Déjà vu - czyli już to znamy (nudne)

Obrazek użytkownika mona
Kraj

"Państwo nie ma przyjaciół, ma tylko interesy" mawiał Beniamin Disraeli, mądry jak sam Ben Akiba, a powtarzał chętnie De Gaulle.
A polskie przysłowie doradza: "Umiesz liczyć? Licz na siebie" - co nam się sprawdza w nieskończoność. Ale na siebie też nie możemy liczyć – wojsko trafił szlag, nie będziemy kolejny raz umierać z honorem – jeśli już, to bez honoru. Ciekawe, co mieliby do powiedzenia mądrale następnych pokoleń…

A po tych dykteryjkach trochę refleksji.

Wcale nie jestem pewna, czy tarcza była pomysłem dobrym, czy Ameryka - w razie czego - nie "odpuściłaby" sobie życia tych kilkuset żołnierzy, którzy mieli własną, mężną piersią bronić Polski przed ewentualnym agresorem, czy to wszystko w ogóle miało jakiś sens.

Nie mam też zamiaru znęcać się nad śpiącym po meczu Tuskiem, który nie pogadał sobie z Obamą, który raczej z trudem rozumie, co w ogóle się stało i z której strony dostał w łeb. Nie warto. To nie jest właściwy facet na właściwym miejscu, ale tak, czy siak - jego możliwości działania ilustruje mniej - więcej poniższa opowiastka:

Lynnie Olson i Stanley Cloud w swojej przejmującej książce o losie polskich lotników, pod znamiennym a ironicznym tytułem "Sprawa honoru", opisują rozmowę zrozpaczonego szykującą się Jałtą Mikołajczyka z FD Roosweltem. Nie mogę podać linku, więc przytaczam - a ewentualny czytelnik niech pamięta, że autorami książki są Amerykanie, dziennikarze doskonale zorientowani, "co w (dzisiejszej) trawie piszczy".
Oto ten fragment:

" Tymczasem w Waszyngtonie Mikołajczyk został wystawiony podczas kilku spotkań na porażające działanie ciepła i osobistego czaru Roosvelta, który wywarł na nim wielkie wrażenie. FDR zapewnił polskiego premiera o swoim głębokim zrozumieniu i sympatii dla Polski.Dodał jednak, że Mikołajczyk jako "polityk" z pewnością zrozumie, iż w tym "politycznym roku" (chodziło w reelekcję, przyp. mój) prezydent Stanów nie może oficjalnie interweniować u Stalina w sprawie Polski.
Podkreśliwszy, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykluczają możliwość wypowiedzenia wojny Sowietom - w związku z czym Polacy będą musieli pójść na pewne ustępstwa - Roosvelt zapewnił, że zgadza się ze stanowiskiem Polski, iż rozstrzygnięcie kwestii terytorialnych należy odłozyć do zakończenia wojny. To Churchil zaproponował przyjęcie linii Curzona na konferencji w Teheranie - doniósł Mikołajczykowi - a Stalin, czemu trudno się dziwić,na to przystał. On sam - dodał, kłamiąc w żywe oczy - jest "nadal przeciwny podziałowi Polski ta linią". We właściwym czasie - obiecał - "przystapię do działania jako mediator w tej sprawie i doprowadzę do porozumienia {...} Dopilnuję, żeby Polska nie wyszła z tej wojny pokrzywdzona".

Roosvelt bredził jak Piekarski na mękach, ale Mikołajczyk mu uwierzył.
Co my takiego w sobie mamy, że wierzymy byle komu?

Po czym Roosvelt zrobił, co zrobił. Dla nie w pełni świadomych - w Jałcie, podlizując się Stalinowi, zrobił z Churchila błazna, wespół w zespół z kumplem, wujkiem Joe.

Churchil też odbył cyniczną rozmowę z tym samym Mikołajczykiem, a także z gen. Andersem, swoje za uszami miał, ale co właściwie mógł zrobić, poza głupim gadaniem? Wypowiedzieć wojnę zarówno Rosji jak Stanom?

Jednak ten przynajmniej miał pełną wiedzę, co właściwie zrobił, a gdyby nie miał, uświadomili mu to członkowie jego własnego parlamentu, rugając go jak burą sukę, jak późniejszy premier, Lord Dunglas, jak dwudziestu pięciu przeciwników ustaleń jałtańskich, którzy zarzucili premierowi pogwałcenie Karty Atlantyckiej przez "decyzję o oddaniu terytorium sojusznika innemu mocarstwu".
Tytuł traktujacy o "honorze" jest odniesieniem do późniejszego Churchilowego bredzenia w Jałcie - ale to już można wyguglować, jesli ktoś jest ciekawy.
W każdym razie obu szybko pokarał dobry Bozia: na Roosvelta zesłał nagłą śmierć, na Churchila - niechęć własnych obywateli, którzy przedtem poparli go, mimo obiecanych "krwi, potu i łez".

Na mnie większe wrażenie zrobił fragment powieści Toma Clancy`ego, który już kiedyś chyba przytaczałam. Gwoli usprawiedliwienia - usiłowałam dziś znaleźć ten cytat, jednak cykl Clancy`ego to jednak kilkanaście tomów.Machnęłam ręką. Ciekawym podpowiadam: to ten tom, w którym Ryan jest już prezydentem, a kraje Europy Środkowej są wyzwolone spod sowieckiej okupacji.
Na pytanie, co z nimi, Ryan odpowiada "obrotowym" zdaniem, w którym zawarte są słowa: "wykorzystamy je".

I wykorzystują.

Tom Clancy wie, co mówi.Zna swoich.

"Clancy jest szczególnym współczesnym pisarzem, ponieważ ma dostęp do bardzo wyszukanych źródeł. Aż trudno uwierzyć, że jego powieści są czytane przez studentów akademii militarnych. Clancy ma bowiem dostęp do wielu wyspecjalizowanych agend rządowych. Jest specjalnym gościem w Pentagonie oraz w rządzie. Nic więc dziwnego, że jego powieści są przesiąknięte realizmem."
http://www.rsteam.kolejwa.com/tom.php

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Najlepszym dotychczas.

Byla to okazja, jakiej jeszcze nie mielismy.

Od tego mozna byloby zaczac zaciesnianie stosunkow z USA.

Wyrwanie sie z orbity Rosji.

Nigdy nic dobrego nie spotkalo Polski ze Wschodu. Teraz byla okazja, zeby przechylic szale i zblizyc sie do Zachodu, ale to zostalo z premedytacja zaniechane. Agenci, ktorzy sponsoruja rzady PO zrobili wszystko, zeby do tego nie dopuscic. Przy pomocy komunisty w Bialym Domu udalo im sie.

Nie wiem, czy kiedykolwiek bedziemy mieli jeszcze szanse na to, zeby stac sie czescia Zachodu. Unia nas tam nie dopusci. To mogla zrobic tylko Ameryka.

Stalo sie inaczej.

 

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

arka

#31529