Chwila romantyzmu

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Blog

Siostra Łukaszka nie lubiła czytać książek. Właściwie to książki ją nawet śmieszyły, no bo jak w takim małym czymś zamknąć otaczający nasz świat? Nie można tego powiedzieć? Albo jeszcze lepiej - pokazać? Przecież film jest lepszy, bo po co pisać, skoro od razu widać. A serial - jeszcze lepszy, bo jak coś powtórzą parę razy to łatwiej zrozumieć, a i do bohatera można się przyzwyczaić. A film - to tak tylko przeleci.
Czytanie książek bardzo ją nużyło. Literki skakały przed oczami, nie chciały układać się w wyrazy, wyrazy nie chciały układać się w zdania. Może czytałam złe książki - myślała sobie słysząc innych zachwycających się tą czy tamtą książką. Kiedy rozmawiała z kimś wiedziała o czym ten ktoś mówi, czego może się spodziewać, jaki będzie za chwilę następny wyraz. W książkach każde następne słowo było dla niej zaskoczeniem, musiała zatrzymywać się, przypominać poprzednie i składać z nich zdanie, a ze zdania łapać myśl. To męczyło.

Z książkami były same problemy. Nie dość, że bohaterowie byli dziwni i dziwnie się nazywali to jeszcze dziwnie mówili. I o dziwnych rzeczach, zupełnie innych niż to, o czym się mówi w domu czy na ulicy. To tak jakby pogawędkę ze znajomą zastąpić rozmową z chińczykiem albo astronomem. I jeszcze zazwyczaj akcja działa się dawno temu albo bardzo dawno temu. Po co czytać, opowiadać o czymś, co było kiedyś? Wszystko dzieje się tak szybko, trudno spamiętać co było wczoraj, przedwczoraj, a tu jakieś historie sprzed lat? Po co to komu?
Tak więc siostrę Łukaszka książki po prostu nudziły. W żadnym aspekcie nie zazębiały się o jej życie i siostra traktowała je tak: są, ktoś ich używa, ale dla mnie są kompletnie nieprzydatne. Siostra Łukaszka obojętnie mijała księgarnie, co najwyżej rzucając okiem na rozłożone kolorowe okładki "500 najlepszych amerykańskich porad dla hodujących piwonie" czy "Przewodnik po Wyspie Chrząszczewskiej tom ósmy".
Ale któregoś razu siostra Łukaszka rzuciła okiem na wystawę mijanej księgarni i przystanęła. Nawet o tym nie myślała, tylko jej oko zarejestrowało obraz i jej nogi same się zatrzymały.
To była okładka jakiejś książki dla dziewczyn. Nie fotografia, rysunek, Taki trochę komiksowy, bardziej dziecięcy, prosty. Granatowe niebo z żółtymi gwiazdkami i żółtym księżycem w pełni. Pod niebem spiczaste, szare dachy i beżowe ściany starego miasta. I wieża Eiffela w tle. Na dachu siedziała sobie krótko obcięta dziewczyna w brązowych włosach, smutno uśmiechnięta, ubrana w jakąś śmieszną, niemodną sukienkę i rozpięty płaszczyk. W rękach trzymała skrzypce i smyczek tak, jakby przed chwilą przestała grać. I jeszcze w rogu widać było kota, szaroburego, odwróconego plecami.
Ta okładka nie była ani specjalnie ładna, ani specjalnie interesująca, ale tak zaciekawiła siostrę Łukaszka, że poczuła, że musi wejść i musi zobaczyć co to za książka. Weszła do księgarni i czując zażenowanie wzięła książkę do ręki. Ale inni ludzie też tak robili, a poza tym czuła, że musi zobaczyć o czym jest ta książka.
Przekartkowała ją, wpadły jej w oko czarnobiałe ilustracje, szkice właściwie, już nie tak ładne jak okładka. Rozczarowała się lekko, przewertowała ją jeszcze raz, tym razem wolniej, łapiąc tytuły rozdziałów, poszczególne wyrazy, zdania. O dziwo, czytało jej się lżej niż zwykle, ale rozczarowanie postępowało. Tam nie było nic nadzwyczajnego, jakaś miłość, muzyka, znajomi, wyjazd do szkoły we Francji... Główna bohaterka też jakaś taka nie bardzo... Ani ładna, ani zgrabna, niezgraba, może i sympatyczna, ale taka jakaś... staromodna...
Odłożyła książkę powoli na miejsce i jeszcze raz spojrzała na okładkę. Tak, okładka była bardzo fajna, nadal jej się podobała. Gdyby tak usiąść koło tej dziewczyny, ta może by coś zagrała, ona by jej coś opowiedziała... Poczuła, że jakoś polubiła tą rysunkową dziewczynę, od pierwszego spojrzenia. I że chętnie zostawiłaby wszystko, wszystkich i usiadła sobie wieczorem na dachu by przy dźwiękach muzyki - a niech nawet będą te skrzypce - popatrzeć w gwiazdy.
