Platfusiany elektorat w krainie fantasy

Obrazek użytkownika Moherowy Fighter
Kraj

Na początek nieco cyferek. W dalszej części wyjaśni się po co one.

Jak dobrze Państwo się domyślacie powyższe cyferki, to wyniki ponownego głosowania w dniu 26.11.2006 r. w wyborach samorządowych jak też w wyborach parlamentarnych w 2007 r. Z tym, że uporządkowane jest to pod kątem czterech głównych „bastionów” Platformy Obywatelskiej w dzielnicach – biorąc pod uwagę wybory samorządowe. Analogicznie cyferki dla dzielnicowych „bastionów” Prawa i Sprawiedliwość są niżej.

Na mapkach wygląda to następująco.

I teraz, po co nam to wszystko. Ano, jak donosi „Życie Warszawy” w przededniu Dnia Dziecka (pewnie dla lepszego efektu) ]]>Miasto (nie) dla dzieci]]>. Obie dziennikarki, A. Grotek i M. Górecka-Czuryłło, załamują ręce nad losem dzieci, szczególnie z dzielnic rodziców lepiej usytuowanych. W ogóle piszą, że W stolicy z roku na rok przybywa dzieci. – Ale brakuje dla nich żłobków, przedszkoli, placów zabaw i parków. Urzędnicy zapominają o najmłodszych. No w ogóle zgroza wieje, że aż straszno. Gdzie ma być coraz więcej naszych pociech? Ano w takich dzielnicach, jak Białołęka, Praga Południe, Ursynów oraz Wawer i Wilanów – jak piszą autorki. Wprawdzie z zamieszczonej przez nie mapki wynika, że Ursynów ma zbliżony (14,6-16,5) odsetek dzieci i młodzieży w wieku 0-18 lat w proc. ogółu ludności dzielnicy co, dajmy na to najbardziej „zmoherzały” Targówek, lecz jakimś cudem w „konkurencji” rozrodczej znalazł się w elitarnym gronie co Białołęka (20,6-22,9) oraz Wawer i Wilanów (18,6-20,5). W ogóle „siłą” tradycji Ursynów jest naj…, choć wymaga permanentnego dopieszczania. Te odkrycia zresztą nieco rozwiewają mit „moherowości” PiSu, gdyż jeden z „klasycznych” stereotypów odnośnie tej formacji jest taki, że skupia ona w większości dzieciorobów. Doprawdy, jak w „moherowym” wieku poprokreacyjnym można być tak płodnym, to wiedzą same światłe elity. Lecz co stereotyp, to stereotyp. Takie to jest fantasy dla platformianego elektoratu.

No w porządku, a właściwie, to nie w porządku. Cóż się zatem za zgroza dzieje w dzielnicach platformowych beniaminków, że prasa stołeczna postanowiła się z troską pochylić nad problemem? Dziennikarski węch w lot wyłapuje sedno sprawy. Ano, brakuje obudowy socjalnej. Owych żłobków, przedszkoli, przychodni etc., to jest tego wszystkiego, co w optyce neoliberalnej jest passé. No racja, że tak, bo prawomyślny, słuszny, postępowy i napakowany komunałkami z wiodących mediów komercyjnych (papierowych i elektronicznych) platformiany elektorat wie, że ta cała obudowa to obciach, bo jest nierentowna, niedochodowa, zysku nie przynosi. Traktuje więc ten elektorat to jak aksjomat, czego wyraz daje permanentnie głosując na formację wolnorynkową. Wszak to „mohery” z PiSu twierdzą, że sfera socjalna jest ogromnie ważna, jednak dla platformianych amatorów fantasy są to brednie. Przecież żłobek, przedszkole, szkoła, przychodnia lub coś podobnego, to jednak nie są tym samym, co placówka bankowa, dealer samochodowy, biurowiec, kafejka internetowa, knajpa, hipermarket, salon fryzjersko-kosmetyczny itp. Tego wszystkiego platformiane beniaminki mają pod dostatkiem (z tendencją do nadpodaży) a i tak się okazuje, że nie jest zajefajnie. No, rany Julek fantasy się nie klei. Bo?

Bo wytrwały dziennikarski nos już to potrafi wytropić. Dewelopery są winne. Wiecie Państwo? Winne są dewelopery i już. Tak twierdzi władza. Zresztą ta sama, którą notorycznie wybiera elektorat platformiany. Ale zaraz, zaraz, chwileczkę. Przecież deweloper, to ukochany przez platformiany elektorat kapitalista, przedsiębiorca. A co jest celem istnienia przedsiębiorstwa? No? Amatorzy fantasy. Przecież wiecie o tym doskonale, bo to jest w każdej „pierwszej czytance” na kursach ekonomii, MBA lub pokrewnych i to już na pierwszym roku. Wszak jesteście wykształconymi, to powinniście wiedzieć. Zatem, wszyscy razem, „Celem przedsiębiorstwa jest przynosić zysk właścicielowi.” Uff. Jakie to proste, a zarazem trudne. Prawda? No to wreszcie, jego celem nie jest, wraz ze stawianiem betonowych klocków mieszkalnych, budowa żłobków, przedszkoli, szkół, przychodni itp. Bo zwyczajnie zarobić tylko może na mieszkaniach i apartamentach oraz punktach usługowych, handlowych i gastronomicznych ulokowanych na parterach betonowych klocków mieszkalnych, a na obudowie socjalnej nie zarobi. Przecież najważniejsze są szybki obrót gospodarczy i szybkie wpływy gotówkowe, zaś żłobki, przedszkola, szkoły, przychodnie etc. tego nie zapewniają. Więc, o co kaman? Nie wiecie o tym? By było zabawnie, to niejeden z platformowych wyborców jest nie tylko klientem takich deweloperów, co właśnie jest przez nich zatrudniony (względnie zna takowych). Więc, jaka jest polityka tych firm, to wie o tym doskonale.

Usta władzy usprawiedliwiają się także tym, że skoro grunty są w rękach prywatnych inwestorów, to ona nijak nie może zrobić cokolwiek, bo musiałaby takie grunty wykupić. Z tym zaś wiążą się koszty i czas. I wiecie, co? Gdy się coś takiego widzi, to zwyczajnie można zbaranieć. To owa, wybierana przez platformiany elektorat, władza zanim na jakiekolwiek cele (budownictwa mieszkalneg, biurowego, pod punkty handlowe, usługowe itp.) jakiekolwiek grunty komukolwiek przyzna, sprzeda etc., to wcześniej nie dysponuje żadną projekcją tendencji i tempa lokalnego zaludnienia? Czego rezultatem mogłoby być wcześniejsze planowanie gruntów pod żłobki, przedszkola, szkoły, przychodnie itp. A gdzie w tym wszystkim są inne projekty, w tym przede wszystkim infrastrukturalne, takie jak m.in. budowa autostrad i dróg szybkiego ruchu? Więcej, platformiany elektorat nie interesuje się tym, czy wybierana przez niego władza takie szacunki i plany prowadzi? Wszak jest to elementarna zasada obywatelskości polegająca m.in. na racjonalności wykorzystania zasobów urbanistycznych. A elektorat jest dumny z tego, że jego partia ma w nazwie przymiotnik „obywatelska”. To jaka to jest ta obywatelskość tego elektoratu? Kolejne to jego fantasy?

Jadziem dalej. Platformiane mamy z platformianych dzielnic narzekają na brak kin, teatrów i nowoczesnych kompleksów sportowo-rekreacyjnych. No, to faktycznie problem. Inna sprawa, że w „moherowych” dzielnicach tamte mamy maj inne problemy lecz, rzecz jasna, platformiane mają priorytet. Aż się wobec tego prosi, by zapytać o to, dlaczego platformiane mamy swoich mężów/partnerów nie naciskają na to, by takie placówki powstawały. No, nie dajmy się zrobić w bambuko, bo przecież ci są dobrze usytuowani m.in. w instytucjach finansowych, administracji rządowej i samorządowej, firmach deweloperskich, korporacjach międzynarodowych, kancelariach prawniczych, agencjach reklamowo-promocyjnych itp., to jest tam, skąd mogą mieć przełożenie na inne biznesy, by właśnie kina, teatry lub nowoczesne kompleksy sportowo-rekreacyjne mogły powstawać w platformianych dzielnicach. Obywatelskość, a nie fantasy, tym się mierzy, że lokalna społeczność potrafi sama o siebie zadbać. To jest zresztą neoliberalny dogmat każący karać każdego, kto chce rządową lub samorządową ręką gmerać przy tym, jak każda jednostka pragnie się urządzić. Chcą platformiane mamy mieć takie atrakcje, to prowadząc domy nadprzeciętnie zamożne, niech zorganizują się w swoim środowisku, by takie placówki mogły powstawać. Mają bowiem możliwości i środki.

Zresztą jest rada na to, gdy nie da się mieć obiektów rozrywkowo-rekreacyjnych. Czyste powietrze. No parki, skwery, trasy dla deskorolkarzy, piłkarczyki i karuzele. W sam raz dla amatorów fantasy. Może brakuje również jakiegoś zamku królewny Śnieżki, lecz to trąciłoby przesadnym snobizmem. No, ekologicznie, zgodnie z modą i takie w każdym calu szpanerskie. A przecież platformiany elektorat jest czuły na kwestie środowiskowe. I dzielnica to doskonale wyczuwa. Prawda?

Lecz słuchajcie moi mili. Bo to ważne. Odkrywamy następną rewelację, która dla platformianych amatorów fantasy musi być całkowitym szokiem. Otóż, pada następny stereotyp nieokrzesanego „mohera”, bo tam gdzie mieszka i gdzie wybiera jest… najwięcej kin, teatrów czy ośrodków sportowych. O rety! I to w jakich bida dzielnicach? Na Bielanach, Żoliborzu, Ochocie, Woli, Mokotowie i w Śródmieściu. No, to jak one są, to oznacza, że jest na nie popyt. Co, nie? A kto by się tam turlał z Ursynowa lub Wilanowa na Bielany, Żoliborz czy Wolę, by pójść do kina, teatru lub do jakiegoś ośrodka sportowego? Przecież bliżej jest Galeria Mokotów, dajmy na to. A jeszcze te nierówne chodniki, więc to strach parkować furą wziętą na kredyt. Makabra. O pardon, urwać się może również zawieszenie wózka dziecięcego full-wypas. Nawet Łazienki są passé, bo tam trzeba drapać się pod górę na plac na Rozdrożu. Choć trudno podejrzewać, by dla ówczesnych dam z Towarzystwa od XVIII w. stanowiło to jakikolwiek problem. Normalnie, ten Stasiek mógł być bardziej ergonomiczny i mógł zamontować szybką bieżnię pneumatyczno-mechaniczną z czujnikami laserowymi. Zwyczajnie, niedoróbka.

Żeby nie było tak dobrze w „moherowych” dzielnicach, to czujny dziennikarski nos odkrywa, że w tychże huśtawki i karuzele są zdewastowane, nawet te przy przedszkolach. Hmm…, co racja to racja. Jednak jakoś umyka to, że w tych dzielnicach żyją przeważnie osoby biedniejsze, starsze i takie, które same potrzebują pomocy socjalnej. Tutaj fantasy już nie zagląda. Nie tylko, że nie zagląda, to jeszcze nie chce w takich miejscach mieszkać. To z kolei implikuje to, że nie ma potrzeby modernizacji i budowy szeregu urządzeń dla dzieci i młodzieży, gdyż, jak pokazuje załączona przez autorki tekstu mapka tychże jest jak „na lekarstwo”. Przecież tam, gdzie okoliczne, jeszcze przedwojenne, kamienice pustoszeją wskutek wymierania ich lokatorów, to w ich miejsce szybko powstają kompleksy biurowe, handlowe i usługowe. Tak jest na przykład we wschodniej części Woli. A w tychże, rzecz jasna, kompleksach żadne huśtawki, karuzele itp. nie są potrzebne. Chyba, żeby służyć miały jako sposób na relaks dla wiecznie spracowanych (w takich okolicach) młodych miejskich profesjonalistów. Jest oczywiście pewien pomysł, by wyjść naprzeciw potrzebom owych profesjonalistów i doradzić, by nieopodal owych kompleksów mogły być zakładane właśnie takie placówki jak żłobki, przedszkola bądź szkoły, gdzie z jednej strony byłoby blisko do własnych pociech, z drugiej zaś, by, tzw. „społeczna odpowiedzialność biznesu” mogła dbać o takie urządzenia jak m.in. huśtawki, karuzele itp. Wprawdzie zbliżałoby to do czegoś na modłę przyzakładowych żłobków, przedszkoli itp., to jednak byłoby to w interesie każdego. Mówiąc brutalnie. Tam, gdzie placówki przedszkolne, szkolne itp. idą pod kilof, bo potrzebne są tereny pod nowe biurowce, to tam również nie ma miejsca na urządzenia dla dzieci i młodzieży. Albo biznes albo obudowa socjalna. A tak młody miejski profesjonalista mógłby swoją furą full-wypas przywieźć swoją pociechę do przedszkola lub szkoły, znajdujących się nieopodal jego miejsca pracy, nad którymi jego firma (i setki innych z okolicznych biurowców) utrzymuje mecenat i wiele problemów mogłoby się rozwiązać. Jeno, rzecz jasna, takie rozwiązania nie leżą w platformianym fantasy.

