DMIJMY ROZWAŻNIE W ORKIESTRZE

Obrazek użytkownika rolex
Kraj

W życiu bym się nie spodziewał, że wpadnę na pomysł poświęcenia kilku akapitów nieznanemu w świecie zjawisku corocznego poświęcenia jednego dnia na wielką, narodową zbiórkę pieniędzy na rzecz dofinansowania dziecięcych oddziałów państwowych szpitali. A poświęcam, bo znajoma mnie przycisnęła tym zjawiskiem i nie odpuszczała, pomimo moich solennych zapewnień, że nie mam zdania, nie interesuję się, nie wiem. Tak powstała garść refleksji wstępnych, które tu, już bardziej systematycznie, przelewam na papier, a w zasadzie na ekran.

Istnieją w tradycji europejskiej dwa typy świadczenia dobroczynności. Pierwszy wywodzi się z tradycji chrześcijańskiej i służy ‘zarobieniu plusa’ u Szefa. Żeby zarobić plusa dobroczynność trzeba świadczyć w ukryciu przed światem, a przynajmniej unikając rozgłosu – taka ‘niewidzialna ręka’. Pismo Święte tłumaczy wprost, że nie da się mieć dwóch rzeczy na raz: ludzkiego podziwu i chodzenia w glorii ‘wielkiego dobroczyńcy’ oraz dobrego uczynku w oczach Boga. Dlatego ludzie wierzący dokonują wyboru: chcą mieć to lub sio.

Czy w tradycji chrześcijańskiej ostentacyjna dobroczynność jest zakazana? Nie jest, jest chyba nawet zalecana; pozbawiona jest natomiast cechy ‘zasługi’ religijnej, w zgodzie z koncepcją ‘jednorazowej zapłaty’. Chrześcijańska etyka (choć nie tylko chrześcijańska) wywarła wpływ na naszą wrażliwość oraz do pewnego stopnia na normy zachowania społecznego uznawane za właściwe i godziwe. Wrzucając grosz do puszki potrzebującego nie machamy chorągwią i nie krzyczymy: ‘O to ja, Zdzisław Dziurski, zamieszkały... wrzucam ten oto grosz z mojej harówy na rzecz tego nieboraka, który podłego stanu jest!’, bo zwracanie uwagi na własną dobroczynność jest tego rodzaju komunikatem: zwracamy uwagę na siebie, jako na dobroczyńcę, i na nieboraka, jako nieboraka. W przypadku biednych dzieci zwracamy uwagę na nieporadność rodziców.

Istnieje też inna tradycja, wywodząca się ze świeckich nurtów utylitaryzmu i humanizmu, w której centrum jest człowiek a działaniem modelowym działanie skuteczne. Ta tradycja generalnie nie za bardzo chce pozostawić człowiekowi możliwość wyboru, czy chce podzielić się owocami swojej pracy, czy też nie, więc w drodze stworzonego mechanizmu dystrybucji i przymusu państwowego uszczknie jednym, a wyrówna drugim, w taki sposób, że ten komu uszczknięto nie może się chełpić, a ten, komu dano nie musi się czuć zakłopotany. W kraju, w którym mieszkam dużym szokiem okazało się opublikowanie danych pokazujących, że dwadzieścia procent pracujących obywateli ‘żyje za swoje’, to znaczy więcej wpłaca do kasy niż wypłaca, a poza tym dopłaca do pozostałych osiemdziesięciu procent.

Ideałem tej tradycji byłoby zniesienie dobroczynności w ogóle. Czy jakimś tam dawnym masonom nie chodziło w ich ‘korbie’ walki z Bogiem, żeby odebrać ludziom wypracowywanie ‘plusów u Szefa’ nie wiem, mogło tak być, ale nie musiało. W każdym razie nie wyszło, tak jak już od dwustu lat Europie nie wychodzi prawie nic oprócz ‘zwijania się’ w każdym możliwym obszarze ludzkiej aktywności. Nie wyszło i wbrew kolejnym falom pomysłów inżynierów społecznych i menedżerów struktur ‘pomocy i opieki’ zjawisko biedy nie znika, a w ostatnich latach nastąpił jego dramatyczny wylew w związku z realizacją tworu ‘Unia ci wszystko załatwi’. Załatwiła, wygląda na to, że niektóre obszary na amen.

