Podwyżki stóp procentowych = brak podwyżek depozytów czyli polskie cuda.

Obrazek użytkownika 2-AM
Gospodarka

Co niektórzy „analitycy” (zwani czasami złośliwie „analami”) jeszcze nie otrząsnęli się po majowej, zupełnie dla nich nie przewidzianej podwyżce stóp procentowych a już mamy jej interesujące konsekwencje czy też raczej ich brak.

Zasadniczo podnosząc stopy procentowe Rada Polityki Pieniężnej (RPP) chciała pokazać (nie za bardzo wiadomo komu – może zagranicznym „sponsorom”?) że próbuje walczyć z rosnącą ostro inflacją. Konsekwencją owej walki czyli wzrostu stóp procentowych jest podwyżka kosztu pieniądza, która przekłada się miedzy innymi na wzrost lokalnego wskaźnika o nazwie WIBOR (warsaw interbank offered rate) obrazującego na jaki procent polskie banki (no może raczej należało by powiedzieć tak - „polskie oddziały zagranicznych banków działających na podstawie licencji KNF na polskim rynku usług finansowych” ) pożyczają sobie wzajemnie pieniądze. Same banki dość dobrze zabezpieczyły się na okoliczność wzrostu owego wskaźnika udzielając pożyczek swoim klientom w rodzimej walucie (pożyczki ze stałą stopą procentową praktycznie nie istnieją na rynku). Każde podniesienie WIBOR powoduje ruch w górę odsetek od zaciąganych przez klientów kredytów gotówkowych, kredytów hipotecznych (udzielanych w PLN) czy kredytów przyznanych na karcie kredytowej. I tak np. kredytobiorcy hipoteczni płacą zwyczajowo raty wyliczane w oparciu o kilku miesięczny WIBOR (3 lub 6 miesięcy) powiększony o wynegocjowaną przy zawieraniu kredytu stałą marżę. Wzrost WIBOR oznacza zatem w prosty sposób wzrost raty kredytu (jest to i tak mały „pikuś” w porównaniu ze wzrostem zadłużenia jakiego doświadczają kredytobiorcy walutowi przy osłabieniu złotówki ale to temat na inne rozważania – właśnie zaczynają się pojawiać niczym grzyby po deszczy paniczne informacje o skutkach zadłużenia klientów we „franku”). Ten sam mechanizm tylko nieco bardziej skomplikowany zdeterminuje wzrost kosztu pożyczek gotówkowych czy zaległych odsetek do zapłacenia. Najbardziej widoczne a właściwie bolesne jest to z reguły w przypadku kredytów na popularnych kartach kredytowych gdyż bank może podnieść wysokość takiego kredytu maksymalnie do 4-krotności stopy lombardowej czyli na dzień dzisiejszy aż 23% w skali roku (oczywiście dotyczy to najczęściej sytuacji gdy „zapomnimy” lub co ma miejsce coraz częściej „brakuje nam pieniędzy” by spłacić powstałe zadłużenie na karcie w okresie bez odsetkowym (czasami nawet i przez 52 dni bank udzieli nam nie oprocentowanego kredytu na karcie – po tym okresie będzie naliczał wspomniane drakońskie odsetki)). Czyli jak wykazano w przypadku wzrostu stóp procentowych bank praktycznie natychmiast może pobierać większe odsetki od osób którym pożyczył pieniądze.

Zdecydowanie gorzej wygląda sytuacja samych kredytodawców, którzy powierzyli bankowi swoje oszczędności pod postacią lokat. Tu z reguły wzrost wielkości odsetek nie ma miejsca a zwłaszcza jeśli pieniądze złożone są na lokatę (są nieliczne wyjątki potwierdzające niejako regułę). Klient musi cierpliwie czekać aż termin lokaty dobiegnie końca nim będzie mógł liczyć ewentualnie na większe odsetki przy kolejnej lokacie (pod warunkiem że bank poprawi w międzyczasie ofertę depozytową) chyba że zdecyduje się zerwać posiadaną lokatę i machnąć ręką na zyski jakie mu wcześniej zaoferował bank i założyć nową lokatę na lepszych warunkach.

