Święta Inteligencja

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Blog

O Święta Inteligencjo, cóżbyśmy, my, buraki pastewne, bez Ciebie zrobili, gdybyś nie chciała zmienić nadwiślańkiego kraju! Takie mniej więcej szlochy wznoszą M. Janicki i W. Władyka, inteligenci w pierwszym pokoleniu na łamach inteligenckiej od zawsze, komunistycznej "Polityki".

Szlochy, szlochy ("płacz Pawlak, jako i ja płaczę"), ponieważ z obliczeń wyszło księgowym inteligencji polskiej z szacownego tygodnika proletariuszy wszystkich krajów, że "dziś prawdziwych inteligentów już nie ma". Każdy by tak zaszlochał, gdyby naraz takiego odkrycia dokonał, choć, Bogiem a prawdą, przynajmniej księgujących poziom i zakres inteligencji polskiej, do zastępów anielskich Św. Inteligencji należałoby zaliczyć (poza tym, co z redakcją samej "Polityki", wszak tam inteligent inteligenta inteligentem pogania i gdzie się człowiek nie rozejrzy po tej spółdzielni dziennikarzy, to wieje inteligencją na kilometr, czego zresztą są niezbitym dowodem "Niezbędniki inteligenta" przez tę inteligentną spółdzielnię wydawane) - być może jednak w grę wchodzi tu wrodzona skromność spółdzielców z "Polityki". No ale skoro oni są tacy skromni, to przynajmniej ja, buc skończony, do takich świętych inteligentów mogę i chcę ich zaliczyć.

No ale do rzeczy. Szloch inteligentnych spółdzielców dotyczy "wyczerpania się pewnej formuły obecności polskiej inteligencji w polityce". O jaką formułę chodzi? O formułę pod nazwą UD, a potem UW, bo - co chyba każde dziecko wie (a jeśli nie wie, to się będzie uczyć w nowoczesnych szkołach oberministrowej Hallowej) - była to partia ludzi mądrych i inteligentnych.

"Unia Demokratyczna była partią niezwykłą, o czym tym bardziej się przekonujemy, im dalej się od niej historycznie oddalamy i gdy widzimy te byty polityczne, które dzisiaj w Polsce dominują. Żadne inne środowisko ani wtedy, ani obecnie nie miało i nie ma takiego kapitału intelektualnego i takiego poświadczonego autorytetu, mierzonego konkretnymi postaciami i ich dokonaniami (daleko sięgającymi poza dorobek polityczny), jak właśnie Unia Demokratyczna."

Święte słowa, święta prawda.

"Geremek, Mazowiecki, Michnik, Kuroń, Osiatyńscy, Edelman, Onyszkiewicz, Kuratowska, Bartoszewski, Skubiszewski, Wielowieyski, Turowicz, Wujec, Frasyniuk, Suchocka, Bujak, Kuczyński, Zimowski... tę listę można ciągnąć bardzo długo."

Bez wątpienia, jeszcze na Czerskiej sporo by się znalazło inteligentów, choć określenie Frasyniuka tym mianem chyba jest nieco na wyrost, rozumiem jednak, że sama przynależność do partii ludzi mądrych zmienia każdego w mędrca, co zresztą niejednokrotnie słyszeliśmy, gdy w mediach pojawiał się właśnie Frasyniuk.

"I jeszcze każda z tych postaci miała siłę przyciągania następnych, kolejnych. W końcu Balcerowicz znalazł się w tym towarzystwie na zasadzie wyrozumowanej kooptacji. Ten magnes działał."

Jakżeby inaczej. Nic nas tak nie magnetyzuje, jak św. Inteligencja. Wprawdzie księgowi dodają, że UD powstała w wyniku wałęsowskiej "wojny na górze" - prawdopodobnie w myśl zasady, że wszystko co wartościowe rodzi się w bólach - zaraz jednak dodają, że Wałęsa i tak nie przekroczył pewnej granicy dobrych obyczajów w polityce:

"Lech Wałęsa, walcząc o swoje po zdobyciu prezydentury, zachował wiele szacunku dla tego środowiska i jego politycznych osiągnięć i z zasadniczego kursu przyjętego przez Unię Demokratyczną nie zbaczał, chroniąc reformy Balcerowicza i nie pozwalając na rewolucyjny demontaż Okrągłego Stołu."