W sytuacji kryzysu problem, który miał zniknąć - problem dobroczynności - staje na nowo. Dobroczynność wynikającą z nakazów religijnych zostawmy na boku, bo ta będzie istnieć po cichu dopóki istnieje religia, a jak religia gdzieś zniknie, to zniknie też i ten rodzaj dobroczynności, i zajmijmy się dobroczynnością ‘świecką’, tak ją nazwijmy. Pragmatyczni Anglosasi wymyślili dobroczynność, jako działalność zarobkową zrywając z – ich zdaniem – obłudą, która nakazywała niełączenie świadczenia dobra z zarabianiem pieniędzy. Dlatego organizacje charytatywne są rejestrowane i prowadzone według podobnych reguł, jak spółki handlowe. Zasada jest jedna – bilans musi wyjść na zero, a więc suma zebrana musi być wydana. To gdzie biznes? Ano kosztem w organizacjach charytatywnych są pensje pobierane przez zarządy, pracowników administracji, oraz akwizytorów, które potyrafią sięgnąć osiemdziesięciu procent przychodu z datków. W tym modelu działalność charytatywna jest sposobem na życie, często dostatnie, godziwe, i ubogacone błogim przeczuciem, że w tym miesiącu tysiąc dzieci w Burundi dostało szklankę mleka. Czy tego rodzaju model jest godzien potępienia? Ależ skąd, jest wart propagowania, w końcu te dzieci dostają to mleko! Inną sprawą jest, czy zawodowi i dobrze opłacani menadżerowie miłosierdziem zasługują na uwielbienie. Moim zdaniem nie, natomiast na uznanie i owszem, o ile są skuteczni.

Przejdźmy do przypadku polskiego, rozpalającego namiętności. Otóż w Polsce mamy deficyt dobroczynności i to na każdym poziomie. Właściwie do czasów Owsiaka i jego Orkiestry jedynymi funkcjonującymi formami dobroczynności była dobroczynność chrześcijańska (niekoniecznie świadczona przez kościoły lub związki wyznaniowe, ale świadczona po chrześcijańsku – bez rozgłosu) oraz upaństwowiona, ale tej ostatniej nie bardzo można uznać za dobroczynność sensu stricto, bo nie występuje w niej element dobrowolności świadczenia, a ten kto daje (urzędnik) daje nie swoje, wykonując swoją pracę i pobierając wynagrodzenie.

Reglamentacja dóbr w fasadowym kapitalizmie (odbywająca się kanałami) powoduje ich niedosyt, a to rodziło potrzebę brutalnej i egoistycznej o nie rywalizacji. Człowiekiem biednym, z małej miejscowości się gardzi, bo nie zostawił swojego Pipidowa i nie przeniósł się na czas do wielkiej korporacji, by zdobyć pieniądze, uznanie i sławę. Sam jest sobie winien i nie może oczekiwać żadnej dobroczynności, zresztą niech się państwo tym zajmie, ‘przecież płacę podatki’. Przyznacie Państwo, że tak odtworzona argumentacja nie jest, patrząc z perspektywy polskiego doświadczenia, egzotyczna.

Człowiek, oprócz potrzeb materialnych, ma jednak i te duchowe, i nijak nie udaje się ich całkowicie stłumić. Jedną z nich jest wewnętrzne (wdrukowane wielkimi cywilizacjami ludzkości) przekonanie o konieczności dobroczynności.

W potrzebę publicznie świadczonej dobroczynności wstrzelił się idealnie projekt Owsiaka i on sam. Patrząc na rzecz całą od strony psychologicznej projekt jest szyty na miarę. Po pierwsze, zawracają głowę raz do roku. Po drugie, na dobrą sprawę nawet nie trzeba wyjść z domu. Po trzecie, nie ma się kontaktu z tymi biednymi i chorymi, a z nimi, wiadomo, różnie bywa, nie zawsze jest miło i sympatycznie. Po czwarte, dostaje się naklejkę – taki certyfikat, że jestem dobroczyńcą, z którą można sobie paradować po mieście i – co jest fenomenem kulturowym – jest to chyba jedyny publiczny sposób obnoszenia się z dobroczynnością, który nie jest ‘obciachowy’.

