Co media zrobią jeszcze aby wyborcy PO się nie zniechęcili?

Obrazek użytkownika Andrzej.A

Autor (Tad9) dał swojemu wpisowi tytuł:czy patriota może popierać ten reżim? (do sympatyków PO list drugi....)i potratował swoją wypowiedź jako list - zapytanie do fanów PO. Ja zatytułował bym taki wpis inaczej, co widać powyżejCałość przekopiowana z tego adresu: http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/Pragnę tylko dopisać od siebie, że cytaty których użył autor tego wpisu pochodzą z pełnego spektrum naszej prasy. Od Naszego Dziennika i Najwyższego Czasu poprzez Wprost, Rzepę, Politykę a na GW i Trybunie Ludu kończąc. Czyli jednak dziennikarze jak chcą to potrafią coś tam wytropić. Zachodzi tylko niejakie podejrzenie, że nie tyle, że "chcą" tylko raczej czy aktualnie mają zlecenie żeby jakiemuś gostkowi "zrobić koło pióra". Jakiś czas temu napisałem list do sympatyków Platformy Obywatelskiej. Interesowało mnie kim jest platformers. Nie dostałem jednoznacznej odpowiedzi, ale - mniejsza o to. Dziś piszę list drugi. Interesuje mnie jak czują się wyborcy PO pół roku po wyborach. Platforma okazała się partią postkomunistyczną, sympatycy PO - jakich pamiętam - za postkomunizmem nie przepadali, można by więc przypuszczać, że czują się zawiedzeni. Takich głosów jednak nie słychać, i to mnie dziwi... Uściślijmy jednak o czym mówimy... W 98 przypadkach na 100 osobnik posądzony o sympatie do takiej czy owakiej partii odpowie, że jest to uproszczenie. Nie jestem przywiązany do szyldu czy wodza - będzie prawił - ale do pewnych spraw. Jeśli sprzyjam partii X, to dlatego, że jest ona dla nich najlepszym wehikułem. Najlepszym, nie znaczy doskonałym. Ale - cóż - nie widzę nic lepszego... W porządku, zastanówmy się więc dla jakich spraw wehikułem jest Platforma... Otóż, nie bardzo wiadomo. Jest to bowiem partia, która dokonała największego w historii III RP zwrotu retorycznego. Oczywiście - nie ma polityków, czy formacji w stu procentach konsekwentnych (jeśli pominąć sekciarzy). Życie wymusza zmiany i kompromisy. Idzie jednak o skalę zmian i rodzaj kompromisów. Łapanie polityków na drugorzędnych niekonsekwencjach to zajęcie tyle zabawne, co jałowe (choć go nie unikam). Naprawdę liczą się niekonsekwencje pierwszorzędne. Powiedzmy, że chodzi o różnicę pomiędzy taktyką a strategią. Sojusz PiS z SO i LPR uznany był, przez wyborców PiS, za sojusz taktyczny w ramach strategii budowy IV RP. Biorąc pod uwagę, to co Kaczyńscy mówili wcześniej o Lepperze - mieliśmy tu do czynienia z niekonsekwencją, ale - niższego rzędu. A jak to wygląda w przypadku Platformy? Otóż, Platforma dokonała zwrotu strategicznego. Niegdyś jej diagnozy III RP przypominały diagnozy PiS (a bywały ostrzejsze). A dziś? PO z roku 2005 i PO z roku 2008 to - niemal - dwie różne formacje... Piszę "niemal", bo resztki sanacyjnej retoryki PO błąkają się gdzieś na marginesie. Od czasu, do czasu ten czy ów polityk Platformy (najczęściej Gowin) powie , że "Polska Rywina" była na najlepszej drodze, by stoczyć się w "kierunku bananowej republiki" (Rz. 27.11.2007). Są to jednak tylko słowa, do tego - padające od święta. Na co dzień, króluje raczej retoryka "powrotu do normalności", przy tym "nienormalnością" są "ostatnie dwa lata", wychodzi więc na to, że "normalna" była staczająca się w kierunku republiki bananowej III RP... Ale nie to jest najdziwniejsze. Bo oto, wraz z Platformą "zwrotu retorycznego" dokonał jej elektorat. I to do tego stopnia, że, od pewnego czasu, nie jestem w stanie odróżnić sympatyka PO od sympatyka SLD. Jednych i drugich zajmuje wyłącznie wykańczanie PiS... Weźmy - S24. Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie tekstu napisanego przez sympatyka Platformy, którego nie mógłby napisać sympatyk Sojuszu - miałbym kłopot. Teksty jednych i drugich zlewają mi się w jeden przekaz... A przecież pamiętam jeszcze platformersów- zelotów sanacji. Żaden krok wiodący do rewolucji nie wydawał się im za daleko idący. PiS nie był przecież atakowany za nadmierny radykalizm i "ideologiczność", ale za "zdradę ideałów" (sojusz z LPR i SO) i pogrążenie projektu IV RP. PO zaś miała być "lepszym PiS-em". Tacy byli platformersi jeszcze niedawno... Dziś, (jeśli pominiemy any PiS-owską furię), są to raczej "zmęczeni liberałowie" w stylu Cezarego Michalskiego... To nazwisko pojawia się nie przypadkiem. "Dziennik", w którym Michalski jest ważną figurą, stał się wszak główną kuźnią ideologii "postideologiczności". Odnotujmy, że ta ideologia dziwnie gładko splata się z praktyką polityczną panującego nam miłościwie reżimu. Przekonanie o "końcu ideologii" pasuje jak ulał do "krucjaty miłości" wykoncypowanej przez spindoktorów Donalda Tuska. Produkcje Michalskiego i Krasowskiego dostarczają więc "głębszego" uzasadnienia dla strategii marketingowej Platformy Obywatelskiej. Amorficzność PO, zdaniem filozofów z "Dziennika" oddaje po prostu ducha postideologicznej nowoczesności. I - co zaskakujące wobec ich wcześniejszych sanacyjnych odlotów - sympatycy PO zdają się łykać te pomysły... Wczoraj chcieli burzyć trony, dziś zadowala ich ciepła woda w kranie (plus igrzyska w stylu: "PiS dla lwów!")... Przesadzam? Czyżby? Czy ktoś może wskazać mi - choćby sięgając do archiwum S24 - jakieś postideologiczne wypowiedzi sympatyków PO poprzedzające wyborczy sukces Platformy? Ja takich sobie nie przypominam. Jak już pisałem - teoria postideologiczności wydaje mi się być po prostu "filozoficznym" uzasadnieniem powyborczej strategii marketingowej PO. Uzasadnieniem podchwyconym przez jej elektoratu. Podchwyconym, gdy tylko zostało im ono podsunięte, co swoją drogą stawia w ciekawym świetle "młodych wykształconych z dużych miast". No dobrze, ale co osłania ideologia "końca ideologii"? Twierdzę, że naszego starego znajomego, czyli - ... postkomunizm... Co prawda Rafał Matyja, niejako nadworny politolog "Dziennika", ogłosił niedawno, że postkomunizm odszedł do lamusa historii, ale - czy aby na pewno? Sam Matyja twierdzi przezcież, że "...rewolucja semantyczna 2003 roku nie przekształciła się w rewolucję polityczną i ustrojową". A więc - dziwactwo. Bo gdyby przyjąć diagnozę Matyi, trzeba