BARCHANOWE REFORMY

Obrazek użytkownika rolex
Kraj

Barchanowe reformy Mniszchówny, bo gdzieś tak należałoby pozycjonować doniosłość w kulturze redaktora naczelnego pisma oferującego przegląd najświeższych i najbardziej popularnych pup Rzeczpospolitej, wydało z siebie oświadczenie o treści zrozumiałej dla wszystkich warszawskich wykidajłów od trzeciej nad ranem, kiedy to dzięki zrozumieniu jego treści można rozpocząć akcję wyrzucania na zbity pysk reprezentacji niemłodych dorobkiewiczów, którzy zapomnieli dobrego, prowincjonalnego wychowania, a nigdy nie nabrali wielkomiejskich manier, więc się brudzą.
Sama treść zaskakująca nie jest, ot w afekcie odzyskania nadwątlonego zaufania dworu trzeba było z siebie wydobyć coś autentycznego, a cóż bardziej autentycznego niż zasuflowanie próbki języka, którym posługujemy się w domu?
A już tym bardziej, że tym samym językiem posługują się członkowie rządu, no może nieco zmodyfikowanym boiskowymi naleciałościami, dlatego zamiast: „walić seteczkę” na posiedzeniach mówi się „strzelać karniaka”.
„Karniaka” strzela premier Tusk, który właśnie chciał coś zrobić, ale nie wiedział co, więc zrobił cokolwiek i zgłosił akces do jakiejś inicjatywy, która ma zachować dla Niemiec przywilej druku pieniądza.
Przywilejem druku pieniądza Niemcy zamierzały skopiować Stany Zjednoczone Ameryki, ale się nie udało, to znaczy w bankructwo Ameryki mało kto wierzy i dlatego Ameryka nie bankrutuje, bankructwo „ojro” jest oczywiste i dlatego konsekwencje mają ponieść frajerzy, którzy się nie zorientowali.
Dla przerzucenia części konsekwencji na frajerów przyda się jakiś żyrant, ale wobec krachu najlepiej jakby był tani, stąd opcja nadwiślańska.
W sytuacji „wielkiej kołomyi elementarnej” ludziom wątleją mózgowia i idąc w ślady premiera robią cokolwiek, a jakość tego cokolwiek jest wprost proporcjonalna to intensywności zwątlenia.
Ponieważ nie każdy posiada instytucjonalne umocowanie, żeby zostać żyrantem samego dowódcy wielkiego narodu niemieckiego, pośledniejsze organizmy żyrują cokolwiek, co może się z przywódcą kojarzyć. Słabość dyplomatyczna nie pozwala podżyrować nawet burmistrza Frankfurtu na Odrą, stąd żyrowanie trzeba ograniczyć do jakiegoś wewnetrznego politycznego katzenjamer polskiej polityki.
Nie mogąc podlizać się samej Angeli mali wielcy przywódcy kanapy i niedużego biurka z IKEI postanowili podżyrować marginalną organizację RAŚ, która chce zafundować poczciwym Ślązakom powrót do kategorii „Łyska z pokładu Idy”, a więc konia, który ciągnie, co w sytuacji Eurozony mogłoby przedłużyć agonię o kolejne dwa miesiące.
RAŚ jest chybionym obiektem uwielbień, a poza tym mało kto o nim słyszał, i dlatego nawet najdonośniejsze jodłowanie o tym „jak to ten wstrętny Kaczyński powiedział, że RAŚ jest ekspozyturą niemieckości na Górnym Śląsku”, więc nam, którzy nienawidzimy Kaczyńskiego tez należy się trochę „ojro” jest spóźnione, jest bez sensu i jest żałosne.
Na „ojro’ załapie się Donek, ale już tylko on i tylko na resztówkę, reszta musi rozejrzeć się za innym sposobem dorabiania, proponuję pogadać z przywołanymi w pierwszym akapicie Barchanowymi reformami Mniszchówny, one wiedzą jak zarobić trochę grosza jak się nie ma nic do powiedzenia, ale ciągle jeszcze potrafi się wypiąć (ma się doświadczenie w wypinaniu na ludzi, którym zawdzięczamy niezasłużone kariery).
W „polskość” i „śląskość” Śląska się nie wdaję; tam na Śląsku wiedzą najlepiej, co to znaczy być Ślązakiem w Niemczech. Wiedzą dobrze od tych kilkudziesięciu tysięcy ziomków, którzy w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych próbowali „ojczystego” chleba w Stuttgarcie, Frankfurcie nad Menem i Monachium.
Pomiędzy Ślązakami i Polakami może być wiele napięć i nieporozumień; można je jednak rozwiązać nie studiując języków obcych; napięcia pomiędzy Niemcami i Ślązakami są dzisiaj dosyć skrzętnie ukrywane, ich ślady pozostały jednak głęboko w historii śląskiego ludu i narodu niemieckiego, również tej najnowszej.
11 listopada, przy okazji obchodów rocznicowych związanych z zakończeniem działań wojennych I Wojny Światowej, a obejmujących wdzięczną pamięcią wszystkich weteranów, wraz z kilkunastoma brytyjskimi nastolatkami, uczestniczyłem w spotkaniu z bohaterami.
Weteran, uczestnik D-Day, kiedy tylko zorientował się, że opiekun młodzieży jest Polakiem, z wyraźną radością rzucił garścią wspomnień związanych z polsko-brytyjskim braterstwem broni. Polak – towarzysz broni, był wprost wymarzonym kompanem w przełamywaniu niemieckich fortyfikacji. Był swojego rodzaju wunderwaffe alianckich armii. Jego dodatkowa siła polegała na tym, że w potrafił się porozumieć we własnym języku z częścią „obrońców wilczych szańców” i posługując się sobie znanymi metodami perswazji nakłonić ich do honorowego poddania stanowiska.
Negocjacje zaczynały się zwyczajowym: „Ej! Chopy! Kiela tam was?”
A kończyły powrotem do własnej dziołchy, bo kto rzuciłby dziołchę dla jakiejś szkopskiej chyrpy.
A tymczasem zbliża się 10 kwietnia. Dzień pamięci, zadumy, refleksji nad tym, jaka nas czeka przyszłość i jak nie stracić kolejnej szansy na dobre i godne życie dla kolejnych pokoleń Polaków.
Polaków, Ślązaków, Kaszubów, Górali, Poznaniaków – wszystkich, którzy swoją przyszłość związali z biało-czerwonym sztandarem i białym orłem.
A co mają tego dnia robić wszyscy ci „inni inaczej”? Może niech skorzystają z rady barchanów i zrobią "to" wspólnie? W końcu to jedyna rzecz, obok niechęci i do sztandaru i godła, która ich łączy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

... tekst, brawo i dzięki!

(I wcale nie dlatego, że stosujesz wymyślone i wylansowane przeze mnie określenie "ojro"! Choć i to jest miłe.)

Pzdrwm
triarius
-----------------------------------------------------
http://triarius.pl - mój prywatny blogasek
http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Pzdrwm

triarius

-----------------------------------------------------

http://bez-owijania.blogspot.com/ - mój prywatny blogasek

http://tygrys.niepoprawni.pl - Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów

#149476