Lwy salonowe (czyli o eurofetyszyzmie słów kilka)

Obrazek użytkownika Gadający Grzyb
Kraj

Pseudodebata, czyli nieustanne flekowanie oponentów, jakie obserwujemy od chwili, gdy miłościwie nam panujący Geniusz Kaszub ogłosił zamiar przystąpienia Polski do strefy euro, daje do myślenia.

Szczególnie zaś skłania do refleksji nad bezmiarem intelektualnego serwilizmu rodzimych lwów salonowych, których ryki rozbrzmiewają od świtu do późnej nocy na szerokich połaciach medialnej dżungli.

Wspomniane lwy na ogół znają się na ekonomii jak kura na pieprzu, nie przeszkadza to im jednak ryczeć rozgłośnie, jak to pilnie musimy eurowalutę wprowadzić i jaką wstecznicką, brudnopolityczną podłością jest brak entuzjazmu wobec tego pomysłu.

Sam ekonomistą nie jestem, wolę więc słuchać ekspertów, porównywać stanowiska, argumenty i dopiero na tej podstawie wyrabiać sobie opinię, jednak lwy najwyraźniej podobnych zahamowań nie mają.

O co tu chodzi?

Otóż, w sprawie euro jak w soczewce ogniskują się kompleksy i fobie odczuwane przez nasze „elyty” wobec jaśnie oświeconej „starej Europy”(copyright by D. Rumsfeld). Że nie jesteśmy tak postępowi, tacy fajni; że nie mamy tego stylu, tego szyku, bon tonu; nie nadążamy, odstajemy… innymi słowy, ci mędrkowie nawet nie usiłują kwestii waluty traktować w kategoriach ekonomicznych – dla nich to po prostu kolejny ideologiczny fetysz; amulet, który ma sprawić, że wpuszczą nas z przedpokoju wprost na europejskie salony, jako pełnoprawnych członków eleganckiego towarzystwa.

Takich fetyszy jest zresztą więcej – ot, weźmy choćby traktat lizboński, zwłaszcza w połączeniu ze sławetnym „pozostawaniem w głównym nurcie europejskiej polityki”. Nasi luminarze dają tu dowód graniczącego z fobią lęku przed zmarszczonym czołem Sarkozy’ego, Merkel, czy któregoś z eurokomisarzy.

Możliwość dokopania przy okazji znienawidzonym Kaczorom pełni tu, moim zdaniem, rolę wtórną – jest jedynie elementem środowiskowego rytuału integracyjnego, który ma potwierdzić, że między nami są „sami swoi”. Taak, gdy w grę wchodzą eurofetysze, motywacja wypływa z najgłębszych, najbardziej bolesnych i autentycznych skurczów duszy. Owi ludzie doznają niemal fizycznych boleści na samą myśl, że ktoś mógłby dostrzec w nich choćby cień zaścianka; że przy okazji kolejnego pobytu za granicą ci, do których z całych sił pragną doszlusować, znów będą wypytywali z troską w oku: - a co u was z euro, z Lizboną, prawami gejów, groźbą faszyzmu, z antysemitami…

I jak za dotknięciem różdżki nasze lwy salonowe zmieniają się nagle w pomiaukujące kociaki, tłumaczące wszem i wobec, że oni owszem, że serca gorące a duch ochoczy, tylko naród jeszcze nie uświadomiony, kartofel przeszkadza, Rydzyk tumani, więc, wiecie, gdyby w waszym Le Monde / Zeitungu ukazał się jakiś tekst, to my u siebie nagłośnimy, damy kołtunom odpór, tylko puśćcie coś o kartoflach, czy o zagrożeniu dyktaturą, wiecie, dajcie nam argument… miau… miau…

„Bo w Paryżu / nawet dziecko w wózku / umie mówić po francusku” – tak wyśmiewał niegdyś naśladownictwo nadwiślańskich eliciarzy pewien satyryk. I właśnie o to – o zagłuszenie jątrzącego poczucia prowincjonalizmu, a nie o żadną gospodarkę tutaj chodzi.

Gadający Grzyb

Ocena wpisu: 
Brak głosów