by uznać, że postkomunizm padł od samego gadania, lub nawet - niezależnie od niego. Niczego podobnego nie zauważyłem, co prawda może to świadczyć jedynie o mojej spostrzegawczości, zaryzykuję jednak inne stwierdzenie: ciągle żyjemy w postkomunizmie. Chociaż to i owo się zmieniło. Zmienił się mianowicie gwarant systemu. Dziś jest nim Platforma Obywatelska. Rację ma nie Matyja, ale Tomasz Żukowski, który skonstatował, że PO przejęła poparcie "większości środowisk i wpływowych grup interesu (w tym mediów) skupionych wcześniej wokół obozu postkomunistycznego" (GP 755). Postkomunizm nie tyle więc upadł, co - zmutował. I kto wie, czy przeróżne zjawiska pojawiające się na powierzchni życia publicznego nie są efektami ubocznymi procesu mutacji. Gdy w Moskwie capnięto Siemona Mogilewicza, jednego z "ojców chrzestnych" tzw. "rosyjskiej mafii" dość powszechnie łączono to wydarzenie z odbywającymi się właśnie przesunięciami na szczytach rosyjskiej władzy. Czy można wykluczyć, że - powiedzmy - zatrzymanie "kasjera lewicy" też ma drugie dno? Tego nie rozstrzygniemy; może czas coś wyjaśni... Teoria "mutacji postkomunizmu" wymaga uzasadnienia. Bez niego sympatycy PO zbędą ją jednym zdaniem (na teorię uzasadnioną będą musieli zużyć ze trzy zdania). Popatrzmy więc na praktykę rządów PO-PSL. Po jakich ludzi sięgnęła PO (personalia sporo przecież mówią)? Klasyk, twierdząc, że kadry decydują o wszystkim może i przesadził, niemniej, nawet najgorliwsi głosiciele hasła: "ważne są głównie struktury i procedury", gdy tylko mogą - obsadzają co się da "swoimi ludźmi". Tak więc - skupimy się na kadrach. Ale - dobrze. Wcześniej kilka słów o zmianach systemowych. A raczej o ich braku. Kilka miesięcy po wyborach PO zdaje się być bowiem gruntownie wyleczona z gorączki reformatorskiej. A jeszcze tuż po wyborach Bogdan Zdrojewski zapewniał red. Mazurka: "Otworzymy korporacje prawnicze, bo każdy w Polsce, kto zechce ze swojej profesji czynić hermetyczne środowisko musi się liczyć z naszym zdecydowanym sprzeciwem. Naszą determinację w tej sprawie mogę panu obiecać" (Dziennik, 27.10.2008). I co ostało się z owej determinacji? "Wprost" doniosło niedawno, że projekty przygotowane w Ministerstwie Sprawiedliwości są "zadziwiająco zbieżne z oczekiwaniami adwokatów, notariuszy i radców prawnych". Według - cytowanego przez "Wprost" - Grzegorza Maja ze stowarzyszenia "Fair Play" jest to "...powrót do starych rozwiązań, które oznaczają zamknięcie zawodów prawniczych i brak konkurencji" (A. Piński, J. Piński, Arystokracja III RP, Wprost 14/2008). Jeśli zaś chodzi o słynne znoszenie barier tłumiących przedsiębiorczość, to w "Najwyższym Czasie" plany rządu tak podsumował Dariusz Kos: "Z ambitnego projektu Szejnfelda przedstawionego przez PO w poprzednim Sejmie i przed wyborami, pozostało niewiele. Powiedzmy jasno: prawie nic". Według p. Kosa lepiej przedstawiał się "pakiet Kluski", który, niestety - "Sejm właśnie w pierwszym czytaniu odrzucił i tym samym wyrzucił go do kosza. Tymczasem rozwiązania zaproponowane przez opozycyjne ugrupowania były bardziej przyjazne dla przedsiębiorców i zawierały więcej uproszczeń niźli rządowe plany" (D. Kos, Swobody nie ma i na razie nie będzie, NCz! 933). Co do innych reform - niedawne odejście z rządu Stanisława Gomułki dość zgodnie uznano za koniec marzeń o reformie finansów. Tyle o zmianach systemowych. Przechodzimy do kadr... Żyjemy ponoć "w epoce fachowców" i elektorat PO właśnie fachowców pożąda. No cóż, być może do głosu doszli fachowcy od PR, ale jeśli chodzi o fachowość innego rodzaju -bywa różnie. Resortem skarbu zarządza inżynier geodeta (p. Grabarczyk), sportem rządzi adwokat (p. Drzewiecki), korupcję zwalcza polonistka (p. Pitera), wojskiem zaś kieruje - zdaje się - psychiatra (ale to może trafnie). Jeśli zaś chodzi o stanowiska niższego rzędu - niedawno, do Rady Nadzorczej PERN (branża energetyczna) wszedł pan Stanisław Kwiatkowski (PSL), który niegdyś był sekretarzem gminy w Pacynie, a potem szefem szpitala. Szpital był co prawda w Płocku, niemniej p. Kwiatkowski nie miał wcześniej "nic wspólnego z branżą paliwową, ani z nadzorem nad strategicznymi państwowymi firmami" (Dyrektor szpitala w radzie PERN-u?, wp.pl 19.03.2008). Czy chcę powiedzieć, że za PiS było lepiej? Nie. Chcę powiedzieć, że nie widzę znaczącej różnicy pod tym względem... Widzę za to pod innymi względami. Są bowiem dziedziny, w których kadry, po które sięga Platforma wydają mi się bowiem dziwnie znajome.... Zwraca uwagę swobodny przepływ kadr - (niegdysiejsi) nominanci SLD stają się (obecnymi) nominantami PO. Część winy ponosi tu PSL, który był w sojuszu z Sojuszem, ale ta okoliczność nie tłumaczy wszystkiego. Przepływ kadr z ekipy Millera do ekipy Tuska widać i na poziomie najwyższym (pani Duch, o której będzie jeszcze mowa), i na poziomie niższym. Na przykład Jerzy Miller, obecnie wojewoda małopolski za premiera Millera był szefem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, a za Belki - szefem Narodowego Funduszu Zdrowia. Kazimierz Olejnik, zastępca prokuratora generalnego w ekipie Milera został "społecznym doradcą" w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji (J.S.Powrót Olejnika, Polityka 2647). Głośny niegdyś Grzegorz Kurczuk dostał od PO posadę wiceprezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Lublinie. W województwie lubelskim bowiem PO, PSL i LiD zawarły bowiem umowę koalicyjną. Jakby dla przypieczętowania tego sojuszu lubelska prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie Krzysztofa Janika, który, w 2003 roku, ostrzec miał pewnego burmistrza przed policją, która na burmistrza dybała... Co na to wyborcy PO, ci "zeloci postkomunizmu"? A przy okazji - jak traktują oni sojusz PO z PSL? PSL przecież nie jest mniej postkomunistyczny niż Samoobrona, a sojuszu Samoobrony z PiS platformersi nie mogli znieść! Przy tym , o ile związek PiS-PO przedstawiany był jako przykra konieczność, w przypadku związku PO-PSL mowa jest o miłości... Inną cechą charakterystyczną, jest uwikłanie członków ekipy Tuska w - nazwijmy to - "specyficzne interesy". Nieszczęśliwą rękę do nominacji ma zwłaszcza minister Klich z MON. Powołał na stanowiska generałów Piotra Czerwińskiego i Mieczysława Bieńka, chociaż wiadomo było, że ten pierwszy molestowany był przez prokuraturę za nadużywanie stanowiska przy przetargach, ten drugi jest podejrzanym w "aferze bakszyszowej" (E. Żemła, K. Manys, Ministerialne nominacje pod obstrzałem, Rz. 12.2007). Efektem tego była fala zmian kadrowych (dodając te z powodów "osobistych" - czytaj "lustracyjnych" - prawdziwa epidemia....). Biznesowe uwikłania prominentów reżimu często sięgają lat 90-tych. I tak, według "Wprost", wiceszef PSL, pan Bury (dziś wiceminister skarbu) robił "dziwne interesy" z Art.