A dlaczego tak jest? Ano dlatego, że w tym wyjątkowym dniu w roku, dla wielu być może nawet bardziej wyjątkowym niż Boże Narodzenie, ludzie na co dzień nieczuli na los bliźniego mogą się rozczulić w dobrym towarzystwie i w obiektywach kamer. Owszem, być może urządzenia ratujące życie trafią do Pipidowa, ale my sobie Pipidowem głowy zawracać nie musimy. Pipidów pozostaje ne fas, my brylujemy razem z naszymi idolami z wielkiego miasta, którzy w zamian za drobną opłatę dają nam nie tylko widoczny certyfikat ‘bycia dobrym’, to na dodatek dają nam rozgrzeszenie z całorocznej nieczułości na biedę i zło.

Czy to jest krytyka?

Absolutnie nie. Jest to z mojego punktu widzenia dobroczynność powierzchowna, łatwa i przyjemna, ale skuteczna, a ostatecznie ileś żyć ludzkich dzięki temu festiwalowi próżności zostanie uratowanych. Etyczny bilans moim zdaniem zamyka się na zero. Życie uratowane, a Ci którzy się przyczynili do tego ratowania też dostali swoją zapłatę. Klasyczna robota na pragmatyczny wzór anglosaski. Przyklasnąć.

Z tego samego, co wyłuszczony powyżej powód żadnych zarzutów nie można czynić szefowi Orkiestry – Owsiakowi. Uczynił sobie z Orkiestry sposób na życie? Uczynił, jak setki tysięcy innych prezesów organizacji charytatywnych na świecie i chwała mu za to; mógł zostać producentem filmów porno albo rabusiem i wtedy bilans etyczny byłby ujemny.

Czy wobec tego mam jakieś ‘ale’?

Trzy. Po pierwsze mam ‘ale’ dotyczące niedopuszczalnego moim zdaniem łączenia publicznego z prywatnym. Tam, gdzie z prywatnymi darowiznami łączą się zebrane pod przymusem pieniądze podatnika, sytuacja przestaje być jasna i klarowna, bo jak było wspomniane, tego typu działalność charytatywna jest również sposobem na życie i zarabianie pieniędzy. Nie ma w tym nic złego, jeśli całość środków jest pozyskiwana w oparciu o zasadę dobrowolności; jest to naganne jeśli jakaś część środków pochodziłaby z państwowej kasy. Powstaje pytanie, dlaczego tego typu akcji nie przeprowadzić wyłącznie w o wiele bardziej popularnych prywatnych stacjach telewizyjnych i radiowych? Dlaczego, wzorem fundacji zachodnich, nie wynajmować publicznych placów wedle ustalonego cennika (powiedzmy z uczciwym rabatem)?

Istotą dobroczynności opartej o biznes jest wymagana klarowność finansowa, taka jak w spółkach prawa handlowego. Czym jest czas antenowy? Darowizną. Czy publiczne środki masowego przekazu mogą przekazywać takie darowizny na rzecz firm prywatnych, choćby i charytatywnych? Nie sądzę.

Drugie zastrzeżenie jest podobnej natury. Otóż fundacja nie prowadzi działalności medycznej sama, ale wspiera państwowe usługi medyczne w ich statutowej działalności. To może po pierwsze rodzić pewnego rodzaju nieczytelność poprawności zarządzania nimi. Pojawia się pytanie, czy szpital lub inna państwowa jednostka Ochrony Zdrowia nie była w stanie dokonać zakupu sprzętu dla ratowania zdrowia pacjentów dlatego, że dostała zbyt mało pieniędzy z budżetu, czy dlatego, że nie potrafiła właściwie zarządzać otrzymanymi środkami? Brak sprzętu rodziłby oczywiście niezadowolenie, a to z kolei nacisk wymuszający zmiany zarządzania, skierowany przeciw dyrektorom szpitali, ale również wojewodom, czy Ministrowi Zdrowia. Więc jest tutaj aspekt polityczny zagadnienia – Orkiestra jest jednym z ‘odgromników’, skutecznie łagodzącym ewentualne skutki niezadowolenia ze złego zarządzania.

