Morskie opowieści - dla ucha i dla brzucha

Obrazek użytkownika jazgdyni
Blog

Na morzu jak w soczewce skupiają się ludzkie przeżycia i przełomy. czasami morze nie wychodzi na zdrowie. Coś wiem na ten temat.

     Każdy, kto choć raz odbył rejs na morzu, wie jak ważną postacią jest szef kuchni. To on jest człowiekiem, któremu każdego ranka możemy śmiało powiedzieć – make my day! Potrafi spowodować, że załoga będzie miała dobry humor, albo wprost przeciwnie. Tych właśnie, którzy potrafią spieprzyć nawet jajecznicę, nazywa się pieszczotliwie asfalciarzami.

     Minęły już dawno czasy, gdy praca ludzi była tak tania, tak, że każdy armator mógł sobie pozwolić na wożenie na statku dużej ekipy. Załogi liczyły nawet 45 osób. Kuchnia wówczas też miała sporą obsadę. Przede wszystkim nadzorował ją ochmistrz, taki, powiedzmy sobie kierownik restauracji. Nie tylko to robił, ale kuchnia była najważniejsza. Następnie był szef kuchni, drugi kucharz (często piekarz, bo dawniej nie było pół-gotowego, mrożonego pieczywa) i trzeci kucharz, a właściwie pomoc kuchenna, tak zwany jarzynowy. On właśnie obierał ziemniaki, warzywa i robił tym podobne, nudne i brudne rzeczy. No i była jeszcze chmara stewardów. To Se Ne Wrati. Obecna kuchnia to typowo trzy osoby – szef i dwóch stewardów. Gąb do wyżywienia też mniej, bo współczesna załoga rzadko przekracza 18-tu członków.

     Minęły też czasy, że na statkach, nawet obcych trafiali się polscy kucharze. Dla mnie, Polaka, to zawsze była sytuacja wyborna. Nie wiadomo jakie międzynarodowe specjały by on nie pichcił, to zawsze była w tym pewna polska nuta. I nasi kucharze byli dobrzy. Bardzo dobrzy. Dlatego, niestety, nie ma już ich więcej na morzu. Gwałtownie powstające knajpy i hotele łyknęły ich wszystkich, oferując im lżejszą pracę, blisko domu i za niezłe pieniądze.

     Nie piszę tu o statkach pasażerskich, promach i innych specjalistycznych, gdzie na raz na burcie jest od kilkudziesięciu do kilkuset, ba, nawet 4 tysięcy osób. Tam kuchnia to prawdziwy przemysł, pracujący 24 godziny na dobę.
Jako ciekawostkę podam, że na wycieczkowcu był nawet specjalny jeden chłopak z Hondurasu, który na wielkie imprezy nie robił nic, tylko rzeźbił figury z wielkiego bloku lodu. Różne tam łabądki i delfiny.

     Więc będziemy się trzymać statków handlowych, tych perszeronów mórz i oceanów. Praktycznie w chwili obecnej, wszyscy kucharze to Filipińczycy. To właściwie nic specjalnego, bo na całym świecie, tak z 70% wszystkich załóg podstawowych to Filipińczycy. To najbardziej marynarska nacja na świecie. I widać postęp – stale przybywa również filipińskich oficerów. Ktoś może zapytać dlaczego? Bo są relatywnie tani, nie mają dużych wymagań, są zdyscyplinowani i pracowici. No i ważne, w większości dobrze znają angielski. Filipiny to przecież kraj, który sam z siebie przeprowadził referendum, by zostać następnym stanem USA. Jak Hawaje.

     Kuchnia okrętowa jest sporym pomieszczeniem. Zazwyczaj na środku króluje duży piec z czterema płytami grzewczymi, które praktycznie cały dzień są włączone. Taki piec ma też dwa piekarniki. Lecz to nie wszystko. Są jeszcze osobno stojące, pionowo, jeden nad drugim piekarniki do chleba, ciast, pizzy itp., jest też powiedzmy frytownica, prostokątny wielki garnek, do głębokiego w oleju pieczenia frytek, krewetek i różnych rybek i mięs i wielki przymykany grill do steków.
 Dookoła przy ścianach mnóstwo lodówek, chłodni, mikserów i krajalnic. Mnóstwo, mnóstwo różnorakiego sprzętu, wysokiej jakości.
Jest czym pracować. Oby tylko się chciało.