-B. Otóż Bury, na początku lat 90-tych ubiegłego wieku doprowadził do przejęcia przez Art.-B spółki "Agrotechnika" (o której pisałem zresztą w tekście "Znajomi pana Waldemara"). Zdaniem "Wprost" biznesmeni, którzy brali udział w operacjach finansowych PSL kilkanaście lat temu po dziś dzień wspieraną partię finansowo, o czym świadczą dokumenty Państwowej Komisji Wyborczej (D.Kania, Zielony oscylator, Wprost 47/2007). Przypomnijmy, że "Agrotechnika" była jedną z pierwszych w PRL "spółek nomenklaturowych", a zakładali ją młodzieńcy z ZSL i spece z WAT. Spółka zajmowała się - między innymi - sprowadzaniem objętego embargiem sprzętu komputerowego, który potem lądował - także - w Związku Sowieckim. Z czego wynika, że "Agrotechnika" z góry na dół obsadzona była zapewne agenturą... Ludowcy zresztą w ogóle mają jakąś predylekcję do "interesów" i umieją dbać o swoje. Oto, prezesem magazynów zbożowych został Andrzej Śmietanko, człowiek o bogatej przeszłości. W 1994 roku rządowy samochód prowadzony ponoć przez niejakiego Jarosława Z. staranował płot we wsi pod Orzyszem. Jarosław Z., to, nawiasem mówiąc - kryminalista. W liście do ministra sprawiedliwości twierdził, że samochód prowadził Śmietanko, wcześniej zaś Śmietanko, burmistrz Orzysza i Jarosław Z. spędzić mieli "alkoholowy wieczór" w knajpie "Czarny Pająk". Wszczęto śledztwo w sprawie wypadku, po roku zostało ono jednak warunkowo umorzone (R. Grochola, Wielki powrót Śmietanki, GW 5.12.2007). W czasach AWS Śmietanko doradzał Kwaśniewskiemu, za Millera przez 3 miesiące prezesował Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Pracował też dla Gudzowatego. Dziś - powrócił. Stanowisko dostał bez konkursu. Po ujawnieniu tego faktu przez prasę konkurs co prawda obiecano, ale w czasie, gdy kadencja Śmietanki należała będzie do przeszłości... Śmietanko, jako prezes największych w kraju magazynów zbożowych należących do Agencji Rynku Rolnego zadecydował, że państwowe zboże sprzedawane będzie wyłącznie na warszawskiej giełdzie towarowej. Od każdej tony zboża giełda bierze 5 złotych. Tak się składa, że na prowizji zarobi pan Zbigniew Komorwoski - wpływowy ludowiec, kolega prezesa Pawlaka (R. Grochal, K. Naszkowska, Handel zbożem: PSL daje zarobić swoim, GW 4.02.2008). Śmietance podlegają między innymi Zamojskie Zakłady Zbożowe. W zakładach pojawiło się ostatnio nowe stanowisko - głównego specjalisty do spraw rozwoju, z pensją 10 tysięcy złotych - objął je brat Jarosława Kalinowskiego Adam... (Tomasz Nieśpał, Praca w zbożu dla Kalinowskiego, Rz. 25.04.2004). W CIECh-u z kolei znalazł posadę syn wpływowego ludowca Stanisława Dobrzańskiego. Marcin Dobrzański został wiceprezesem firmy (qub, Syn byłego szefa MON w zarządzie CIEh-u, GW 2.04.2004). Dodajmy, że Dobrzański starszy nie może, póki co, kontynuować kariery politycznej z powodu zaszłości lustracyjnych. Ciekawe rzeczy dzieją się w interesujących mocno "ludowców" Lasach Państwowych. 10 grudnia dyrektorem Lasów Państwowych został Jerzy Piątkowski. Obejmując urząd oświadczył: "Nie będę przeprowadzał w lasach rewolucji. Pewne zmiany organizacyjne i kadrowe będą miały miejsce, ale spokojnie i bez pośpiechu" (lp.gov.pl). Aż strach pomyśleć jak pan Piątkowski wyobraża sobie rewolucję, skoro zmiany przeprowadzane "spokojnie i bez pośpiechu" wyglądają tak: z posad błyskawicznie wylecieli dyrektorzy regionalni w Łodzi, Krakowie i we Wrocławiu, a pięciu następnych szykuje się do odlotu. Ale - mniejsza już o to. Ciekawszy jest przebieg kariery Piątkowskiego. Jak pisali w "Polsce" Piątkowski "...do 2006 roku szef regionalnej dyrekcji Lasów Państwowych w Łodzi stanowisko stracił, gdy w podległym mu nadleśnictwie wyszła sprawa nielegalnej sprzedaży drzewa" (A.Komdzińska, G.Rzeczkowski, PO czyści Lasy Państwowe z ludzi PiS, Polska 3.01.2007). Według poprzedniego rzecznika LP Piątkowski został zdymisjonowany za brak nadzoru. Kłopoty z nadzorem pana Piątkowskiego mogą niepokoić zwłaszcza w świetle jego polityki kadrowej. Oto nowym szefem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie został Stanisław Sennik, nadleśniczy z Niepołomic. Jak donosiła "GW" Sennikowi w awansie "nie przeszkodziły niejasności wokół wymiany atrakcyjnych gruntów nadleśnictwa na prywatne działki swego zastępcy i byłego szefa RDLP". Dyrektor Piątkowski "zignorował śledztwo, które krakowska prokuratura prowadzi w sprawie nieprawidłowości w obrocie działkowym nadleśnictwa Niepołomice. Transakcje polegały na tym, że nadleśnictwo zyskało rolne nieużytki, a pozbyło się atrakcyjnych gruntów". Jakby tego było mało - prokuratura prowadziła też śledztwo w sprawie nieprawidłowości gospodarowania drzewem i fałszowania dokumentów w nadleśnictwie, któremu przewodził pan Sennik. To śledztwo umorzono, ale rozważane jest jego wznowienie" (I. Dańko, Zaskakujący awans nadleśniczego Niepołomic, GW 2.01.2008). Dodajmy, ze możliwości "kręcenia lodów" w Lasach Państwowych są wcale niezłe - w ubiegłym roku czysty zysk LP wyniósł 185 milionów złotych... Sprawa Sennika ma zresztą ciąg dalszy. "Newsweek" doniósł, że jego nominacja oburzyła kilkunastu parlamentarzystów PO. Napisali oni list do ministra środowiska Macieja Nowickiego. To też ciekawa figura, więc trochę o nim... Otóż, przez 15 lat Nowicki był prezesem EkoFunduszu, który obrócił kwotą 1,5 miliarda złotych. Przy okazji, spora sumka trafiła - jako wynagrodzenie za pracę - na konto pana Nowickiego (na kontach ma około 2 milionów oszczędności). Skąd taka suma? Nowicki pobierał pensję w wysokości