Wróg uderzy od wewnątrz

Obrazek użytkownika kokos26
Blog

Myślę, że już niedługo będziemy świadkami kolejnego wielkiego politycznego eksperymentu, którego celem będzie sprzedanie Polakom tego samego zepsutego i mocno cuchnącego towaru w nowiutkim atrakcyjnym opakowaniu. Formuła pod tytułem „Platforma Obywatelska” po niemal 20 latach istnienia już się wyczerpała, więc dowództwo „armii III RP” zmuszone zostało do wymiany znoszonych i postrzępionych niemieckich mundurów i szyneli na nowe, bardziej kojarzące się z polskimi barwami. Dzisiaj zniknął dylemat, który jeszcze kilka lat temu kazał obrońcom III RP trwać przy PO mimo aferalnych i mafijnych inklinacji wielu polityków tej partii. Przypomnijmy jak salonowcy Michnikowego chowu tłumaczyli to trwanie „mimo wszystko” przy Platformie. „Dziadek” Waldemar Kuczyński na dwa lata przed przejęciem władzy przez PiS mówił: „W tyle głowy każdego z nas jest z góry powzięty pogląd, jeśli chodzi o PO. Ja tego nie ukrywam. Nie jestem tzw. obiektywnym dziennikarzem, ja bronię tamy przed naporem groźnych sił politycznych w Polsce. A w roli tamy widzę PO. Jak długo nie ma na horyzoncie żadnej alternatywy, kwestią odpowiedzialności za kraj jest pilnowanie, by nie przykładać ręki do rozwalania tej tamy”. Streszczając jednym zdaniem, Kuczyński mówił: Lepsi zdrajcy i złodzieje niż patriotyczna prawica.

 

Jak wiemy w 2015 roku tama pękła i trzeba było aż pięciu lat, aby pasożytniczy układ zrozumiał, że PO już nigdy tej tamy rozwalonej przez „napór groźnych sił politycznych” nie odbuduje. W czasach, kiedy Kuczyński wypowiadał przytoczone powyżej słowa była jeszcze nieudana próba powołanie do życia przyszłego „obliczalnego koalicjanta” dla Platformy, który miałby być taką „spokojną” i „niesmoleńską” prawicą. Nie powiodła się jednak ta akcja, w której główne role mieli odegrać, Jarosław Gowin oraz Instytut Myśli Państwowej w składzie: Roman Giertych, Misiek Kamiński i Kazimierz Marcinkiewicz. Już po roku po całym tym instytucie nie pozostało nic, a jego domenę można było sobie kupić za niecałe 400 złotych. Polacy wykazali wielką mądrość i nie uwierzyli, że „idzie nowe” zaś Gowin w wyniku politycznej układanki na nasze nieszczęście wylądował w obozie Zjednoczonej Prawicy, jako koalicjant PiS-u, zaś my od początku na łamach „Warszawskiej Gazety” przestrzegaliśmy, że wcześniej czy później odegra on rolę „konia trojańskiego”.

 