     Cała żywność jest przechowywana w prowianturze – paru chłodniach. Tradycyjnie w najprostszym przypadku jest 5 pomieszczeń: chłodnia mięsna z temperaturą do minus 25 stopni, identycznie zimna chłodnia rybna, chłodnia jarzynowa, gdzie utrzymuje się plus 5 stopni, przedsionek, też plus 5, gdzie m.in. rozmraża się produkty z mięsnej, lub rybnej i ostatnie pomieszczenie, sucha prowiantura, właściwie taka spiżarnia, gdzie trzyma się mąkę, cukier, kawę, herbatę, przyprawy i wszystko, co dobrej gospodyni może się przydać.

     W ramach postępu i politycznej poprawności, już dobre 10 lat temu zrezygnowano z dwóch mes (restauracji) – oficerskiej i załogowej, a tak naprawdę – europejskiej i filipińskiej. Teraz kucharz robi to samo dla wszystkich. Więc musi być, albo kompromis, albo, jak przy naprawdę dobrych kucharzach, tak dużo dań, że jest do wyboru, do koloru dla każdego.

     Wśród swoich filipińskich współtowarzyszy  szef kuchni cieszy się należytą estymą. Szczególnie, jak jest dobry, Generalnie Filipińczycy to dumni ludzie. Może kiedyś o tym osobno napiszę. Bardzo honorowi i prawie w 100% katolicy. Szef kuchni, nierzadko jest najbardziej dumnym człowiekiem pośród nich, powolny, emanuje autorytetem.

    I cóż takiego wydarzyło się pewnego razu? Szef kuchni zwariował.
Już późnym wieczorem, gdy spokojnie czytałem książkę, wyciągnięty na ulubionym fotelu, z pokładu poniżej, gdzie mieszkała załoga filipińska, zaczęły dochodzić nietypowe hałasy. W klasycznej statkowej monotonii to znak, że trzeba książkę odłożyć i pójść sprawdzić, co się dzieje. Przed kabiną szefa kuchni już kłębił się mały tłumek, łącznie z kapitanem i czifem pokładowym. Przez szeroko otwarte drzwi widać było szefa, siedzącego na koi w samych szortach, ni to śpiewającego, ni to modlącego się i od czasu do czasu wybuchającego dziwnym śmiechem. Ale najgorsze, co może być, szczególnie dla ciężko pracujących Filipińczyków, szef systematycznie darł na kawałki, swoje zarobione dolary. Czif pokładowy, który na statku pełni również rolę „doktora”, choć wszyscy my jesteśmy dobrze wyszkoleni w pomocy medycznej, powiedział, że szef wyrzucił go z kabiny: - idź precz Szatanie! – i nie chce z nim rozmawiać. Na szczęście, na kapitana, którego właściwie mógłby z całym powodzeniem nazywać szatanem, bo był on w czasie swych domowych pobytów heavy metalowcem, zawsze w czarnym T-shircie i którego płytę „Pure Hate” („Czysta nienawiść”) mam do dzisiaj z jego dedykacją, oraz na moją skromną osobę szef reagował neutralnie. Staraliśmy się go uspokoić, co nam niespecjalnie wychodziło. Nie miał on za dużo kontaktu z rzeczywistością, a po chwili zorientowaliśmy się, że on tą swoją śpiewo – modlitwą, rozmawiał z Jezusem. Przeszukaliśmy kabinę, czy nie ma tam czegoś, czym mógłby sobie zrobić krzywdę, odebraliśmy mu te jego, jeszcze nie zniszczone dolary. Zaaplikowaliśmy mu też środki uspakajające, lecz on reagował na nie niespecjalnie. Koń by już zasnął, a on nie. Kapitan zdecydował o dwuosobowych, czterogodzinnych wachtach, które miały czuwać przy nim i w razie czego podnieść alarm.