dziesięciokrotnej średniej krajowej, a od 2001 - dwunastokrotnej. W 2006 roku NIK orzekł, że fundusz nie mógł wypłacać takich pensji, Nowicki twierdzi jednak, że mógł, nie jest to bowiem instytucja podlegająca ustawie "kominowej". Rzecz jest tajemnicza. Fundację założył co prawda minister finansów, a środki czerpie ona z budżetu, ale w 2003 roku wiceminister finansów Ryszard Michalski orzekł, że nie są to pieniądze publiczne... To dziwne orzeczenie padło w odpowiedzi na pytanie niejakiego Krzysztofa Szamałka, w 2003 podsekretarza w Ministerstwie Finansów, a prywatnie - byłego szefa "Ordynackiej". Na początku 2005 roku pan Szamałek został wiceprezesem EkoFunduszu... (Aleksander Piński, Jan Piński, Wehikuł Nowickiego, Wprost 12/2008). Pan Nowicki wydaje się więc świetnie pasować do ekipy Tuska... Wracajmy do Lasów Państwowych. i pana Sennika... Jak doniósł "Newsweek", interwencja posłów PO na niewiele się zdała - w obronie Sennika stanął Bronisław Komorowski - bywalec polowań w Puszczy Niepołomickiej, gdzie podejmował go Sennik (Maciej Gawlikowski, Marek Kręskawiec, Marszałek Lasów Państwowych, Newsweek, 26.04.2008-sieć). Lasy Państwowe to zresztą w ogóle zdaje się szczególnie wdzięczne łowisko dla ludzi przedsiębiorczych, i - zarazem - rezerwa kadrowa dla rządu PO-PSL. Oto "Polska doniosła, że dla rządu pracują ludzie , zamieszani w "jedną z największych afer w czasach koalicji SLD-PSL". Chodzi o budowę osiedla Eko-Sękocin. Osiedle budowano bez odpowiednich zezwoleń, za pieniądze przeznaczone na co innego, na terenie chronionym, budowała zaś firma "Insbud" z Mławy należąca do kumpla aktualnego szefa klubu parlamentarnego PSL Stanisława Żelichowskiego. Lasy Państwowe utopiły w osiedlu 21 milionów, przy tym - nigdy nie zostało ono ukończone. Z tym świetnym interesem związani byli panowie Janusz Dawidziak i Janusz Zaleski. Pod aktualnym reżimem pierwszy został dyrektorem Biura Urządzania Lasów i Geodezji, a drugi - wiceministrem środowiska (Grzegorz Rzeczkowski, Agata Kondzińska, Uwikłani w ekologiczny skandal, dziś zasiadają w rządzie, Polska 28.04.2008). PSL lansował ponoć Dawidziaka na szefa Lasów Państwowych, ale brzydki zapaszek z Eko-Sękocina przyciął skrzydła jego kariery. Dodajmy, dla porządku, że pan Piątkowski nie jest już dyrektorem Lasów. Został odwołany na początku kwietnia. Do Lasów wkroczyła Platforma Obywatelska. Zastąpił Piątkowskiego niejaki Marian Pigan. Stanowisko dostał bez konkursu, dotąd odznaczył się jako działacz leśniczej "Solidarności", która - wbrew stanowisku związku - poparła PO w wyborach. Od tego momentu trwa błyskawiczna kariera Pigana, o swoich awansach, doświadczeniu i kwalifikacjach nie chce on niestety rozmawiać z mediami (PO obsadza lasy - sieć) Nowy szef LP jest stosunkowo młody, nie sądźmy jednak, że "ludzie z przeszłością" zdarzają się tylko PSL-owi! Oto, po stronie PO w rządzie brylują "piskorczycy". Samego Piskorskiego, co prawda odstawiono na boczny tor - zbyt mocno kojarzył się z "układem warszawskim", ale jego mniej popularni koledzy, wiceprezydenci stolicy z czasów rządów pana Pawła kontynuują kariery. I tak, Tomasz Siemoniak został niedawno sekretarzem stanu w MSWiA, a Olgierd Dziekoński -wiceministrem infrastruktury odpowiedzialnej za budownictwo. Dziwne, że za budownictwo nie wziął się pan Siemoniak. Po pierwsze - to człowiek stu talentów (typowano go na autora raportu o mediach przygotowanego niegdyś na potrzeby PO), a po drugie - wiele wskazuje na to, że zna się na spółdzielniach mieszkaniowych. W 2001 roku mogliśmy w "GW" przeczytać tekst "Dembud i przyjaciele" poświęcony szczególnej spółdzielni. Autorki tekstu Iwona Szpala i Agnieszka Zielińska, pisały: "Dembud to spółdzielnia wyjątkowa: prezes jest radnym w warszawskiej gminie Centrum, w której inwestuje. Spółdzielnia wygrywa przetargi na grunty, choć nie zawsze płaci najwięcej. Po umiarkowanych cenach sprzedaje wytworne mieszkania. (...). Urzędnicy są wobec niej wyjątkowo wyrozumiali, godzą się na wszystkie prośby spółdzielni (...). Ci liberalni urzędnicy to w dużej mierze spółdzielcy Dembudu. Mając wśród swoich członków kwiat warszawskiego samorządu z prezydentem Warszawy włącznie Dembud stał się symbolem firmy, która odnosi sukcesy metodami uznawanymi za kontrowersyjne". Obok "kwiatu samorządu" mieszkali ludzie "Pruszkowa" z samym "Pershingiem" na czele, ale nas interesuje dziś bardziej "kwiat". I tak, jak dowiedzieliśmy się z "GW": "W Dembudzie mieszkają wszyscy członkowie zarządu miasta z ramienia PO: Paweł Piskorski, Wojciech Kozak, Tomasz Siemoniak" (I.Szpala, A. Zielińska, Dembud i przyjaciele, GW 6.11.2001). Czyż nie można więc przypuszczać, że - gdyby pan Siemoniak poszedł się sprawdzić w budownictwie - być może doczekalibyśmy się "wytwornych mieszkań po umiarkowanych cenach" dla mas? W końcu ma być lepiej. Wszystkim... Ale - bądźmy spokojni. Pan Siemoniak sprawdzi się i w MSWiA, zwłaszcza, że ma tam doświadczonych towarzyszy, o czym jeszcze będzie mowa... Platforma dba o "swoich" nie gorzej od "ludowców". Wart 132 tysiące kontrakt na obsługę prawną prezydenta Warszawy przypadł w udziale Józefowi Medykowi, który - jako komisarz wyborczy - bronił Hannę Gronkiewicz Waltz przed utratą mandatu(Bronili Sawickiej, dostali kontrakt, Onet za "Rz" 26.02.2008). Podobnie - zlecenie na obsługę prawną spółki Narodowe Centrum Sportu dostała - bez przetargu - kancelaria prawna Pociej, Dubois i Wspólnicy, według "Rz", od lat świadcząca usługi Platformie Obywatelskiej. Kontrakt wart jest 600 tysięcy złotych. O "wspólnikach" nic mi nie wiadomo, ale to i owo wiem (z prasy) o panach Pocieju i Dubois. Aleksander Pociej to hojny adwokat, który wpłacił 300 tysięcy złotych kaucji za panią Beatę Sawicką(Bronili Sawickiej, dostali kontrakt, Onet za "Rz" 26.02.2008). Jeśli zaś chodzi o nazwisko Dubois - chodzi tu niezawodnie o pana Jacka Dubois, pełnomocnika prawnego PO. To zdaje się w ogóle ciekawa postać. Jest on - na przykład - obrońcą pani Jaruckiej (Cimoszewicz gdy się o tym dowiedział miał powiedzieć do żony: "zobacz, nawet się chłopcy nie kryją"), a poza tym pan Dubois zasiada we władzach spółki J&S, pełni też