Już po przegranych wyborach prezydenckich, Rafał Trzaskowski przemawiając w Gdyni zapowiedział budowę „Nowej Solidarności”. Do złudzenia przypominało to wystąpienie „trzech tenorów”, którzy w 2001 roku z inicjatywy funkcjonariuszy SB w gdańskiej „Hali Oliwia” ogłosili powołanie do życia „Platformy Obywatelskiej”. Zapowiadali dokładnie to, co dzisiaj ogłasza Trzaskowski, a właściwie ci, co pociągają za sznurki tej marionetki. Ma to być kolejna „wielka obywatelska rewolucja” udająca ruch oddolny. I od razu mamy wielki zgrzyt, bo cóż to może być za obywatelski ruch oddolny, jeżeli jego akuszerem jest polityk i jeszcze na dodatek wiceprzewodniczący największej opozycyjnej partii politycznej? Jako, że na kilometr śmierdzi tu ustawką odsuniętych od koryta beneficjentów III RP, zadymiarze występujący pod szyldem „Obywatele RP” doszli do wniosku, że wystarczy, jeżeli Trzaskowski odda partyjną legitymację i właśnie o to zaapelowali pisząc w skierowanym do niego liście. „Ma Pan mandat 10 milionów wyborców i jest Pan depozytariuszem nadziei, której nie wolno zawieść. Wiemy, że podejmie Pan tę odpowiedzialność i z zainteresowaniem patrzymy na zapowiedzi powołania ruchu obywatelskiego”. Oddanie legitymacji zdaniem tych awanturników i zadymiarzy miałoby być sygnałem mówiącym, że jak napisali: „w tej grze chodzi o dobro Polski, a nie o partyjne przewagi”. List listem, bo tak naprawdę chodzi tylko o to, aby Trzaskowskiemu zainstalować nad głową aureolę bezpartyjnego przywódcy wyniesionego na szczyty przez miliony zatroskanych o los ojczyzny obywateli. Problem w tym, że na takie „czary mary” Polacy nigdy nie dadzą się nabrać. Najboleśniej przekonał się o tym Jacek Kuroń z nieboszczki Unii Wolności, który udając niezależnego ludowego trybuna poległ w wyborach prezydenckich w 1995 roku zdobywając zaledwie 9 procent głosów. Ten zgrzyt polegający na braku wiarygodności „ruchu obywatelskiego” z Trzaskowskim na czele już na samym starcie natychmiast wychwycił zażarty wróg prawicy i PiS-u, dyżurny socjolog totalnej opozycji Radosław Markowski, który w lewackim radiu TOK FM powiedział: „Ruchy mogą być w sprawie motyli, przyrody czy obronności. Natomiast wielką zaletą partii jest to, że gdy dochodzi do władzy, to musi się zająć wszystkimi tymi kwestiami na raz. Ważniejsze są przemyślane instytucje i odpowiedzialne partie polityczne. Nie ma kraju, w którym ruchy społeczne zastąpiły partie i byłby to kraj sukcesu”.

 

Jak widzimy na dziś po stronie totalnej opozycji nie ma jedności i zgody, co do scenariusza dalszych działań i dlatego ja największe niebezpieczeństwo dla obozu władzy widzę zupełnie gdzie indziej. Przez najbliższe trzy lata dzielące nas od kolejnych wyborów główny nacisk opozycji, jej zagranicznych mocodawców oraz wysługujących się im mediów skierowany będzie na sianie zamętu i niezgody wewnątrz Zjednoczonej Prawicy oraz w środowisku prezydenta Andrzeja Dudy. Jeżeli nie dysponujesz odpowiednio liczną i silną armią zdolną pokonać przeciwnika to siej ferment w jego szeregach, skłócaj dowódców, osłabiaj morale i uruchamiaj zainstalowanych w obozie wroga agentów. Do takiego działania może zachęcać dywersyjna akcja Gowina z przesunięciem terminu wyborów, która doprowadziła 12 lipca do bardzo nerwowej wyborczej końcówki.

 