     Na mostku połączyliśmy się z duńskimi władzami portowymi. Szybko nas przełączono do policji, bo w Danii, takimi sprawami zajmuje się właśnie policja, a nie służby medyczne. Policja nawet ma do takich spraw specjalistę, którego oni ściągną i przypłyną na statek jutro, koło południa. Armator też został powiadomiony i kapitan został upoważniony do działania według własnego uznania. Oczywistym było, że szef na statku nie może pozostać.

     Reszta nocy przebiegła spokojnie. Jak rano zajrzałem do szefa, to siedział na koi, wydawałoby się, w tej samej pozycji, jak go w nocy zostawiliśmy. Ale był spokojniejszy. Pewnie leki w końcu zadziałały.

     Koło obiadu przypłynęła motorówka z policjantami. Obejrzeli sobie naszego nieszczęsnego szefa i zaczęli nam tłumaczyć prawne zasady. Jak długo szef jest na pokładzie, oni nie mogą jego tknąć. Jest w naszej jurysdykcji. My sami musimy założyć mu ciężki skórzany pas, do którego przytwierdzony jest pewien rodzaj kajdanek, przytrzymujący obie ręce na piersiach. My sami musimy go przetransportować na motorówkę. Nie ma on prawa iść o własnych siłach, bo nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy. Przekazanie policji odbędzie się na trapie i dalej już należy on do nich. Przy nabrzeżu czeka już karetka, która zabierze go do szpitala psychiatrycznego.

     Założyliśmy mu ten pas; skrępowaliśmy ręce. I w tym momencie zauważyłem błogi uśmiech na twarzy szefa – poczuł się w pełni bezpieczny i szczęśliwy.
Postanowiliśmy, że na motorówkę przeniesiemy go na noszach, elastycznych bambusowych, gdyż one świetnie krępują chorego, robiąc z człowieka praktycznie mumię.
Zresztą, obejrzyjcie to sobie sami.

 


     Szef przesiedział w szpitalu 2 tygodnie. Stan jego się poprawiał, był coraz lepszy kontakt z nim. W dniu, w którym miał zostać wypisany, zaryglował się w ubikacji i zaczął wrzeszczeć, że się zabije, jeśli oni go stamtąd zabiorą. Potrzeba było jeszcze 2 następnych tygodni, by się nadawał do deportacji do kraju. Tutaj zresztą też powstał problem logistyczny, bo było oczywiste, że żadne linie lotnicze nie przyjmą go bez eskorty. Duńczycy nie kwapili się do lotu do Manili. Filipińczycy musieli przysłać swojego policjanta, żeby opiekował się przez całą podróż chorym szefem.

     Marynarze to chyba najbardziej plotkarska męska grupa. Prawie taka jak jakiekolwiek babskie stowarzyszenie. Więc już po tygodniu od dnia, w którym szef zwariował znaliśmy przyczyny. Otóż szef, mężczyzna prawie 50 letni, mąż i ojciec dwójki dzieci, zakochał się w 20 letniej dziewczynie z sąsiedztwa. Nie wiadomo, co tam między nimi było, ale ten zakochany do nieprzytomności wydzwaniał do niej prawie codziennie i rozmawiając godzinami tracił duże pieniądze. Ciekawe, nie był to mężczyzna, na filipińskie standardy i w ogóle międzynarodowe, atrakcyjny. I podobno ta dziewczyna, tuż przed jego zwariowaniem powiedziała mu, że ma go dość. Już go nie chce słyszeć.

     Więc patrzcie dziewczyny i bądźcie ostrożne – łatwo możemy przez was zwariować.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Astra
to jednak prawda ?
Dzięki za opwieść.
A co z tymi 3 kapitanami ?
pozdrawiam :)

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

Astra - Anna Słupianek

#400771

Jak widzisz - można z tej miłości zwariować. Kobiety! Macie moc robienia wariatów.

Co do 3 kapitanów...
Bardzo trudno idzie mi zbieranie materiałów. Ponieważ sprawa nie została ostatecznie i do końca wyjaśniona, to materiały leżą gdzieś zagrzebane w prokuraturach.
Ale się nie poddaję.