funkcje w innych spółkach związanych z tą firmą (Onet 29.02.2008). Firma J&S może się poszczycić i innymi pracownikami związanymi z aktualnym reżimem. Jak doniosła "Rz" w J&S pracują byli politycy PSL - Józef Pawlak i Zdzisław Zambrzycki. Zatrudniono ich jako speców od biopaliw. Obydwaj uchodzą za wpływowych ludowców (P. Nisztor, Byli politycy PSL na etatach w J&S, Rz, 11.02.2008). Idźmy dalej... Minister Bieńkowska z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego dofinansowała kwotą 80,7 miliona złotych spółkę "Miasteczko Multimedialne" w parku technologicznym w Nowym Sączu. Prezesem firmy jest związany z PO współtwórca Business Center Club Krzysztof Pawłowski (Zenon Baranowski, Kryterium towarzyskie, Nasz Dziennik, 2.02.2008). Promocją polskich produktów regionalnych zajmie się agencja Lowe GGK. Tak się bowiem składa, że zorganizowany przez Agencję Rynku Rolnego przetarg wygrała firma związana z Andrzejem Halickim z PO. Halicki twierdzi, że z firmą nie ma już nic wspólnego, ale jego nazwisko, w chwili przetargu, znajdowało się na liście członków zarządu The Lowe Group Poland w skład której wchodzi Lowe GGK (Konfliktowy przetarg za 12 milionów, TVN24pl, 21.03.2008) Nasz przegląd "nowych jakości" w rządzie PO-PSL zakończymy postacią pani Chojny-Duch. Harmonijnie łączą się w jej osobie cechy charakterystyczne tej ekipy. Jest "spadkiem" po ekipie SLD, ma na koncie "dziwne interesy" i zdaje się być w świetnej komitywie z magnatami III RP. Duch dostała od Tuska posadę wiceministra finansów. Wcześniej była wiceministrem w rządach Pawlaka i Oleksego, doradzała Kołodce. Wiąże się z nią, w kontekście dziwnych interesów, ciekawa anegdotka. Otóż, Duch wynajmowała niegdyś mieszkanie Wietnamczykom nie odprowadzając stosownego podatku. Wietnamczycy zainstalowali w mieszkaniu fałszywą centralę telefoniczną, która "wpadła" i zrobił się z tego skandal. Ale to była drobnica. Dziś pani Duch zdaje się robić lepsze interesy, w "GP" znaleźć można było niedawno tekst poświęcony panu Nurowskiemu, czytamy w nim mn.: "w 2005 roku (...) Nurowski wraz z innymi osobami mn. Dariuszem Rossatim oraz Elżbietą Chojną Duch, kupił od SGGW 90 ha ziemi w niebywale atrakcyjnym miejscu w podwarszawskim Konstancinie. Warte około 500 milionów zł grunty zostały im sprzedane za zaledwie ... 7 milionów zł plus VAT" (P. Lisiewicz, Pan od propagandy). Najbardziej niepokojące jest jednak co innego. Otóż, jak pamiętamy wiosną 2005 roku z Ministerstwa Finansów wyprowadzono w kajdankach grupkę urzędników, którzy w zamian za tzw. "korzyści majątkowe" świadczyli różne usługi, ze szczególnym wskazaniem na załatwianie ulg podatkowych. Proceder ten, mimo, że kierownictwo resortu było alarmowane, ciągnął się przez lata, także w czasie, gdy ważną figurą w ministerstwie była pani Duch. Dodajmy, że przez Chojnę Duch dobre przełożenie na rząd zdaje się mieć pan Ryszard Krauze. Jacek Duch, mąż pani minister związany jest bowiem z Prokomem. I to mocno. Gdy Krazuze wpadł w tarapaty to właśnie Jacek Duch został przewodniczącym Rady Nadzorczej Prokomu (W. Wybranowski, Dobry płatnik zrezygnował, ND 3.10.2007). Dobre stosunki z magnaterią III RP - to kolejna cecha charakterystyczna dla członków ekipy Tuska... Teraz zajmiemy się zwykłymi i specjalnymi służbami mundurowymi. O policję ledwie potrącimy. Policja, rzecz jasna ma zostać "odpolityczniona". Pojawiły się nawet kuriozalne pomysły, by Komendanta Głównego wybierał Sejm, lub ... "konklawe" Komendantów Wojewódzkich (wiem, że nie chce się w to wierzyć, ale naprawdę coś takiego słyszałem..). Będzie jak pędzie, póki co - do policji "wraca nowe". "W policji trwa kadrowe przemeblowanie - donosiła "Trybuna" - "Do służby wracają funkcjonariusze, którzy "z powodów osobistych" odeszli na wcześniejszą emeryturę za czasów rządów PiS" (Trybuna 28.12.2007). Czy aby nie są to funkcjonariusze "ustawiani" w czasach, gdy kadrowym policji był pan Kurnik, ostatni kadrowy SB? (Kurnik odszedł po wybuchu "afery starachowickiej", nie sądzę jednak, by po jego odejściu SLD robiło w policji jakąś reformę kadrową). Tak, czy owak z emerytury wrócił obecny Komendant Główny Policji, pan Andrzej Matejuk. Na emeryturę odszedł niespodziewanie za czasów PiS. Mówiono, że była to emerytura wymuszona. Dolnośląska Komenda Policji, której szefem był Matejuk zaliczyła szereg wpadek. A to na jakimś komisariacie urządzano orgie, a to znów CBŚ zatrzymało komendanta jednego z komisariatów, który – pijany – prowadził samochód w towarzystwie osobnika poszukiwanego za udział w aferze korupcyjnej „której tropy wiodą do wrocławskiej policji” (komendanta nie ukarano, tylko odesłano na emeryturę). Wobec powyższego nie dziwi, że mieszkańcy Dolnego Śląska byli tymi, którzy najgorzej oceniali policję (Karolina Łagowska, Wymuszona emerytura komendanta policji, GW 16.04.2006). Matejuk uważany jest za „człowieka platformy”, więc nie dziwi, że powrócił... A czy aby pan Matejuk nie robił jakichś „dobrych interesów”? – zapytacie. Oczywiście, że robił. Czy – w przeciwnym razie – pasowałby do tej ekipy? Oto, w 2003 roku portal „Naszemiasto.pl” donosił: „Andrzej Matejuk, komendant wojewódzki policji oraz jego zastępca Zbigniew Maciejewski kupili działki rolne w gminie Mięłkinia. Niewiele kilometrów od granic administracyjnych Wrocławia. Zapłacili za nie kilka razy mniej od ceny rynkowej. Sprzedającym była Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa” (Tylko głupi nie kupi, Naszemiasto.pl, 1.03.2003 – sieć). Dodajmy, że zastępcą komendanta głównego został pan Henryk Tusiński, który - według "Newsweek"a - brał udział w procederze uwłaszczania się policyjnych notabli na służbowych mieszkaniach (za 10-20 procent ceny), przy tym w przypadku Tusińskiego miało się to odbyć z naruszeniem prawa (Marek Kęskrawiec, Maciej Gawlikowski, Prezent dla komendanta, Nwesweek 09/08). A teraz służby specjalne... Ta koalicja zaczynała się od wizyt Gromosława Czempińskiego w sejmowych siedzibach PO i PSL, a potem było tak, jak zdawał się to zapowiadać ten znak... Ważnym kadrowym "rozprowadzającym" w służbach specjalnych (i nie tylko) wydaje się być pan Brochwicz. Bardzo interesująca figura. Ludwik Dorn: "Płk Brochwicz, protektor ludzi z zespołu Lesiaka w okresie kiedy był wiceministrem w MSWiA, łącznik między p. Jarucką a posłem Miodowiczem" (L. Dorn, Wpis sejmowy I - blog). Osoby kojarzone z Brochwiczem obejmują, jako się rzekło, kluczowe posady. Dorn: "...wiceministrem w MSWiA został p. Witold Dróżdż z ekipy byłego premiera Tomaszewskiego, w owym czasie doradca wiceministra Brochwicza. Najważniejszym członkiem nowej ekipy kojarzonej z Brochwiczem wydaje się jednak być p. Bondaryk postawiony na czele ABW. O Bondaryku można by napisać epopeję... Skoro tyle mówi się ostatnio o „odpolitycznianiu” zacznijmy od tego, że Bondaryk, od czerwca 2001 do września 2005 roku członkiem Rady Krajowej PO (L.Misiak, Wspaniały medialny świat, GP 754). Jak na członka tej ekipy przystało ma też bogate doświadczenie biznesowe. Od 2001 do 2007 pracował „w sektorze telekomunikacyjnym i bankowym”. „Newsweek” ustalił, że Bondaryk miał też udziały w doradczej firmie TI Consultans, kierował radą nadzorczą Gazstalu handlującego wyrobami hutniczymi, był też udziałowcem „spółki oskarżonej o to, że posłużyła do wyprowadzania majątku z państwowego Cefarmu” (Grzegorz Indulski, Andrzej Stankiewicz, Bond Bondaryk, Newsweek 5/2008). Chodzi o spółkę "Medycyna i Farmacja". Pracowity pan Bondaryk pracował również w firmie Tel-Energo, zasiadał we władzach spółki Porta TX, udzielał się też w Invest Banku i Elektrimie. Dwie ostatnie firmy kontroluje Piotr Solorz. Bondaryk doradzał panu Nurowskiemu, bliskiemu współpracownikowi Solorza, jednemu z bohaterów raportu o nadużyciach w WSI (Nurowski ma w ogóle bardzo interesujący życiorys, od czasów PRL-owskich). Wobec takich uwikłań, nie dziwi, że po nominacji Bondaryka na szefa ABW od sprawy odsunięto oficera prowadzącego śledztwo "w sprawie interesów Solorza" (awe, Nowy szef ABW odsunął śledczego badającego interesy Solorza, GW 27.01.2008). Wszechstronny Bondaryk był też współwłaścicielem EMAS-u, firmy handlującej biżuterią. Ten rodzaj biznesu to zresztą chyba specjalność rodzinna. Oto „Rzeczpospolita” wygrzebała, że brat Krzysztofa Bondaryka, Marek był współwłaścicielem spółki „Sandra”. Za jej pośrednictwem przemycano z Białorusi potężne ilości złota. Informatorzy „Rzeczpospolitej” twierdzą, że interes na taką skalę nie mógłby się kręcić bez współudziału służb specjalnych, a w połowie lat 90-tych szefem białostockiego UOP był - Krzysztof Bondaryk. Prokurator Sławomir Lusk badający tę sprawę został – po ostatnich wyborach – odwołany. Decyzję podjął minister Ćwiąkalski, ale stać za nią mieli Krzysztof Bondaryk oraz adwokat jego brata. Następcą Luska został współpracownik owego adwokata... (Cezary Gmyz, Szef ABW i kłopoty jego brata, Rz. 28.01.2008) Teraz rzut oka na karierę Bondaryka w resorcie. Jak pisali w "Naszym Dzienniku" Bondaryk "dwukrotnie został usunięty z pracy w atmosferze przecieków i gromadzenia "kwitów" na niewygodnych polityków" (ND, 17.11.2007). Jedna z owych dwóch wpadek jest - rzecz można - wyjątkowo "niepoprawny politycznie", jak przypomniał niedawno Antoni Macierwicz Bondaryk zasłynął "jako wiceminister MSWiA w 1999 r. tym, że próbował przejąć i wykorzystać dokumentację tzw. akcji "Hiacynt" dotyczącej homoseksualistów" (Tajny plan Platformy, Rz. 4.12.2007). W 1999 roku szum wokół sprawy robiła "GW", dziś "GW" milczy. To nie wszystko. 23 grudnia z "Onetu" mogliśmy dowiedzieć się, że warszawska prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnego kopiowania danych i wynoszenia tajnych dokumentów z siedziby PTC (właściciel "Ery") przez pana Bondaryka. O co chodzi? Otóż, w 2005 roku Bondaryk - wtedy - pracownik departamentu administracji PTC - skopiować miał nielegalnie kilka tysięcy stron dokumentów. Śledztwo prowadzi ABW. Gdy Bondaryk został p.o. szefa ABW śledztwo przejęła prokuratura. Zdaniem rzecznika ABW - to wystarczy, by uniknąć posądzeń o brak bezstronności. Czy wystarczy drogi platformersie? Jak wygląda polityka kadrowa w dowodzonej przez Bondaryka ABW? Prof. Zybertowicz powiedział niedawno, że Bondaryk obsadza stanowiska ludźmi z "40 letnim stażem" w służbach specjalnych. Uważam to jednak za przejęzyczenie, byliby to bowiem emeryci. Pod ręką są przecież młodsi - z ekipy SLD. Jednym z zastępców pana Bondaryka został Jacek Mąka - wiceszef ABW pod rządami Belki (Paweł Siergiejszyk, Układ wszystkich układów, Nasza Polska, 636). Członkiem rady konsultacyjnej doradzającej Bondarykowi został zaś Andrzej Barcikowski, człowiek komuny (od czasów "prehistorycznych" - w latach 80-tych Barcikowski pracował w KC PZPR). Barcikowski był szefem ABW za czasów Millera. Zarzucano mu wtedy, że "zwalnia dobrych funkcjonariuszy, zatrudniając w ich miejsce byłych funkcjonariuszy SB". Barcikowskiego kojarzono też z akcją zatrzymania asystenta szefa komisji badającej aferę Orlenu (patrz - uwaga o gen. Hunii), a ostatnio zaistniał przy okazji odgrzanej przez media sprawy dostaw gazu za pośrednictwem firmy kontrolowanej przez "mafię rosyjską". Kierowane przez Barcikowskiego ABW miało tuszować sprawę zawarcia tego kontraktu (W. Ferfecki, Politolog ze służb, Wprost 11/2008). I mając takie właśnie rekomendacje Barcokowski wylądował jako doradca Bondaryka. Może - nic dziwnego. "Wymienne" obejmowanie stanowiska konsultanta ma zresztą w stosunkach PO - SLD pewną tradycję. Za rządów SLD pan Brochwicz wszedł do komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW czyli - Andrzeju Barcikowskim. Ponoć Belka proponował Brochwiczowi stanowisko szefa Agencji Wywiadu, ten jednak wolał "sprawdzić się w biznesie" - trafił między innymi do Rady Nadzorczej "Biotonu" firmy Ryszarda Krauze (P. Lisiewicz, Człowiek z cienia, GP 744) Rzućmy okiem na inne służby... Na czele Służby Kontrwywiadu Wojskowego postawiono Grzegorza Reszkę, wiceszefa UOP za rządów SLD. Dariusz Kos pisał o Reszcze w "NCz!": "Obecny szef kontrwywiadu wojskowego podczas słynnej "czystki Siemiątkowskiego" w UOP w 2001 roku miał wskazywać palcem ludzi do zwolnienia z UOP, bo zaczęli pracę za czasów AW "S" (NCz! 926). Do kontrwywiadu trafił też Zbigniew Lichocki, według Macierewicza jeden z funkcjonariuszy przygotowujących