W ten sposób dowiadujemy się od Władyki i Janickiego, że ominęla nas jakaś rewolucja. Cholera, człowiek przespał kolejny historyczny moment. Najwyraźniej jednak na samą myśl, że taka rewolucja mogła się zdarzyć, lecz się nie zdarzyła (nie bez powodu straszono, także na łamach "Polityki", odwetem czarnosecinnych antykomunistów od pierwszych lat post-peerelu) - ta myśl więc, nieco uspokoiła inteligentnych publicystów, otarli na chwilę łzy i zaczęli się rozpromieniać, jak niemowlę na widok mamki:

"Ta grupa inteligentów, związanych wcześniej z opozycją demokratyczną, a później z ruchem Solidarność – głównie w roli ekspertów i doradców – świadomie wzięła na siebie całą czarną robotę pierwszego okresu transformacji. Zmieniali kraj z dnia na dzień, wprowadzali wolny rynek, wymienialność złotego, rozpoczęli prywatyzację, walczyli z dwucyfrową inflacją, zmieniali aparat władzy i administrację, instalowali nowych ludzi i nowe zasady zarządzania i urzędowania. Szukali nowego miejsca dla Polski w geopolityce i między sąsiadami. I to wszystko naraz, wszędzie."

Wszystko naraz, wszędzie. Dech zapiera rozmach, z jakim działała św. Inteligencja. I teraz znowu Władyce i Janickiemu zbiera się na łkanie:

"To chyba jedyny raz w historii kraju inteligencja, wręcz profesura, wzięła się za państwo i mogła nie tylko recenzować zmiany (co przypadło w udziale radykalnej prawicy z braćmi Kaczyńskimi na czele), ale ich dokonywać. Środowisko to głosiło wprost: chcemy być normalnym europejskim krajem, jak najszybciej upodobnić się do Zachodu, a wielkie zadanie transformacji wymaga utrzymania jedności solidarnościowego obozu. Ta koncepcja legła w gruzach podczas wojny na górze, kiedy to polityków, skupionych wokół rządu Tadeusza Mazowieckiego, niedawni koledzy z opozycji oskarżyli o próbę zmonopolizowania władzy, liberalne odchylenie i układy z komunistami."

Trzeba się przy tym fragmencie zatrzymać, bo inteligentom z "Polityki" coś się chyba pokićkało. To wcześniej nie było żadnych "profesorów" na szczytach władzy? A prof. Zbigniew Messner? A prof. Henryk Jabłoński, którego staż w ministrowaniu oświatą sięgał końca lat 40., kiedy to nadzorował 21 listopada 1949 jako podsekretarz stanu, obchody 70-lecia urodzin Józefa Stalina w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych?:

"Imię Stalina na wieki jest związane z wielkim dziełem wyzwolenia Polski z niewoli hitlerowskiej i z oparciem silnej, kwitnącej, niepodległej Polski o przyjaźń z narodami Związku Radzieckiego i o granicę pokoju na Odrze i Nysie. Znaomość roli Józefa Stalina w dziejach naszego narodu i ludzkości powinna stac się powszechną wśród młodzieży szkolnej", pisał do kuratoriów, Służby Polsce, ZMP i ZHP ("Józef Stalin. Materiały do obchodu siedemdziesiątej rocznicy urodzin", Nasza Księgarnia, Warszawa 1949, s. 7).

(dla niezorientowanych - prof. Jabłoński trzeci od prawej)

A prof. Aleksander Krawczuk? A prof. Jerzy Wiatr? A prof. Benon Miśkiewicz? A prof. Jacek Fisiak? Cytując Władykę-Janickiego, "tę listę można ciągnąć bardzo długo", zwłaszcza że "Polityka" sklady peerelowskich rządów dość skrupulatnie "analizowała", nie przebierając w superlatywach, oczywiście.

Natomiast, co do zarzutów "monopolizowania władzy" przez partię ludzi mądrych oraz "układu z komunistami", to nie od dziś wiemy, że nic takiego nie było. Nic dziwnego, że nasi inteligenci pieją dalej na taką nutę:

"A jednak mimo tego ostrego podziału transformacja była prowadzona według ścieżek wyznaczonych przez środowisko Unii Demokratycznej. Wydaje się dziś, że program UD/UW był niejako naturalnym planem transformacji postkomunistycznego kraju, mającym legitymację społeczną i międzynarodową. Kolejne rządy prawicowe i lewicowe kontynuowały tę politykę nie dlatego, że działały w nich tajne wtyczki „udecji”, ale dlatego, że innej realnej polityki przemian nie było."

Słowem - program partii - programem narodu. Jaki ten świat mały. W ten sposób, nieco może okrężnymi drogami, zaszliśmy na stare śmieci. Trzeba by bowiem dodać, że część inteligencji pod postacią UD miała dość pokaźny staż w innej partii ludzi mądrych, tj. w PZPR-ze, której, nie wiedzieć czemu, Władyka-Janicki jakoś przy tej okazji nie wspominają, a przecież aż się prosi, zważywszy na długą listę inteligentów, których ta partia w swoich szeregach przez blisko pół wieku miała, z członkami redakcji "Polityki" włącznie. Może więc należałoby się nieco uważniej rozejrzeć wokoło, zanim odtrąbi się apokalipsę zastępów św. Inteligencji?