Serdeczności

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-3

JanuszK

Trolle, agenci i wredni nie mają co liczyć na moją uwagę. Próżne ich wysiłki.

 

 

 

 

#400775

W wojsku siedziałem na klatce piersiowej rekruta, którego
udało nam się odciąć jeszcze żywego, a który tłukł potylicą
w moje okrwawione dłonie, podłożone między głowę i granitowe płyty podłogi. W szpitalu dali mu szansę dokończyć
dzieła. Udowodnił że nie symuluje.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0


#400818

Medycyna klasyfikuje wszystkie próby samobójcze jako zaburzenia psychiczne.

Nie zazdroszczę ci sytuacji.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-2

JanuszK

Trolle, agenci i wredni nie mają co liczyć na moją uwagę. Próżne ich wysiłki.

 

 

 

 

#400823

On nie zwariowal z milosci, zwariowal wczesniej,bo trzeba byc wariatem, zeby zakochac sie w kims o 30 lat mlodszym (albo starszym). No chyba, ze ma sie 130 lat, wtedy to juz nie odgrywa wielkiej roznicy. :))

  Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Lotna

 

#400822

Lotna, do licha!

Nie śmiej się ze starych pierdzieli, którym nagle odbija.
Jesteś kobita i nie wiesz, jak faceci mogą zgłupieć.
Znam, lub znałem paru takich durni osobiście.
Jeden (55 lat) wykorkował na zawał, jak nagle zaczął biegać po zawiązaniu związku z 35 letnią panienką (i to był pan profesor!)

Ps. Baby też potrafią zdurnieć. Choć nie aż tak.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

JanuszK

Trolle, agenci i wredni nie mają co liczyć na moją uwagę. Próżne ich wysiłki.

 

 

 

 

#400824

to sie dosc czesto zsdarza na morzu i do tyczy to wszelkiej masci marynarzy nie tylko Polakow.
Czesto ciezka praca,zla pogoda szczegolnie wysoka temperatura, pijanstwo,konflikty w zalodze,ciagly stres,sytuacja rodzinna i finansowa jest przyczyna ze nastepuje awarja w mozgu.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#400853

Wykreśl pijaństwo ze spisu. To już historia.
Praktycznie od 2000 r. statki są "suche".
To jeszcze mało - rokroczne badania krwi na używanie narkotyków i nadużywanie alkoholu.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

JanuszK

Trolle, agenci i wredni nie mają co liczyć na moją uwagę. Próżne ich wysiłki.

 

 

 

 

#400855

wrazenie ze pisales o czasach przed tym wprowadzeniem i ja znam te sprawy przed 2000rokiem, gdzie suche statki byly tulko daltego ze marynarzy suszylo i biegali do ochmistrza po Zywiec.

"Polityka antynarkotykowa na morzu

Tym razem chcemy nawiązań do dość nietypowego roszczenia, które wpłynęło w ostatnim czasie do Organizacji Marynarzy Kontraktowych NSZZ Solidarność i przedstawić kilka naszych spostrzeżeń związanych z polityką antynarkotykową na statkach morskich.

W większości przypadków w chwili podpisania umowy o pracę przedstawiane są marynarzom dodatkowe przepisy armatorskie nazywane „Drug and Alcohol Abuse Policy”. Jeżeli zostaną pominięte to i tak, najczęściej jesteśmy nimi objęci na mocy postanowień Kodeksu ISM. Ogólnie znane marynarzom przepisy nakładają pewne obowiązki na pracowników jak i regulują sprawy związane ze złamaniem polityki armatorskiej zgodnie z którą armator ma prawo poddawać załogę testom na obecność alkoholu lub narkotyków według ustalonych procedur. W tym miejscu chcemy poświęcić trochę więcej miejsca drugiej kwestii: narkotykom.

