O wolności słowa

Obrazek użytkownika Kirker

W konstytucji Najjaśniejszej Rzeczypospolitej mamy zapis o wolności słowa. Zakłada on, że możemy gadać, co nam się żywnie podoba oraz wierzyć we wszelkie głupoty, jakie sobie uroimy. Nikt nam nie może zatem bronić wiary chociażby w to, że Ziemia jest płaska i w geocentryczną teorię Ptolemeusza. Ale niedługo potem widoczny jest tam inny zapis. Otóż, nie można być wyznawcą ideologii rasistowskich i totalitarnych - wymienione są tam nazizm, faszyzm, komunizm. Abstrahując już od samej konstytucji, w zasadzie można mieć wielkie kłopoty za wypowiadanie się o pewnych grupach etnicznych oraz innych orientacjach seksualnych. Może się to skończyć grzywną albo nawet karą więzienia. Pozostaje się zapytać, jak to jest z tą wolnością słowa? Czy to nie jest fikcja?Obecnie można zaobserwować przeginanie w jedną stronę. Znaczy się wolność słowa jest, ale tylko dla wybranych. Amerykański filozof Peter Singer może pisać, że prawa przysługujące ludziom powinny otrzymać małpy człekokształtne oraz walenie, jak również że ludzki noworodek z punktu widzenia racjonalizmu-utylitaryzmu wart jest mniej niż dorosła świnia. Ów myśliciel może tak samo wyzywać ludzi starszych i upośledzonych od bezwartościowych odpadów. Tu mamy przegięcie w jedną stronę, a mianowicie próba zrównania statusu prawnego człowieka i pewnych zwierząt. To może się ukazać i nawet część przedstawicieli Oświeconych dostaje orgazmu na myśl o chociażby Wyzwoleniu zwierząt. To ja się w takim razie pytam: skoro może ukazać się książka zakładająca, że osobnik szympansa czy też delfina ma mieć takie prawa jak osoba ludzka, to dlaczego nie można wydać książki, w której zakładano by wyższość pewnych ras nad drugimi? Przecież obecna sytuacja jest absurdalna. Można dowodzić, że ludzie i pewne zwierzęta mają mieć takie same prawa - i to się ukaże. To dlaczego nie jest możliwe wydanie książki, w której będzie napisane, że jedne rasy stoją wyżej niż inne i że to powinno znaleźć odzwierciedlenie w prawie? Po prostu nie pasuje to lewackiemu mainstreamowi. Przeginanie w jedną mańkę można też zaobserwować na innym przykładzie. Nie tak dawno temu ukazał się jawnie antypolski Strach. Gross ma prawo na forum publicznym atakować naród polski. To dlaczego jakiś polski ultranacjonalista nie może napisać i wydać czegoś, co jest antysemickie? Skoro dopuszczany jest antypolonizm, to dlaczego ostatecznym złem ma być antysemityzm? Poza tym to całe kłamstwo oświęcimskie. Jakoś neguje się mordy o wiele większe, jak chociażby głód na Ukrainie (zaniżając znacznie liczbę ofiar), ze 100 milionów ofiar Stalina robi się ich raptem 5-20 milionów... w takim razie, dlaczego nie można zanegować Holocaustu albo stwierdzić, że zginęło w nim mniej ludzi niż w rzeczywistości. Jak to jest? Czy oznacza to, że pewne grupy etniczne są bardziej uprzywilejowane niż inne? Widziałem swojego czasu też taką książkę Wiek żydostwa. Napisana z pozycji żydowskiego szowinizmu, z której wynikało, że gdyby nie oni, to nawet do kina nie mielibyśmy na co pójść. O dziwo, gdyby to samo napisał przedstawiciel środowisk narodowych albo konserwatywnych, to najpewniej by to się nigdzie nie ukazało. Po prostu coś takiego nie ujrzałoby światła dziennego. Najnormalniej w świecie. Inna rzecz. Wolność słowa dotyczy o dziwo komunistów. Jakoś działają takie różne ustrojstwa jak Lewica Bez Cenzury czy Nurt Lewicy Rewolucyjnej. Taki Che Guevarra czy Lenin to jacyś świeccy święci. Tak samo może sobie działać taka formacja Nowa Lewica, która jawnie przyznaje się do bolszewizmu. Z kolei nazizm i faszyzm są na cenzurowanym. Nigdzie nie można dostać Mein Kampf, bo to lektura rasistowska. To jak to jest, można wydawać książkę, w której pisze się o zamiarze odgłowienia społeczeństwa poprzez wymordowanie jego elit, a nie można wydać książkę, gdzie te zamiary wysuwane są wobec poszczególnych grup etnicznych. Skoro komunizm jest dopuszczalny, to dlaczego nie uznać za taki nazizm? Jak to w końcu jest? Są lepsi i gorsi totalitaryści? Przecież to wszystko gałęzie wyrastające z jednego pnia, więc dlaczego ma być inaczej traktowane. Tego nie rozumie tylko lewactwo, ostatnio mocno zainteresowane udowadnianiem wielkiego humanizmu Józefa Wissarionowicza Stalina. Przy okazji ujawnia się dwulicowość laickiej lewicy. Tak więc, czy nie powinno dokonać się depenalizacji ideologii totalitarnych? Weźmy pod uwagę, że jakoś w USA działa nawet cała neonazistowska partia NSOA, która wystawiała nawet kandydata na prezydenta - niejakiego Johna Bowlesa. Stosując bezwzględne kryteria, komunizm okazał się znacznie bardziej zbrodniczy niż nazizm, a mimo to uważany jest za dobry. Tak więc pobłażliwość dla komunizmu przy jednoczesnym tępieniu nazizmu jest co najmniej hipokryzją. No cóż, wychodzi na to, że wolność słowa to kolejna fikcja wciskana nam przez różnych postępowców. Okazuje się również, że wolno mówić to, co ubzdali sobie urzędnicy. W efekcie wolności słowa może być, ale po słowie - niekoniecznie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów