Nie róbmy polityki! Róbmy teatr!

Obrazek użytkownika Recenzent JM
Humor i satyra

Kroniki teleportowane z kraju normalnego inaczej.

Gdzieś, na obrzeżach galaktyki , w jednym z normalnych wreszcie krajów, z którego już nikt się nie śmieje, sprawowała rządy nowoczesna Partia Obiboków. Była to partia celebrytów i aktorów różnych, politycznych scen - stworzona przez dozorców i suflerów. Partia rządziła w kraju od kilku lat, dumna z tego, że w tym czasie „życie przerosło kabaret”. Znana jest w galaktyce historia o Królu Słońce - Ludwiku XIV, którego dewizą było zawołanie: „państwo - to ja”. Zdarza się często, że władcy mają jakieś słabostki. Jedni lubią podróżować, inni jeżdżą na nartach, jeszcze inni grają w tenisa lub piłkę nożną. Wybrany na premiera wódz Partii Obiboków (z zamiłowania historyk) nie miał żadnych słabostek, chociaż też miał swoją dewizę. Brzmiała ona Król Słońce - to Ja. Złośliwcy nazywali go więc słoneczkiem Peru i Mołdawii. Premier był ponad te złośliwości i kochał naród taką miłością, jaką tylko on potrafił kochać. Naród zaś z początku odwdzięczał się premierowi miłością jeszcze większą, później już tylko adekwatną do miłości premiera. Premier Słońce był również wielkim miłośnikiem teatru. Dlatego też, tuż po wyborach powołał do życia Teatr Fantazji i Iluzji i odegrał pierwsze, wstrząsające przedstawienie. Był to mocno rozbudowany monodram pod tytułem „Expose”. Po tym występie nic już nie było takie, jak dawniej. Szybko też namówił do występów kolegów z partii, skrzyknął trupę teatralną i wspólnie zaczęli grać. A grali profesjonalnie. Zawsze dopracowany scenariusz, dialogi rozpisane na role i pełny dramatyzm. Kiedy trupa dawała przedstawienie wszystkie telewizje prześcigały się w tym, która przedstawi to piękniej. Znawcy teatru mawiają: „bez klaki i kloaki, to teatr byle jaki”. A w tej partii, i w tym teatrze fantazji i iluzji była i klaka, i kloaka. Nie było miejsca na bylejakość. Opłacano więc z kasy państwowej klakierów, scenografów, charakteryzatorów, fryzjerów, speców od reklamy, niezależnych ekspertów i wielu, wielu innych specjalistów. Odgrywane przedstawienia przez długi czas wzbudzały zazdrość innych zespołów artystycznych w kraju i za granicą. Partia dawała utrzymanie wielu ludziom, realizując ambitny program ograniczania bezrobocia w kraju. Miało to dla partii ten dodatkowy „plus dodatni”, że każdy zatrudniony stawał się jej sympatykiem. Poza programem likwidacji bezrobocia partia przeprowadzała i inne programy społeczne. Jak chociażby zakrojony na szeroką skalę program aktywizacji społecznej. Program polegał na tym, że partia przydzielała punkty „wybitnym” osobom kultury, sztuki i nauki (uwaga: przekłamanie na łączach teleportacyjnych, opis błędu – niezamierzony, samoistny rym) za ich publiczne wypowiedzi. W zależności od wysokości uzbieranych punktów, osoby „wybitne” otrzymywały odpowiednie medale i odznaczenia państwowe. Dla wybijających się klakierów spoza grona osób „wybitnych” przewidziano nagrodę w postaci zaliczenia ich do grona osób „wybitnych”. Była też nagroda specjalna, przyznawana osobom „wybitnym”, szczególnie zasłużonym. Na te osoby spadał splendor przynależności do tzw. salonu obiboków nietykalnych. Salon, to było centrum intelektualne galaktyki, to był umysłowy raj. Komu udało się wejść do tego grona nie musiał już o nic się martwić, ani niczego się bać. Jedyne co musiał robić, to porażać intelektem i rozsiewać wokół splendor salonu. Najwybitniejszych członków salonu prezentowały stacje telewizyjne w najlepszym czasie antenowym. A oni bezinteresownie dzielili się z widzami swoimi uniwersalnymi przemyśleniami na wiele ważkich, życiowych spraw, takich na przykład jak hymn państwowy lub godło.

Trudno więc się dziwić, że nie było końca hymnom pochwalnym i pochlebnym komentarzom wylewającym się z telewizyjnych ekranów i gazet, wygłaszanym przez recenzentów, ekspertów teatralnych, i krytyków sztuki. Bo kto by nie chciał do raju?

Partia nigdy nie dawała dwa razy tego samego przedstawienia. Śmiało więc można powiedzieć – co przedstawienie to premiera kosmiczny sukces (uwaga: błąd systemu, opis błędu - nie teleportował się przecinek po słowie „premiera” i wyszło, jak wyszło). Standardy partii były ogólnie znane. Poprzeczka ciągle zawieszana coraz wyżej. Tak wysoko, że najlepsi obserwatorzy życia politycznego w kraju nie potrafili jednoznacznie stwierdzić, co jest wyżej: poprzeczka, czy notowania partii. Trwała idylla. Koneserzy byli zachwyceni poziomem fantazji i pięknem iluzji. Fani, grą aktorów oczarowani, cieszyli się, że są przez nich kochani* (uwaga: program kontrolny wykrył błąd i słowo „okradani” zastąpił słowem właściwym, oznaczonym gwiazdką ). Bojący się czarnego luda mogli spokojnie spać, nawet do siódmej, czy ósmej, a plemię tzw. lemingów dowolnie długo. Ale, jak głosi przysłowie, nic, co piękne nie trwa wiecznie. Tak było i tym razem. Mimo drogich scenografii, mimo doskonałej wprost charakteryzacji, mimo kilogramów pudru i ciężkiej kasy wyłożonej na reklamę, coś się zaczęło psuć. Aby zdiagnozować sytuację powołano sztab kryzysowy, który już nieraz doskonale sobie radził w sytuacjach krytycznych. Była to grupa ekspertów, dzięki którym Państwo już nieraz dobrze zdało egzamin. Pierwsze podejrzenie padło na aktorów charakterystycznych. Premier zapowiedział, że musi dokładnie przyjrzeć się ich pracy. Tu mała dygresja. Każdy, choć trochę inteligentny człowiek wie, jak trudno jest obserwować jednocześnie np. dwa pociągi, szczególnie, gdy suną w przeciwnych kierunkach. Premier nie wiedział, więc kiedy przyglądał się pracy aktorów charakterystycznych, musiał na moment spuścić z oczu aktorów drugoplanowych. I stało się. Jeden z nich, pseudonim artystyczny Gibas, był na tyle gibki, że zanim wszyscy się zorientowali opuścił teatr fantazji i iluzji, wstępując w szeregi chałturników z cyrku groteski. Stwierdził bowiem, jak podały pisma faktograficzne, że woli występować, jako pierwszoplanowa małpa w cyrku, niż robić za drzewo w scenografii teatru. Ta niewdzięczność tak zdenerwowała premiera, że już w poniedziałek, po południu, zaraz po powrocie z rodzinnego domu zwołał na naradę u siebie tzw. funkcyjnych trupy.

- Cześć! – premier wypoczęty, na scenicznym luzie przywitał przybyłych i usadowił się w fotelu. – Co tak stoicie? Siadajcie, bo nie będę gadał i gapił się na wasze brzuchy, - zażartował. Gdy usiedli przyjrzał im się uważnie i kontynuował.

- Jak widzicie, gdy tylko dowiedziałem się, że są problemy zaraz migiem przyleciałem. I jestem wcześniej, bo trzeba szybko zareagować, i obrócić to jakoś na naszą korzyść. A wy znowu zaspaliście!

- Co się dzieje? Wszystko się sypie, - zareagował histerycznie szef kancelarii. – Przecież osobiście poleciłem, by podstawili” tupolewa”. Niezwłocznie się tym zajmę i kogoś zaraz .........(uwaga: wykropkowane słowo nie przedostało się przez bariery teleportu)

- O co ci chodzi? Przecież wróciłem „tutką”.

- Bo premier mówił, - tłumaczył się szef kancelarii, - ja tak to zrozumiałem, że premier musiał przylecieć „migiem”.

- Wy mnie w ogóle nie rozumiecie, - premier lekko podniósł głos, - i nie potraficie niczego dopilnować! Urabiam sobie ręce po łokcie, żeby wszystko się zazębiało, a jak tylko na chwilę odwrócę głowę, to katastrofa. Tylko mnie nie cytujcie z tą katastrofą. No sami powiedzcie, jak mogliście nie zauważyć, że Gibasa ciągnie do cyrku? Źle wam ze mną?