zatrzymanie Modrzejewskiego w 2002 roku. Podobny klucz zdaje się obowiązywać w wywiadzie. Zastępcą szefa Służby Wywiadu Wojskowego mianowano gen. Macieja Hunię. Według "Newsweek"a była to nominacja zaskakująca, albowiem Hunia "ostatnimi laty kojarzony był z ze środowiskiem oficerów sympatyzujących z SLD". "Newsweek" przypomniał, że Hunia "zasłynął" podczas prac komisji badającej aferę Orlenu - kierowany przez Hunię kontrwywiad przeprowadził prowokację aresztowaniem pod zarzutem szpiegostwa asystenta szefa komisji (jg. IAR, Newsweek: Maciej Hunia następcą Macierewicza, GW 20.11.2007). Reszka zyskał niedawno godnego następcę - pana Ananicza, człowieka Wałęsy, któremu ufa też SLD (Belka zrobił Ananicza szefem wywiadu). Według PiS to Ananicz maczał palce w „inwigilacji prawicy”, tudzież odpowiada za umieszczenie w roku 1992 podejrzanego zapisu w traktacie polsko-rosyjskim pozwalającego na tworzenie spółek na eksterytorialnych terenach byłych baz sowieckich .... Znajomość z Wałęsą czy Wachowskim zdaje się być w tej ekipie niezłą rekomendacją. Nowym szefem BOR został Marian Janicki to - według "GP" - zaufany Mieczysława Wachowskiego. Dodajmy, że prokuratura zajmuje się przetargami, którymi zajmował się Janicki, gdy w latach 2001-2005 był zastępcą ds. logistyki gen. Mozgawy (ten z kolei ma być protegowanym panów Janika i Sobotki) (L. Misiak, Szef BOR pod lupą śledczych, GP 29.01.2008). Zaufanym Wałęsy (Wachowskiego?) jest też nowy Komendant Główny Leszek Elas. To on właśnie, w 1993, jako szef gdańskiej delegatury UOP nadzorował akcję przejęcia "teczki" Wałęsy z rąk byłego SB-ka. Sfałszowano wtedy dokumenty, by mieć pretekst najścia na mieszkanie w którym przechowywano "teczkę" (DK, Szef straży granicznej z teczką Wałęsy, Wprost 8/2008). Równie dobrą rekomendacją, co znajomość z Wachowskim zdają się być związki z WSI czy - wręcz - służbami PRL. Szefem Departamentu Kadr w MON został Janusz Bojarski. Absolwent Akademii Politycznej im. Dzierżyńskiego, były szef WSI. Zastępcą szefa ABW został kumpel Pawlaka, były SB-ek, znajomy Edwarda Mazura - pan Skorża. Teraz rzut oka na resort sprawiedliwości w którym rządzi pan Ćwiąkalski (jako że sympatycy PO wypominali PiS-owi każdego ex-PZPR-owca w szeregach przypomnijmy, że Ćwiąkalski w latach 1972-1981 był członkiem PZPR). Zacznijmy od samego ministra. Jan Widacki, ten wzór prawniczych cnót orzekł, że Ćwiąkalski politycznie "równie dobrze pasuje do Platformy jak i do LiD" (I.Janke, Minister z innego Krakowa, Rz.12.01.2008). Widacki ma niewątpliwie racją, mimo, że Ćwiąkalski czasy Millera ocenił - w "Rzeczpospolitej" - surowo mówiąc: "poczucie bezkarności ówczesnej ekipy było zatrważające. To, co się wtedy działo, było jednym wielkim skandalem. Wrócili do praktyk PRL. Tyle, że teraz oprócz pełni władzy chodziło jeszcze o wielkie pieniądze". W tym miejscu nieuchronnie pojawia się pytanie: skoro za SLD było tak źle, to dlaczego nie mieliśmy wśród postPRL-owskiej elity do czynienia z histerią na miarę tej z lat 2005-2007? Co robił wtedy Ćwiąkalski? Cóż, Ćwiąkalski był wtedy - jak ujął to Jarosław Kaczyński - "adwokatem od szczególnego rodzaju spraw i szczególnego rodzaju ludzi". Tak więc zajmował się sprawami: Henryka Stokłosy, Ryszarda Krazuzego, doradzał też pani "Alexis" znanej z "afery węglowej" (L.Misiak, Obrońca oligarchów, GP 748). Do chwili ministerialnej nominacji Ćwiąkalski był też pełnomocnikiem Tomasza Wróblewskiego, właściciela Biofermu, który naciągnął tysiące osób na - w sumie - 8 milionów dolarów (L.Misiak, Wspaniały medialny świat, GP 754). Klientami Ćwiąkalskiego byli też osobnicy zamieszani w sprawę tzw. "Trójkąta Buchacza" (W.Wybranowski, Wekslowe przypadki adwokata Ćwiąkalskiego, ND 20.12.2007). W tym zestawie nie mogło chyba zabraknąć wszędobylskiego pana Brochwicza. Ludwik Dorn pisał w blogu: "Otóż, pan Ćwiąkalski to nie tylko doradca prawny p. Krauzego czy adwokat p. Stokłosy. To także adwokat płk UOP Brochwicza w procesach cywilnym i karnym, który p. Brochwicz mi wytoczył za określenie go uosobieniem patologii służb specjalnych w III RP (L. Dorn, Wpis sejmowy I - blog) Idźmy dalej... Surowo oceniający czasy Millera Ćwiąkalski sięga po ludzi tamtej epoki. Prokuratorem Krajowym został Marek Staszak, w rządzie Leszka Millera pełniący funkcję wiceministra sprawiedliwości. Szefem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie został Bogusław Michalski, ten sam, który kilka lat temu doprowadził do uwolnienia z aresztu Edwarda Mazura (M.Duda, B.Kittel, Prokurator obronił E. Mazura, Newsweek 4/2008). Tak dobrana ekipa zabrała się za robienie czystki w resorcie. Standardowe doniesienia mediów wyglądały tak: "Szefowie 5 prokuratur apelacyjnych zostaną odwołani - poinformował RMF FM. Chodzi o prokuratury w Krakowie, Katowicach, Rzeszowie, Lublinie i Warszawie" (Onet, 12.12.2007). Ćwiąkalski pytany przez "Rz" co zdecydowało o zmianie 5 szefów prokuratur apelacyjnych odparł, że "rzetelność pracy", a ponadto trwające miesiąc badanie teczek osobowych, tudzież nieformalne opinie środowiskowe. Dziennikarza zainteresowały te nieformalne opinie, dopytany o nie Ćwiąkalski odparł: " Pytaliśmy o zdanie środowisko prokuratorskie, ale nie tylko. Prokuratorzy funkcjonują w środowisku akademickim, wcześniej gdzieś pracowali, ktoś ich zna" (Rz. 14.12.2007). Czystka szła dalej. Rz: "Po decyzji Zbigniewa Ćwiąkalskiego o odwołaniu 5 prokuratorów apelacyjnych mianowanych przez Zbigniewa Ziobrę nowych szefów mają śledczy w Warszawie, Krakowie, Lublinie i Rzeszowie. Teraz posady stracą tam prokuratorzy okręgowi (...). Wielka wymiana prokuratorów na dobre trwa także w Prokuraturze Krajowej" (Rz.14.12.2007). Mianowani przez Ćwiąkalskiego prokuratorzy dobrze zrozumieli powinności swojej służby i czystka poszła w dół. "Rzeczpospolita" donosiła: "Prokurator Palka hurtowo zwalnia śledczych". Wnioski o odwołanie wszystkich zastępców, naczelników wydziałów oraz prokuratorów okręgowych wysłała do ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego nowa prokurator apelacyjna w Katowicach Iwona Palka - poinformował wczoraj portal dziennik.pl. Wśród odwołanych są prokuratorzy, którzy