Chciałbym obóz władzy, a szczególnie prezydenta bardzo wyczulić i przestrzec przed pojawiającymi się coraz liczniej „życzliwymi doradcami” z prawa i lewa, którzy przekonują, że głównym jego zadaniem w drugiej kadencji powinno być teraz „zasypywanie podziałów”. Ja te faryzejskie rady odczytuję, jako namawianie prezydenta w bardzo pokrętny sposób do odcięcia się od swoich wyborców i zwrócenie się z gałązką oliwną do opozycji. Z kolei w głosach mówiących, że ostatnia kadencja daje szansę na usamodzielnienie się prezydenta, odczytuje pragnienie salonu III RP, aby Andrzej Duda odciął się od Jarosława Kaczyńskiego, a najlepiej zwrócił się przeciwko niemu. Wierzę, że ciągle aktualne i obowiązujące są te słowa wypowiedziane przez prezydenta trzy lata temu na antenie TVP Info: „Nie da się być prezydentem wszystkich Polaków. Nigdy nie będzie tak, że wszyscy w Polsce oddadzą głos na konkretnego kandydata, który w wyniku wyborów będzie pełnił najwyższy urząd w państwie. Nie było takiego prezydenta w Polsce po 1989 roku i chyba nie będzie”. To nierealne. Wierze również, że prezydent Andrzej Duda zawsze, kiedy docierać do niego będą dobre rady od „autorytetów” i „nagłych przyjaciół” z niemieckich mediów będzie pamiętał jak te niemieckie media potraktowały go nie tylko na finiszu ostatniej kampanii, ale także tej z 2015 roku, kiedy naczelny niemieckiego „Newsweeka” Tomasz Lis na antenie TVP posunął się do wyjątkowo perfidnego i podłego ataku wkładając w usta córki Andrzeja Dudy, Kingi słowa, których ta nigdy nie wypowiedziała.

 

Niestety z samego PiS-u dobiegają głosy świadczące o różnicy w podejściu do dalszego rządzenia. Dość ostrożnie mówił o tym niedawno na antenie TVN24, wicemarszałek sejmu Ryszard Terlecki. Stwierdził, że: „Są dwa nurty w naszym obozie: jeden mówi, że najważniejsze jest poziom życia, dostatek, zadowolenie z poziomu gospodarczego, a drugi mówi, że konieczna jest podbudowa ideowa”. Otóż PiS powinien wbić sobie do głowy, że bez tej podbudowy ideowej nigdy żadnych wyborów by nie wygrał i zaręczam, że bez tej ideowej podbudowy nie utrzyma władzy i za trzy lata ją odda. Bez tego patriotycznego i katolickiego kręgosłupa, na którym opierała się cała droga Prawa i Sprawiedliwości do zwycięstwa nie da się długo pociągnąć, bo będzie to tylko kolejna polityka „ciepłej wody w kranie”. Ja wiem, że pokusa „świętego spokoju” jest wielka. No, bo co realizować ryzykowne i atakowane przez lewactwo reformy skoro jest tak dobrze, a będzie jeszcze lepiej? Po co niepokoić o szóstej rano zdrajców i złodziei skoro zaraz rzucą się na nas miejscowe tresowane sępy wspomagane przez Berlin i Brukselę? Po co reformować okupowane przez lewactwo szkolnictwo wyższe, skoro zaraz dopadną nas neomarksistowskie szakale? Po co drażnić finansowane z zagranicy i szkodzące Polsce organizacje pozarządowe narażając się na lewackie międzynarodowe polowanie z nagonką? Po co zaglądać w kieszenie szemranym oligarchom skoro zaraz uruchomią oni miejscową i międzynarodową dziennikarska psiarnię?

 

Niestety takie myślenie po pięcioletnim sprawowaniu władzy musiało się w końcu pojawić wśród przedstawicieli obozu władzy. Ważne, aby taki pogląd na końcu nie zwyciężył. I dlatego na koniec przypominam rządzącym te słowa Prymasa Tysiąclecia, kard. Stefana Wyszyńskiego: „Duch ciemności jest duchem niepokoju. On nie zawsze dąży do tego, aby nas doprowadzić wprost do grzechu. Często wie, że mu się to nie uda, bo łaska Boża jest w nas wystarczająco silna. Wtedy przynajmniej zasiewa niepokój, stwarzając sto trudności i wątpliwości, które mają charakter niesłychanie podniosły, a tematykę niemal świętą i religijną”.

 

„Bądźcie odpowiedzialni za ład społeczny i moralny, ład myśli i uczuć, odpowiedzialni za przyjęte na siebie obowiązki, za miejsce, jakie zajmujecie w ojczyźnie, w narodzie, w państwie, w życiu zawodowym. Tą drogą idzie się do wielkości. A narodowi potrzeba wielkości”.

 

Artykuł ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”

Brak głosów