- Premierze, czy my narzekamy? Gibas też wcale nie miał źle, - odezwał się rzecznik rządu, - Pan wie, wprawdzie najczęściej robił za scenografię, ale kasę miał jak primabalerina. Fakt, że nie pozwalaliśmy mu się gibać, ale czy tam będzie miał lepiej?

- Z poufnych źródeł wiem, - wtrącił się minister spec-służb, - że tam pozwolą mu się trochę pogibać, ale tylko w określonym kierunku i na rozkaz. Nie będzie miał lekko. Musi jarać trawkę, popijać z głównym Clownem i dylać z manify na manifę, A tańcować będzie musiał tak, jak mu zagrają i to nie przebierając z wszystkimi chałturnikami.

- Dobrze mu tak, - premier uniósł teatralnie kąciki ust, - u nas w trupie jest chociaż kilka ładnych i zgrabnych twarzy. Ja myślę, że nie wytrzymał naszych standardów, - tu premier rzucił okiem na zawieszoną pod sufitem drewnianą poprzeczkę.

- A i kiepskim aktorem był. – Dorzucił milczący dotąd uczestnik narady. – To bezideowy cynik o wielkiej ambicji i tyciej wiedzy, - to mówiąc przyłożył palec wskazujący do kciuka, aby zobrazować jak wielka była wiedza Gibasa.

- A więc nie ma co żałować, - podsumował premier, - przecież nie będziemy obniżać naszych standardów, tylko z tego powodu, że ktoś nie potrafi im sprostać. Merdał go kitą pies. A co z tą drugą sprawą, którą mieliście rozpracować?

- Sprawa jest jeszcze w toku. – Relacjonował rzecznik.

- Czyli nadal nie wiecie dlaczego gorzej odbierane są nasze przedstawienia. – zdenerwował się Premier, - nadal nie macie pojęcia czemu aplauz nam spada. Wy zawsze tak wszystko załatwiacie, - premier podniósł głos nieco wyżej, - że nie potraficie niczego dobrze załatwić! Co wobec tego proponujecie? – To mówiąc spojrzał na nich, jak wilk na jagnięta.

- Panie Premierze, ja widzę to tak, - odważył się zaproponować rzecznik, - Pan nie może tracić niepotrzebnie czasu na te duperele. Pan ma ważniejsze sprawy, że tak powiem, międzynarodowe. Niech pan działa na tych odcinkach, gdzie jest Pan niezbędny, a my się tą sprawą zajmiemy.

-Ja zawsze jestem sam i zawsze niezbędny. – rozstrzygnął filozoficznie premier. – ale tu faktycznie, niepotrzebnie przyspieszyłem swój przyjazd. Nie ma wyjścia. Macie kilka dni na dokładną analizę problemu. Ja mam zaplanowany wyjazd na ważną konferencję międzynarodową w Dolomitach. Moja obecność jest tam niezbędna. Jak wrócę, ma na mnie czekać informacja, kto gmera w szprychach i kto nam w teatrze przestawia wajchy. Macie też mieć opracowany scenariusz nowego przedstawienia. Takiego, że mucha nie siada i wcale nie myślę tu o Pani Ministrze. Wszystko ma być zapięte na ostatni guzik i żebym tym razem nie musiał przerywać urlopu!

Narada się skończyła i wszyscy ruszyli do zajęć. Na końcu korytarza zatrzymali się i zbili w ciasne koło.

-No jakoś poszło, - szepnął zadowolony z siebie rzecznik. – A mogło być krucho. Miałem dobry pomysł z tymi „ważniejszymi” sprawami, co? Wszyscy pokiwali w milczeniu głowami.

W tym czasie Premier wcisnął interkom i kazał połączyć się z domem. Po chwili rzucił do słuchawki. – Mam dobrą nowinę. Pakuj się! Wylatujemy jutro rano. W Dolomity. I nie zapomnij spakować nart. – Chwilę jeszcze słuchał, po czym zadecydował - Spakuj te nowe - błyszczące. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

 Aktorzy otrzymywali od klakierów owacje na stojąco. Kiedy stanęli za kurtyną ,w przekonaniu, że nikt ich już nie widzi - kurtyna się ...zerwała .....i okazało się, że to nie byli aktorzy, tylko  sami dublerzy.

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#236837

gdy teatr jest w budowie.

Serdecznie pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#237062