Trup Traktatu Lizbońskiego

Obrazek użytkownika Jaku

(kt)Prezydent Francji Nicolas Sarkozy upomniał niedawno Polskę, ponieważ prezydent RP Lech Kaczyński śmiał nie ratyfikować odrzuconego przez Irlandię Traktatu Lizbońskiego. Jako, że nasz prezydent w trosce o dobry PR na pewno nie odpowie na ten zarzut odpowiednio wyczerpująco, postaram się wspomnieć o kilku ważnych kwestiach, które wydają się być pomijane na europejskich salonach.Sprawa zasady jednomyślności powinna być jasna - to ustalenie jest normą prawną przyjętą przez całą Unię Europejską więc narody Europy ceniące sobie literę prawa powinny jej przestrzegać. Niestety, wygląda na to, że takich narodów jest niewiele. Z dnia na dzień zasada będąca chlubą chwalącej się wszem i wobec UE, stała się martwym przepisem. Nikt już nie pamięta, że na mocy tego ustalenia, do wprowadzenia Traktatu Lizbońskiego wymagana jest zgoda wszystkich krajów. W mainstreamowych mediach całej Europy trąbi się dziś o bezczelności Irlandii, której obywatele nie są wystarczająco liczni, by ich głos znaczył cokolwiek. Decyzja narodu irlandzkiego traktowana jest jako bezsensowne veto niedoinformowanych ciemnogrodzian w wersji wyspiarskiej.Z instytucją referendum oraz prawami Unii Europejskiej śmiał liczyć się m. in. Lech Kaczyński i Traktatu nie podpisał. Stwierdził on jasno, że nie ma już dyskusji o Traktacie Lizbońskim, ponieważ irlandzkie ,,nie'' przekreśliło ten dokument. Włoski dziennik katolicki "Avvenire" nazwało decyzję prezydenta RP ,,ciosem poniżej pasa'' dla Europy i poważyło się na analogię z sytuacją I Rzeczpospolitej, w ktorej to wprowadzono zasadę Liberum Veto i przez to, że polscy szlachcice korzystali z niej nałogowo i wykorzystywali ją w interesie państw ościennych, doszło do powolnej acz sukcesywnej agonii tej wielkiej republiki.Problem w tym, że ta analogia może istnieć jedynie w umysłach ślepych na fakty i rzeczywistość, otumanionych proeuropejską propagandą lewaków. Owa analogia nie ma racji bytu. Czym innym było państwo polskie, w którym od partykularnych interesów poszczególnych magnatów, ważniejsze były interesy ogółu obywateli, a czym innym jest Unia Europejska, której najgorliwsi obrońcy nie chcą przyjąć do wiadomości, że dla narodów Europy nadal najważniejsze jest dobro ich ojczyzn. Innymi słowy - Polacy mają gdzieś interesy Portugalczyków, tak samo, jak mieszkańców Lizbony nie obchodzi los małopolskich rolników. Tworzenie na siłę jednorodnego organizmu z multinarodowej Europy występuje przeciwko jej korzeniom i naturze - zwykli obywatele to, niekoniecznie świadomie, czują.I taki stan rzeczy będzie trwał, dopóki ostatni Europejczyk nie zostanie urobiony przez proeuropejską propagandę - pełną pustych frazesów i lewackich sloganów, niczym nie podpartą kawalkadę PR-owskich sztuczek, mających wmówić społeczeństwu czego powinno chcieć.Uczciwie relacjonując poczynania Komisji Europejskiej, nie da się nie zauważyć, iż w polu jej zainteresowania nie znalazły się interesy większości krajów Nowej Unii - obrazuje to pięknie potraktowanie Polski w sporze o los naszych stoczni. Ów organ nie przejmuje się również normami demokratycznymi - co pokazuje casus Traktatu Lizbońskiego. Ponadto, jest on narzędziem do inżynierii geopolitycznej w rękach najsilniejszych państw - dogadujących się z Rosją Niemiec i marzącej o nowej epoce napoleońskiej Francji. Jaki więc interes ma Polska z uczestnictwa w tym wielkim kabarecie, do którego nawiasem mówiąc będziemy niebawem dopłacać?Czekam na porcję lewackich wypocin mających pogodzić dalszą integrację europejską z polską racją stanu - ja sam zawiodłem w tej sprawie i nie potrafię tych dwóch wektorów na wykresie interesów politycznych ani o milimetr do siebie zbliżyć. Ale lewakom na pewno się to uda, Ci mają receptę i wytłumaczenie na każdą okazję. Nie ważne, że zazwyczaj są one oparte na złudnych, postmodernistycznych teoriach i nowych, ateistycznych dogmatach, składających się na tworzący się obecnie kult nihilizmu.Dla obiektywnego obserwatora sprawa powinna być jasna i dawno zamknięta. Traktat Lizboński nie jest zgodny z polską racją stanu, której pryncypia są ważniejsze od wymysłów niedemokratycznie mianowanych urzędników z Brukseli, ponadto na mocy praw UE został odrzucony a prezydent Rzeczpospolitej nie ma obowiązku podpisywać martwych zapisów.Zamiast łudzić się, że niemieccy, francuscy czy luksemburscy biurokraci będą walczyć skuteczniej o dobro Polski, niż demokratycznie wybrany polski rząd i walczyć o nieusankcjonowany prawnie Traktat, powinniśmy przejść po jego trupie do porządku dziennego i zająć się naprawdę żywotnymi kwestiami.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Na veto Prezydenta  porąbani już znależli "odpowiedż",  a mandaryni z Unii mogą twórczo to rozwinąć i np. uchwalić, że głosu narodów niepoczytalnych się nie uwzględnia, Potem już tylko pozostanie sporządzenie list,, kto jest poczytalny a kto nie. Klasyka.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#350

najgorsze jest to, że proeuropejska propaganda jest tak sprawna, że typowy szary człowiek w ogóle nie zauważa tak oczywistych znaków ostrzegawczych przed unijnym totalitaryzmem.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#355