Ale i to puściłbym ‘mimo’, jako jeden z elementów niedoskonałości wszelkich ludzkich tworów.

Przejdźmy do innego zagrożenia związanego z finansowaniem państwowej służby zdrowia. Otóż my jesteśmy świadkami trwającej od lat ‘komercjalizacji’ opieki medycznej, to znaczy procesu, w którym państwo nie radzi sobie z utrzymaniem tej opieki i w związku z tym chce przekazać zarządzanie i finansowanie jej w inne ręce. Wbrew lansowanej, niepełnej informacji, że ośrodki ochrony zdrowia przekazano samorządom, kierunek nie jest ‘samorządowy’, ale ‘prywatyzacyjny’, a to z tego powodu, że za przekazaniem ośrodków nie poszły pieniądze pozwalające na ich utrzymanie, a racjonalizacja wydawania środków nie leży w możliwościach samorządów z powodu (najczęściej) braku kompetencji. Poprzez formułę ‘spółek prawa handlowego’ dokona się prywatyzacja poprzez upadłość, a więc najgorsza forma prywatyzacji, gdzie majątek przejmuje się za długi. A wtedy w ramach ‘masy upadłości’ znalazłaby się również nasza ze serduszka kupiona aparatura służąca ratowaniu życia. I mogło by się okazać, że służyłaby w przyszłości czyjemuś prywatnemu biznesowi medycznemu. Czy biznes medyczny jest zły? Znów – nie! I to po trzykroć; moim zdaniem jest jedyną odpowiedzią na postulat podnoszenia się poziomu zdrowia społeczeństw. Natomiast nieetyczne byłoby budowanie takiego biznesu w oparciu o dobra podarowane przez darczyńców z zupełnie inną intencją.

I zastrzeżenie trzecie. Dobroczynność jako biznes jest samo-wyczerpująca się w tym sensie, że dobroczyńca-biznesmen żyje godziwie traktując działalność charytatywną jako własną pracę. Jeśli jest skuteczny i nie bankrutuje, konkuruje z innymi, podobnymi biznesami w wyścigu o zdobycie datków, możemy tylko żywić podziw dla dobrego zarządzania, który wytwarza wartość dodaną, liczoną i pieniędzmi i ulżeniem w cierpieniu. Natomiast dobroczyńca-biznesmen niekoniecznie powinien dokładać do swojego produktu ‘gratisa’ w postaci jego przemyśleń na tematy filozoficzne, społeczne, religijne, czy wręcz polityczne, wykraczające poza ramy potrzeb dobroczynności, bo jest to emocjonalne i intelektualne oszustwo. Dlatego znakomita większość organizacji charytatywnych unika tego rodzaju skojarzeń i afiliacji. Owsiak tego uniknąć nie umie i nie potrafi, a więc w tym zakresie brak mu zwyczajnie profesjonalizmu.

A czy ja sam wziąłem kiedyś udział w zbiórkach organizowanych przez Orkiestrę? A tego oczywiście nie napisze. Wszystkim wolontariuszom (im zwłaszcza), darczyńcom i fanom Wielkiej Orkiestry życzę rekordowej zbiórki, trafionych zakupów, i morza ludzkiej wdzięczności.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Dobroczynność chrześcijańska, czyniona bez rozgłosu... No właśnie...

W roku 2010 Caritas wydał na dzieła dobroczynne więcej niż owsiakowa orkiestra zebrała w ciągu 21 lat swojej działalności... Nie pamiętam dokładnych danych, ale wygląda to mniej więcej tak: Caritas 2010 - 550 mln PLN, WOŚPx21 - ok. 500 mln PLN.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#322839

To prawda, ale tez i to, że nie powinnismy tego rozgłaszsać, bo wtedy zgadzamy się na ich warunki - kto dał więcej?