nadzorowali śledztwa w sprawie korupcji w katowickim wymiarze sprawiedliwości. (...). -Czegoś takiego nie było w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. To czystka na niespotykaną skalę - mówi "Rz" były szef resortu sprawiedliwości Zbigniew Ziobro" (C.Gmyz, Prokurator Palka hurtowo zwalnia śledczych, Rz.19.12.2007). "Dlaczego kiedy minister Ćwiąkalski zwalnia prokuratorów po kilkunastu dniach urzędowania, jako przyczynę podaje tylko, że "byli zaufanymi ministra Ziobry"? Co to a argument" - dziwi się dobroduszny red. Janke (Na początku był chaos, Rz. 20.12.2007). Jak to "dlaczego" panie Igorze? Właśnie dlatego! Żebyż tylko prokuratorzy szli w odstawkę z takiego powodu! "Miłość zwycięża na wszystkich frontach - pisał w "Dzienniku" Robert Mazurek - "Przekonała się o tym ostatnio sekretarka w pewnej prokuraturze, która wyleciała na twarz, bo parzyła kawę ziobrzyście" (R.Mazurek, Dyktatura Miłości, Dziennik 28.12.2007) Wymiana kadr w resorcie pana Ćwiąkalskiego idzie więc naprawdę szerokim frontem. Czy - w związku z tym - mamy do czynienia z "czystką"? Ależ skąd. Rzecz wyjaśnia pani Paradowska z "Polityki". Otóż, posunięcia ministra Ćwiąkalskiego to "...działania szybkie i zdecydowane, skutkujące nie tylko niezbędnymi zmianami kadrowymi, ale także bardzo konkretnymi pomysłami na (...) rozdzielenie stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego" (Hufce Tuska, Polityka 2634). Owo rozdzielenie polegać ma na tym, że prokuratora generalnego wybierał będzie prezydent spośród - bodaj - dwóch kandydatów wskazanych przez ... korporacyjny organ prokuratorów. Prokuratura będzie więc - de facto - stanowiła świat sama dla siebie. Można nazwać to "odpolitycznieniem", ale tylko wówczas, gdy mamy dobre zdanie o prokuratorskim światku... Wracajmy do czystki. Widać tu chyba pewien klucz... W skrócie: odwołano prokuratorów nadzorujących sprawy: korupcji w Ministerstwie Rolnictwa, przecieku z CBA, doktora G., korupcji w Centralnym Ośrodku Sportu, kont lewicy, powiązań Barbary Blidy z mafią węglową (Przemysław Harczuk. Ćwiąkalizacja prawa, GP GP 755). Odsunięto też prokuratora zajmującego się sprawą Piotra Czubińskiego (członek Rady Krajowej PO) oraz prokuratora prowadzącego sprawę "trójkąta Buchacza". Przy tej ostatniej sprawie zatrzymajmy się na dłużej - jak pisałem wyżej Ćwiąkalski był zaangażowany w sprawę jako prawnik. Był bowiem pełnomocnikiem jednej z firm (Elzamet), które domagają się od skarbu państwa pieniędzy na podstawie weksli, których autentyczność jest kwestionowana. Weksle opiewają na sumę około 100 milionów. Dodajmy, że w zarządzie innej firmy czynnej w tej sprawie zasiadał Waldemar Pawlak (Karbona). Jak donosił "Nasz Dziennik" po odsunięciu prokuratorów "postępowanie obejmujące niedawnych klientów ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego stanęło w miejscu" (W.Wybranowski, Wekslowe przypadki adwokata Ćwiąkalskiego, ND 20.12.2007). Prasa donosiła też, że odsunięcie od sprawy grozi prokuratorom, którzy "tropią sprawców największej afery w polskim sądownictwie". Trzech prokuratorów zajmujących się tą sprawą trafić miało na "podrzędne stanowiska" (C. Gmyz, Śledczy zostaną odsunięci? Rz. 20.12.2007). Nie wiem jak skończyła się ta sprawa. W każdym bądź razie duch "nowego czasu" szybko dał o sobie znać. "Nie wiadomo dlaczego nagle prokuratorzy przestają żądać przedłużania aresztów, wycofują się z zarzutów, umarzają śledztwa" - dziwiła się w "Dzienniku" pani Marszałek (Proste pytania do min. Ćwiąkalskiego, Dziennik 4.01.2008). Czy aby naprawdę "nie wiadomo dlaczego"? Wszystko to zdaje się układać według dość oczywistego klucza. Popatrzmy: uchylenie nakazu zatrzymania Krauzego i jego "tajne" przesłuchanie, zniesienie sankcji wobec Janusza Kaczmarka i Konrada Kornatowskiego (pojawiła się niedawno informacja ze trzeci z tej trójki pan. Marzec, który ostrzegał o najściu na dom "największego płatnika" powrócić ma do służby, ale był to chyba humbug). Umorzenie śledztwa w sprawie zatajenia danych w prospekcie emisyjnym TVN. Umorzenie śledztwa w sprawie wypadku spowodowanego przez Cezarego Stypułkowskiego, jednego z "nietykalnych" lat 90-tych, wypadku, który kosztował życie 3 osób. Umorzenie sprawy "grupy trzymającej władzę", przy tym - według "Misji Specjalnej" - mogły wchodzić w grę naciski "z góry". Umorzono też "wszystkie podejrzenia dotyczące przekroczenia uprawnień w związku z przygotowywaniem ustawy medialnej dotyczące między innymi Leszka Millera i Aleksandry Jakubowskiej". Idźmy dalej. Zwolnienie z aresztu zatrzymanych w sprawie korupcji w Centralnym Ośrodku Sportu i w sprawie "afery gruntowej" (niejakiego Andrzeja K.). Wypuszczenie za kaucją Józefa Jędrucha - sprawa Colloseum (L.Misiak, Hulaj dusza, Ziobry nie ma, GP 755). Niedawno "Dziennik" doniósł: "Prokuratura składa broń w aferze gruntowej". Kończmy. Wiem, że wpis jest za długi, ale – uważam – że mamy do czynienia z sytuacją, w której ilość przechodzi w jakość. Dobór kadr w tej ekipie, preferowany przez nią typ ludzki wydaje się bardzo charakterystyczny. Jeden z papieży nazwał katolicki modernizm ściekiem wszystkich herezji, ekipa Tuska zdaje się być zlewiskiem postkomunizmu. Zważywszy na to - jestem pesymistą. Rządzi nami, że tak powiem, "koktajl" z KLD, UW, SLD i PSL. Całe to towarzystwo zjednoczyło się w obronie "III RP" w sposób, skądinąd godny uwagi, ale żeby z tego powstała jakaś nowa jakość którą zdają się dostrzegać red. Krasowski czy Michalski- nie przypuszczam. Ostatecznie są to beneficjenci postkomunizmu (którego już ponoć nie ma) a przecież nie likwiduje się burdelu przynoszącego niezłe zyski. Ale dobrze - jestem otwarty na argumenty. Przekonajcie mnie, drodzy sympatycy PO, że się mylę, że mamy do czynienia z "nową jakością". Bardzom ciekaw, co wymyślicie. Psychologowie twierdzą, że istnieje zjawisko "pułapki zaangażowania". Z grubsza polega ono na tym, że raz zaangażowawszy się w jakąś sprawę mamy skłonność do racjonalizowania swojego wyboru, nawet wówczas, gdy napływające dane zdają się wskazywać, że popełniliśmy błąd. Drodzy Platformersi - czekam na wasze racjonalizacje...

Ocena wpisu: 
Brak głosów