"Nie było też alternatywy wobec strategii dołączenia Polski do NATO i Unii Europejskiej", rozwijają swoją inteligentną myśl autorzy, gdy tymczasem, jak mnie pamięć nie myli, to właśnie Mazowiecki stał zrazu na gruncie trwania Polski w Układzie Warszawskim i niewyprowadzania wojsk sowieckich. Ale, stare dzieje, Władyka z Janickim mogą nie pamiętać. To w końcu nie dyskusja na plenum PZPR, gdzie takie imponderabilia się musiało wiedzieć. Zwłaszcza że imponderabilia z biegiem lat się zmieniają:

"Mazowiecki, Geremek, Kuroń i koledzy przejęli pełną odpowiedzialność za realia, więc musieli tracić rząd dusz. Bo tak to jest w realnej polityce. I nieuchronność działania tego rachunku, zdaje się, dobrze rozumieli i na to się godzili. Jacek Żakowski wspomina dzisiaj ówczesną swoją współpracę z Geremkiem i jego słowa, że będą po kolei wyrzucani z sań, aż po ostatniego, czyli Tadeusza Mazowieckiego, bo za realizowaną politykę trzeba będzie politycznie zapłacić. Przeciwnicy i konkurenci skoczą do gardła prędzej czy później, a chodzi o to, by byli oni skuteczni jak najpóźniej, bo czas zyskany dla reform jest bezcenny."

Wynika, że pierwszy rząd "niekomunistyczny" oraz partia ludzi mądrych sprawowali nie tylko władzę nad sferą polityczno-ekonomiczną, ale i duchową. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, skoro jest mowa o zastępach św. Inteligencji. Takie rzeczy może w historii zdarzają się rzadko (zwykle w krajach bloku sowieckiego), ale jednak się zdarzają.

"Żadne notowania poparcia społecznego (z reguły kilkanaście procent) nie odzwierciedlały przecież ich faktycznej wtedy pozycji, tak politycznej, jak i – wbrew szydercom – moralnej."

Z pewnością. Poparcie było dużo dużo wyższe, tylko sondażownie nie wiedziały jeszcze wtedy, jak się je "oblicza". Największe poparcie było dla reform Balcerowicza, zresztą.

"Nie tylko dlatego, że powszechnie uchodzili za grupę ludzi o czystych rękach i intencjach, ale także dlatego, że inne środowiska i zawiązujące się obozy polityczne nie dysponowały porównywalnym kapitałem. Postkomunistom odebrano legitymację i pewność siebie (jeszcze wówczas naprawdę i oni sami uważali, że im wolno mniej), na prawicy hulały, co prawda, trzystuprocentowe hasła niepodległościowe i rewolucyjne, lecz ich umocowanie społeczne, jak na razie, było mizerne, a nowe pomysły, na przykład liberalne, tak wybiegały do przodu, że również nie miały społecznego zakorzenienia."

To też prawda, bez dwóch zdań. Kto wtedy słyszał o prawicy? Ludzie drzwiami i oknami walili do UD.

"To był ten jeden jedyny raz w historii, gdy inteligencja realnie zmieniła kraj."

I tu mnie autorzy zaskoczyli. Jedyny raz? Doprawdy? A PZPR-owska inteligencja, co Polskę Ludową budowała, to pies? Na szczęście autorzy się mitygują i przypominają:

"Choć inteligenci, ludzie wykształceni, profesjonaliści, mogą w polityce odegrać istotną rolę, jak w ostatnich wyborach w 2007 r., kiedy to dzięki niezwykłej mobilizacji polskich „wykształciuchów” – w dużej mierze już młodego pokolenia – odrzucona została IV RP."

Chciałoby się rzec: Bogu niech będą dzięki, ale to nie to środowisko. Tu należałoby powiedzieć: WSI niech będą dzięki, prawda? Szczególnie, że tam też sporo inteligentów pracuje, może niekoniecznie z tytułami profesorskimi, ale ze stopniami oficerskimi, które dla wielu inteligentów peerelu i postpeerelu stanowiły światełka w tunelu. No więc nawet, jeśli partia ludzi mądrych odeszła w cień, to Władyka z Janickim powinni wspomnieć przynajmniej na tę inteligencję z WSI, która nie tylko dzielnie się na nogach trzyma, ale i można powiedzieć bez cienia przesady, jest inteligencją prowadzącą.

http://www.polityka.pl/salon-podwinal-rekawy/Lead33,933,262895,18/

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

co tu się dzieje!, przecież tego zdjęcia z Gierkiem i Jabłońskim w wojskowych czapkach NIE WOLNO BYŁO PUBLIKOWAĆ - czyżby coś się zmieniło? ;-). To przecież już Tomasz Strzyżewski ujawnił tę prawdę w latach 70-tych.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#889