Serdecznie podrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#322921

Od 40 lat taki dzień jest w Austrii. W Wigilię można dokonać wpłaty telefonicznie, przez SMS , faksem lub za pośrednictwem Internetu na rzecz osób niepełnosprawnych. Licht ins Dunkel, podobnie jak u nas WOŚP, ma swoich gorących zwolenników i przeciwników. Siedziba stowarzyszenia znajduje się w Wiedniu. http://lichtinsdunkel.orf.at/

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#322863

boldandcharm
Obawiam się, że Orkiestra rozważnie, tak żebyśmy się nie zorientowali, dmie nas.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

boldandcharm

#322904

Może i tak być, ale to można (i trzeba) sprawdzić.

Nie krytykujmy dobroczynności (choćby łatwej i 'sponsorowanej) jako takiej, ale punktujmy wszelkie nadużycia przy tej okazji.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#322926

wszystko jest bardzo spójne, ale brakuje mi ...no właśnie. Zastanawiam się od pewnego czasu (im więcej informacji i ciekawostek zaczyna wychodzić na światło dzienne), że coś jest nie tak. Jako przedsięwzięcie dobroczynne niby wszystko cacy - dzieciaki zbierają, Naród się jednoczy (głównie przed telewizorem), fajerwerki strzelają, "tak-sie-bawi, tak-sie-bawi War-sza-wa!!!", szpitale otrzymują jakiś sprzęt dzięki któremu pomogło się wielu dzieciom. Super. Teraz o biznesie. WOŚP oraz córki-spółki, córki-kochanki i inne melony stanowi dość zagmatwany twór. Niewątpliwie jest to twór bardzo klarowny dla jego beneficjentów. Do tej pory nie słychać aby na czymś wpadli więc - może nikt nie szukał, może są rzeczywiście czyści albo są niezłymi cwaniakami - nie wiem. Super. Teraz trochę rachunków. WOŚP w tym roku zbierze, przyjmijmy, 60 mln zł. Przyjmijmy, że potrzebujących (korzystających z zakupionego sprzętu) jest 5 mln. Wypada 12 zł rocznie (1 zł na miesiąc) na potrzebującego. Nie za bogato. A to przecież są pieniądze brutto (bez kosztów), więc będzie mniej. I tu dochodzę powoli do setna. WOŚP, jak z coraz większym przekonaniem sądzę, był (a może stał się) dziwną hybrydą. Z jednej strony prowadzi pozornie lub niepozornie działalność szczytną i dobroczynna, zaś z drugiej strony jest potężną machiną medialno-propagandową. Machiną bardzo sprawną organizacyjnie, elastyczną, skuteczną i dyspozycyjną. Coś za coś. WOŚP sobie spokojnie zarabia a ONI pozwalają mu zarabiać, dokładając swoją cegiełkę bezcenną w postaci pełnej logistyki (policja na gwizdek, samorządy na strzelenie palcami jak na kelnera, media darmowy przekaz i patronat medialny, a skarbówka prawdopodobnie zaabsorbowana jest konkurencją) i gwarancji bezpieczeństwa. Obroty roczne WOŚP są przecież tak na poziomie niezbyt dużej, lokalnej firmy budowlanej albo małej hurtowni czegokolwiek. Reasumując mała firma, cwanie podany cel działalności i w podzięce dyspozycyjność. Nic nie poradzę, że do takiej spiskowej wizji WOŚP-u przekonuje mnie coraz więcej informacji oraz furiacka obrona Jerzego Owsiaka, prowadzona na granicy obłędu i orwelowskich seansów nienawiści przez wszystkie "wiodące" i "mejnstrimowe" media i "ałtorytety", przed najdrobniejszą krytyką. Zwłaszcza teraz gdy panu Jerzemu ulało się na temat eutanazji. To nie jest normalne aby dorosłego gościa (darzonego ponoć zaufaniem podobnym do Jana Pawła II) ad hoc powstały FJM (front jedności mediów) wyręczał w tłumaczeniach piramidalnej głupoty, którą był łaskaw wygłosić.

Pozdrawiam

HdeS

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

HdeS

#322972