W tym wszystkim da się wyraźnie dostrzec irytującą dychotomię potrzeb i postaw wśród olbrzymiej masy platformianego elektoratu. Bo też co ich tak najlepiej charakteryzuje, to podporządkowanie się zasadom neomerkantylizmu (względnie, wczesnego kapitalizmu) odrzucających istotność szeroko pojętej bazy socjalnej. Neomerkantylizm, jako motor działania ogromnej rzeszy neoliberalnego, platformianego elektoratu, warunkuje (wręcz, wymusza) ukierunkowywanie swoich postaw pod kątem opacznie pojętego ekonomizmu, w którym prymat dzierżą maksymalizacja zysku i minimalizacja kosztów. Stąd właśnie ów elektorat, na który w ogromnej większości składa się grupa, tzw. młodych miejskich profesjonalistów, godzi się na to, by w swoim środowisku zawodowym z jednej strony spełniać wyśrubowane normy ilościowe i jakościowe, wysilające wzrost efektywności pracy, z drugiej natomiast, by rygorystycznie obcinać wszystko, co mogłoby stanowić jakikolwiek balast dla realizacji neomerkantylnych celów. Skutkiem tego jest zapewne stworzenie sobie szans na bycie lepiej wynagradzanym, dzięki czemu możliwe staje się zaspokajanie aspiracji materialnych w o wiele większym stopniu niż było to możliwe dla pokolenia rodziców (osób składających się na ten elektorat) na porównywalnych stanowiskach pracy. Ubocznym zaś tego efektem jest niejako „wyjałowienie” przestrzeni publicznej z instytucjonalnej tkanki składającej się na ogólnie pojętą bazę (obudowę) socjalną. Dotyczy to placówek oświatowo-wychowawczych, zaplecza medycznego oraz obiektów kulturalnych, sportowych i rekreacyjnych. A tego wszystkiego, ma się rozumieć, nie da się upchnąć pod dachy różnorakich galerii handlowych. I tak, młody platformiany elektorat skutkiem swoich decyzji i działań, w tym także wyborczych, pozbawia się czegoś, co z czasem okazuje się nieodzowne, by móc w miarę normalnie żyć. Bo też, gdy jest wybór pomiędzy budową na jakimś terenie obiektu składającego się na obudowę socjalną bądź jakiegokolwiek innego związanego z prowadzeniem biznesu, to niechybnie opowie się za tym drugim, bądź w najlepszym razie milcząco przyjmie do wiadomości fakt jego zbudowania. Cały czas jest to obracanie się w krainie fantasy.

