnozami i Zybertowicza i Matyszkowicza, że wyniki analiz, którym złożono na ołtarzu prawdę o 10 kwietnia 2010 roku, okazały się nietrafione, i stąd ‘nowe rozdanie’ i poza-formalne przejęcie władzy wykonawczej przez nowy ośrodek (de facto: zatrudnienie przez Tuska nowych menedżerów o innej koncepcji prowadzenia rywalizacji na rynku, żeby użyć siatki pojęciowej zrozumiałej dla zwolenników PO). Zresztą, zapoznanie pewnej nietrafności analiz (albo: dynamicznej zmiany układu sił na świecie) widać również w obozie PiS, gdzie politycznie postawiono na misję profesora Glińskiego, rezygnując z eksponowania dotychczasowo pierwszoplanowej misji Macierewicza (proszę nie mi nie tłumaczyć, że wynik głosowania nad wotum nieufności miał jakiekolwiek znaczenie praktyczne, bo nie miał – głosowanie było pewnym etapem rozwoju strategii, a nie celem, a jego wynik był znany na długo przed głosowaniem).

Natomiast oprócz tego, że się zgadzam, to nie rozumiem jednoczesnej krytyki (Zybertowicza) analiz Sienkiewicza, zarzucającej Sienkiewiczowi ‘zatrzymanie się’ przed podjęciem analiz precyzyjnie opisujących rzeczywistość, i jednoczesnego zatrzymania się Zybertowicza przed próbą opisania dokładnie tego samego problemu. Co więcej, o ile Sienkiewicz zwyczajnie milczy, to profesor Zybertowicz (nie mogąc milczeć zupełnie po przeprowadzeniu krytyki milczenia) coś nam tam jednak proponuje: otóż nad piętrem lokalnych i branżowych interesów ma się, zdaniem profesora, rozciągać bezpośrednio ‘stratum’ ‘interesów służb rosyjskich’. Do ‘zetknięcia’ się tych dwóch poziomów ma dochodzić gdzieś tam właśnie na styku zarządów państwowych molochów i reprezentantów rosyjskich służb (jak zrozumiałem). Tyle, że to nie tłumaczy po pierwsze: ostatnich wojen o polską chemię, czy widocznego napięcia pomiędzy obozem prezydenckim a rządowym (policzek w postaci publicznego obśmiania pomysłu wejścia do strefy euro przez obóz prezydencki, a więc groźba veta), czy ostatnich wzajemnych prowokacji około-smoleńskich. To jednak chyba jest tak, że pomiędzy zarządcami polskim kapitalizmem państwowym, a służbami (i nie tylko rosyjskimi, ale również niemieckimi, amerykańskimi, brytyjskimi, czy chińskimi) jest jeszcze jedno piętro, i wciąż jeszcze pozostaje ono do pewnego stopnia autonomiczne (choć naciskane i szantażowane z wielu stron, co chyba widać).

To piętro to taki słoń, którego wszyscy udają, że nie widzą, bo a nuż machnie trąba, albo, co nie daj Boże, na nas usiądzie...

Doskonale rozumiem tę ostrożność, bo jeśli w szeregu ‘samobójstw’ polskich wybitnych postaci życia publicznego dominuje metoda jego popełnienia przez powieszenie przy zastosowaniu wymagającej dobrej znajomości anatomii metody dwóch węzłów (kryminalistycy niech się nie obruszają na terminologię, wiemy o co chodzi) oraz dokonanych w pozycji klęczącej, i taki sam ‘modus operandi’ pojawia nam się w serii zabójstw osób związanych ze sprawą Olewnika (no chyba jednak lokalną, to znaczy wewnątrz-polską*), to widać, że słoń jest, że może być ciężki, i że jest nadwiślański. Jeśli do tego dodamy (na przykład) klasyczną wrzutę wewnętrznej rozwiedki w postaci ‘wycieku’ informacji, że jedna z ofiar ‘seryjnego samobócy’ miała być związana z rosyjskim wywiadem (Dariusz Sz.), to mamy pewną całość, której elementami są i tworzenie wyimaginowanego, a przez to bezpiecznego wroga, hen, hen, i unikanie wzrokowej konfrontacji ze słoniem.

Metoda nie nowa, jeśli przypomnimy sobie identyczną ‘narrację’ poprzedzającą wprowadzenie stanu wojennego w 1981, a przyjęta przez znaczną część opozycji (walczyk: ‘Wejdą, nie wejdą?’). Wróg ‘szyty’ na miarę ma zbiór zasadniczych zalet: można się go bać, można nim straszyć uzasadniając własne porażki, nie można z nim przegrać, a zawsze można zwyciężyć i odtrąbić na placu hymn zwycięstwa.

W każdym razie, pomijając garść moich krytycznych uwag, obydwa artykuły gorąco polecam, bo pozwalając wgryźć się nieco głębiej w rozumienie otaczającej nas rzeczywistości.
* moim zdaniem sprawa Olewnika ma jedno dosyć proste wyjaśnienie. Otóż były dwa porwania Krzysztofa Olewnika.

Pierwsze (nazwijmy je reżyserowane) i drugie – już prawdziwe. Prawdziwy gangster dowiedział się, rozpoznał i wykorzystał plan 'kieszonkowych gangsterów' niższego szczebla i postanowił ‘przejąć’ biznes, wraz z zakładnikiem i okupem, a w zasadzie nawet nie dla okupu, ile dla uwikłania w morderstwo długiego szeregu postaci z policji, prokuratury, polityki, wedle znanego schematu: wy myślicie, że wykonujecie kombinacje, więc my pociągniemy to dalej, do tragicznego końca, którego skutki na was i wasze dzieci... Schemat ten sam, jak w przypadku zabójstwa ks. Jerzego, czy – jak ja sądzę – Smoleńska.
A na koniec obiecane góry (u góry :)

Ocena wpisu: 
Brak głosów