Badania na obecność narkotyków najczęściej robione są laboratoryjnie na podstawie próbek moczu. Przy zastosowaniu nowszych technik mogą także być wykonane przez personel nie mający przeszkolenia medycznego, za pomocą przenośnego sprzętu, a wynik można już mieć po 3 minutach. Testy mogą wskazać czy dana osoba zażywała narkotyki od kilku do kilkunastu dni wstecz, a w przypadkach długotrwałego zażywania np. Kannabinoidów (konopi indyjskich) mogą sięgnąć nawet do 30 tygodni.

Podczas pobytu marynarza na statku wszelkie testy powinny być wykonywane w oparciu o sprzęt mających odpowiednie certyfikaty, przechodzący okresową kalibrację, jak i personel wykonujący badanie powinien być odpowiednio przeszkolony. Zaleca się aby wszelkie testy, które nie muszą być wykonane natychmiastowo, były przeprowadzane przez firmy specjalistyczne.

Powracając do naszej sprawy roszczeniowej, członek OMK NSZZ Solidarność został poddany testom na obecność narkotyków. Testy zostały przeprowadzone wśród załogi na podstawie próbek moczu przez specjalistyczną firmę. Ku zdziwieniu marynarza, jego wynik okazał się pozytywny w rubryce Kannabionidów. Następstwem było natychmiastowe zwolnienie z pracy wraz z obciążeniem marynarza wszelkimi kosztami podróży.

Marynarz zgłosił się do OMK przestawiając problem, zarzekając się, iż nigdy nie przyjmował narkotyków – skąd taki wynik? Była możliwość „otworzenia” drugiej próbki, przechowywanej w laboratorium, podzielonej w chwili jej deponowania. Zarówno marynarz jak i Związek uważał, iż druga część tej samej próbki może przynieść jedynie taki sam rezultat.

Zaleciliśmy marynarzowi aby poddał się w kraju kolejnym, niezależnym testom na obecność narkotyków. Obecnie jednej z najskuteczniejszych metod pozwalających wykryć czy dana osoba zażywała narkotyki nawet w przeciągu wielu miesięcy wstecz. Metoda oparta jest na badaniu włosa. Średnio 1 cm długości włosa przedstawia 1 miesięczną historię, z której można wyczytać czy dana osoba zażywała narkotyki, jakie to były narkotyki jak i poda przybliżony ich zażywania.

Wynik badania marynarza na podstawie próbki włosa w rubryce Kannabionidów wyszedł negatywny. W tym momencie można zadać wiele pytań. Co się stało, iż opisane powyżej dwa badania przyniosły odmienne wyniki.?

Nie mamy jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Sprawa jest w toku. Wniosek jaki można wyciągnąć w tej chwili to ważność zachowania właściwych procedur podczas wszelkiego rodzaju testów zarówno przez pracowników jak i przez pracodawców lub firmy działające w ich imieniu. Ich wyniki mogą mieć bardzo szerokie konsekwencje w karierze marynarskiej."

niemniej jednak ja nie znam ani jednego marynarza obecnie pracujacego aby wylewal za kolnierz, przejdzie badania i idzie na wodke bo sie zestresowal,na statkach juz moze nie ma takiego jak kiedys pijanstwa ale do "suchych" statkow to jeszce daleko w dodaku z zalogami z Europy.

Badania brytyjskie w 2010roku wykazaly ze najczęstszą przyczyną zgonów kucharzy, barmanów i marynarzy jest nadużywanie alkoholu.Marynarze z tęsknoty i nudów zapewne popijaniem umilają sobie czas pozostały do powrotu na ląd.

Tez nie zauwazylem zeby przyportowe Tawerny zaczely serwowoac orezade zamisat procentow.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1
#400861

Rozwiązanie zagadki marynarza może być dla niego niemiłe.
Panienki z tawern palą skręty, trzymając je w buzi bez
"cyfki".

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1


#400869

Ktoś, kto "nie wie", że jak coś cytuje to należy podać odnośnik do źródła, na pewno nie zrozumie Twojej uwagi....
Pozdrawiam.
contessa

_______________
"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być".
Lech Kaczyński
_______________
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten aldd meg a Magyart

"Urodziłem się w Polsce" - Złe Psy :
http://www.youtube.com

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#400873