Z czasem, ma się rozumieć, gdy neoliberalny, platformiany elektorat zaspokoi swoje materialne potrzeby, to podejmuje decyzję odnośnie prokreacji. I tutaj zaczyna wyzierać ta skrzecząca rzeczywistość, gdy wskutek wcześniejszych błędnych postaw i decyzji brakuje czegoś, co okazuje się konieczne, by móc zorganizować normalne życie rodzinne. Przecież mając 20. bądź 30. lat rodzina nie była (i nie jest) osobistym priorytetem, gdyż, w ogromnej masie neoliberalnych postaw, stanowi ona nierzadko obciążenie finansowe, zawodowe i towarzyskie. Już samo małżeństwo zawadza, a co dopiero posiadanie dzieci. Bycie bezdzietnym singlem jest przecież trendy. Stąd też po pewnym czasie, tj. wówczas, gdy pojawia się naturalna potrzeba posiadania dziecka (dzieci) powstaje również problem braku tego, co w żaden sposób nie możliwe jest do skwantyfikowania pod względem ortodoksyjnie pojętego racjonalizmu i rygoryzmu ekonomicznego. Nie da się bowiem traktować żłobków, przedszkoli, szkół, przychodni, szpitali, terenów rekreacyjnych, ośrodków kulturalnych, rozrywkowych, sportowych itp. jako instytucji typu komercyjnego, przedsiębiorstw, gdyż ich funkcje społeczne daleko odbiegają od tych, które da się wartościować pod ekonomicznym kątem. Dopiero po jakimś czasie możliwe staje się dostrzeżenie gospodarczych korzyści wynikających z faktu istnienia takich instytucji. Wszak jasne jest, że lepsze dla gospodarki, państwa i społeczeństwa jest, by móc wykształcić 100 lekarzy, 100 inżynierów, 100 nauczycieli, 100 artystów itp. niż, dajmy na to, mieć 400 stanowiących społeczny margines. Jednak, po pierwsze, nigdzie nie jest powiedziane, że ci profesjonaliści muszą zawsze pochodzić z, tzw. dobrych, elitarnych domów, zaś po drugie, ich wykształcenie to jest proces rozciągający się na najmniej ćwierć wieku. Dzisiejsi np. 30-40.letni miejscy profesjonaliści stanowią efekt procesów zapoczątkowanych jeszcze w latach 70.tych ub. stulecia. I gdyby nie to, że wtedy pod dostatkiem było żłobków, przedszkoli, szkół itp., to obecne masy platformianego elektoratu miałyby nikłe szanse na kształtowanie profesjonalnego środowiska biznesowego. Co więcej, ich dzieci również korzystają pośrednio z tego, że ówczesne państwo zainteresowane było utrzymywaniem bazy socjalnej. Nierzadko uczęszczają do tych samych przedszkoli i szkół co kiedyś ich rodzice, są leczeni w tych samych przychodniach pediatrycznych co kiedyś ich rodzice, uprawiają sporty w tych samych klubach co kiedyś ich rodzice itd. Jednak wraz ze wzrostem demograficznym następowało przez dwadzieścia lat ograniczanie (bądź likwidacja) tej bazy socjalnej. A to było w znakomitym stopniu rezultatem decyzji m.in. wyborczych podejmowanych przez, żyjący w krainie fantasy, neoliberalny elektorat. Decyzjami takimi podcinał on gałąź, na której miał w przyszłości usiąść. I to w imię dogmatyzmu i doktrynerstwa wolnorynkowego. Liczyło się np. to, by w tam, gdzie mogło być boisko do piłki nożnej, koszykówki, plac zabaw itp. mógł powstać hipermarket, dealer samochodowy, ileś knajp itd. Dzisiaj natomiast na całą dziecięcą „infrastrukturę” zaczyna brakować miejsca. Zresztą, co ciekawe to, to że wbrew owym dogmatom elektorat ten obciąża, „wiecznie” nieprzyjazne jemu państwo, obowiązkiem zapewniania tejże. A to zaś stoi w jaskrawej sprzeczności ze sztandarowym postulatem neoliberalnej, platformianej bazy wyborczej, głoszącym potrzebę państwa minimum. Zdałoby się, że tak wszechstronnie wykształcona i rozumna baza tą sprzeczność dostrzega. Bo też, jeśli władza publiczna ma angażować się w tworzenie, rozwój i utrzymywanie szeroko pojętej obudowy socjalnej, to musi dysponować ku temu niezbędnymi instrumentami (prawnymi, finansowymi, kadrowymi i logistycznymi), tj. tym wszystkim, z czego tę władzę neoliberalny, platformiany elektorat, chce obkroić. Znowuż wychodzi na jaw owe specyficzne fantasy tego elektoratu. Zaś jeśli PiS zajmuje stanowisko przeciwne, to oskarżany jest o „kaczyzm”, wstecznictwo i ciemnogród. Można więc powiedzieć tyle, by jeśli neoliberalny, platformiany elektorat, gorąco potrzebował realizacji przez władze publiczne tak opisanej misji społecznej, to musiałby on zmienić swoje sympatie wyborcze i poprzeć tych, którzy wiedzą, jak rzeczywiste potrzeby (już nie fantasy) dać się przetworzyć na rozwiązania instytucjonalne. Młodzi miejscy profesjonaliści muszą wiedzieć, że pod niewłaściwy adres kierują swoje marzenia mające przynieść korzyści im i ich rodzinom. By to dostrzec, to trzeba wyjść poza propagandę czerpaną z popularnych mediów komercyjnych. Trzeba zwyczajnie mieć odwagę myślenia.

P.S. Chcecie więcej, to napiszę

Brak głosów

Komentarze

Żona Komory to jest jego 2 żona. Pierwszą opuścił jak był wypadek z synem

Vote up!
0
Vote down!
0
#62631