Po powrocie do domu zasiadła do komputera, znalazła w internecie okładkę tej książki i wydrukowała ją sobie. Ukradkiem złożyła i schowała do swojej plastikowej, różowej torebki. Nie wiedziała sama, dlaczego robiła to ukradkiem. Bała się, że gdy rodzina to zobaczy, to będą się z niej śmiali i drwili. Często tak robili, gdy coś powiedziała czy zrobiła i przywykła już do tego. A ta okładka jakoś tak - znaczyła dla niej wiele.
Od tej pory cały czas nosiła przy sobie w torebce złożoną kartkę formatu A-4 z wydrukowaną okładką książki. Kiedy było jej źle, kiedy miała chwilę czasu, kiedy czekała na coś i nie miała co robić - dawniej wyjmowała komórkę i po prostu bawiła się nią. A teraz wyjmowała kartkę, rozkładała ją i wpatrywała się w nią zachłannie, chłonąc każdy detal. I jakoś jej się robiło lżej, spokojniej, weselej. Kartka gniotła się, naddzierała, wycierała w zagięciach. I kiedy siostra Łukaszka myślała już o tym, żeby ponownie wydrukować tą okładkę, trafiła tam.
Oczywiście, że to nie było to miejsce, bo przecież na okładce książki była wieża Eiffela. Ale było bardzo podobne. I ściany i dachy. I kot nawet był. Dziewczyny tylko nie było. I pora była podobna. I niebo granatowe i gwiazdy i księżyc. Bo pora była już późna.
Siostra Łukaszka zatrzymała się bezwiednie - jak wtedy pod księgarnią. Drżącą ręką wyjęła z torebki kartkę i rozprostowała ją. Obejrzała ją w świetle ulicznej latarni, a serce biło jej mocno. Zgadzało się prawie idealnie. Przepełniło ją poczucie szczęścia, jakby znalazła coś po długim poszukiwaniu. Wydawało się, że lada chwila i na dachu pojawi się dziewczyna ze skrzypcami...
Nie pojawiła się. Z boku rozległy się głosy i głośny, wulgarny śmiech. Po drugiej stronie ulicy, na schodach prowadzących do drzwi kamienicy siedziało kilku chłopaków i popijało piwo z puszek. Młodzi, wygoleni, w sportowych strojach. Zazwyczaj tacy jej się podobali, byli fajni, śmiali, umieli zagadać, zabawić się. Ale teraz jakoś nie miała ochotę na ich towarzystwo, a ich okrzyki skierowane do niej nie spodobały jej się, a nawet ją wystraszyły. Poczuła się, jakby ją ktoś uderzył, zabrał coś, jakby się obudziła z jakiegoś snu. Bo zobaczyła że te spiczaste dachy są pokrzywione i z brakującymi dachówkami, że beżowe ściany są brudne i cuchną moczem, że kot kuleje, że chodnik krzywy, a zaparkowane przy ulicy samochody są brudne, poobijane i połatane plastrem. Nawet światło z latarni jakby przygasło.
Chłopacy krzyczeli dalej. nie czekała aż któryś z nich wstanie, ruszyła szybko i o mało się nie przewróciła - obcas jej się wklinował pomiędzy płytki chodnika. Uwolniła nogę przy akompaniamencie ryku i śmiechu. Trzęsąc się ze złości próbowała złożyć trzymaną w ręku kartkę, nie mogła, więc zgniotła ją w kulę. Teraz nie mieściła się do torebki. Poirytowana chciała ją wrzucić do mijanego kubła na śmieci - kulka odbiła się od sterty wysypujących się śmieci, upadła na ulicę i potoczyła pod jakiś samochód.
Nie schyliła się po nią. Maszerując szybko obciągnęła kusą bluzeczkę moro obszytą cekinami i strofowała się w myślach: "Głupia! Po co ci to! Jakieś spacery, książki, okładki, romantyzm!".
Ale kiedy doszła do rogu ulicy zwolniła, zatrzymała się i wolno obejrzała się przez ramię. Popatrzyła na szare dachy i beżowe ściany. Kota już nie było i dziewczyny ze skrzypcami rzecz jasna też nie. Więc nie wiedzieć dlaczego siostra Łukaszka zanim zniknęła za rogiem uśmiechnęła się leciutko.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

zupełnie inne, ale bardzo mi się podobało. Bardzo plastycznie napisane.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#772

że się podobało, tym bardziej że konwencja inna :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#781