Problem polega na tym że w chwili obecnej nastąpiło praktycznie zamrożenie ze strony banków wzrostu odsetek od składanych przez klientów depozytów. Czasy gdy banki wręcz zabijały się w panice prześcigając się w oferowaniu coraz wyższych odsetek sięgających nawet i 10% w skali roku (przełom lat 2008/2009) należą już do bardzo odległej przeszłości. Obecnie trzeba dość dobrze naszukać się by trafić ofertę gdzie oprocentowanie depozytów w skali roku (przy dziennej kapitalizacji, która pozwala nam (jeszcze do końca roku 2011) często uniknąć tzw. podatku Belki czyli oszczędzić 19% zysku z lokaty) przekracza magiczna barierę 4% (netto) – mowa tu o krótkich okresach depozytów. Przy czym należy pamiętać że podstawowa stopa procentowa (referencyjna) uchwalona przez RPP w dniu 11 maja b.r. wynosi obecnie 4,25% a miesięczny WIBOR 1M wynosi 4,35% (np. WIBOR 6M - 4,61%). Sama zaś inflacja (zdaje się że liczona bez wzrostu cen nośników energii, paliw i żywności bo taka która je uwzględnia może wynosić gdzieś z 15-20%) wynosiła wczesną wiosną aż 3,8% (wdg. GUS) co powoduje ze większość lokat w banku jest po prostu deficytowa czyli że odsetki jakie bank wypłaca od złożonego w nim kapitału nie pokrywają kosztu utraty wartość pieniądza spowodowanego szalejącą inflacją.

Ktoś mógł by się zastanawiać dlaczego w zaistniałej sytuacji banki nie próbują zabiegać o przyciągnięcie pod swoje skrzydła kapitałów od swoich klientów. Czy jest to spowodowane tym że wszystkie banki siedzą na wielkiej kupie szmalu, z którą nie wiedzą co robić zatem nie potrzebują już dodatkowych pieniędzy pożyczać na procent od swoich klientów ? Może nie muszą pożyczać pieniędzy od klientów bo w razie czego wydrukują własne (coś w tym chyba jest)? A może jest jakaś inna przyczyna, która sprawia że o wyższych odsetkach od lokat możemy tylko pomarzyć i nie działają już mechanizmy konkurencyjności czy wręcz paniki, które spowodowały wyścig ofert lokatowych na przełomie 2008 i 2009.

Być może pewną odpowiedzią na tak postawione pytanie są swego czasu głośne wezwania ex. prezesa Banku Śląskiego (ING) Brunona Bartkiewicza, który w dramatycznych wypowiedziach do swoich kolegów bankowców wzywał (jesień 2008) do zakończenia wojny na oprocentowanie lokat twierdząc że doprowadzi to do sytuacji nie wypłacalności polskiego sektora bankowego i jego załamania. Być może te pamiętne wezwania pana prezesa mimo że pierwotnie lekceważone zostały jednak przyjęte do wiadomości a być może powstał na ten temat jakiś sformalizowany nawet konsensus w środowisku bankowców. Jeśli tak by faktycznie było to nie należy się dziwić że nikt nie chce rozpoczynać nowego wyścigu oprocentowania lokat. Jeśli wszyscy gracze na polskim rynku zachowają się solidarnie i nie złamią zawartego formalnie czy nie formalnie porozumienia w tej sprawie (ciekawe czy zostało jakieś porozumienie w tej materii zawarte i czy kiedyś będzie ono przedmiotem np. postępowania UOKiK) to zamiast płacić coraz wyższe odsetki od pożyczonych od klientów pieniędzy będzie można coraz więcej zarabiać na klientach, którym samemu pożyczyło się pieniądze nie dając w zamian absolutnie nic. Warto by przyjrzeć się temu fenomenowi czy jest on spowodowany wyłącznie strachem środowiska „bangsterskiego” przed nową „wojną depozytową” czy jest to konsekwencja jakichś wspólnych decyzji w tej materii. Póki co istotne jest byśmy mieli świadomość że zanosząc pieniądze do banku na procent dostajemy często mniej niż wynosi inflacja podczas gdy bank udzielając nam samym pożyczki bierze procent od 2 do 4 razy większy niż sam skłonny jest nam dawać.

Omówiony tu fenomen był przedmiotem artykułu na portalu Bankier.pl autorstwa instytucji finansowej mieniącej się „niezależną” (celowo piszę to w cudzysłowach).

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

że drukowane banknoty mają co najwyżej wartość

papieru na którym je wydrukowano

Luzik

reszta tu: www.dwagrosze.com

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Luzik

#161869

to norma, polska złodziejska norma. Bieleckie, Wancery i inne oligarchy z POwskiego nadania mają po 5 mln rocznie bo w tym kraiku ma sie żyć lepiej banksterom, złodziejom i PO-litasom wasalom kremla a nie zwykłym obywatelom. tylko w PO-landzie kwitnie taka gangsterska lichwa jak Provident i to też o czymś świadczy na czyim garnuszku jest PO-lisz televiżyn. Można się wyrzygać: TFU, KRRHHE, BURPP.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#161876