Proces generała Jaruzelskiego wpisuje się w wizję historii Polski III RP?

Obrazek użytkownika Katarzyna
Kraj

„Tymczasem, im dalej oba wyroki - korzystny dla obrony i korzystny dla oskarżenia - temu oczekiwaniu wyjdą naprzeciw, tym bardziej oba oddalą się od zasady sprawiedliwości. Nie jest bowiem sprawiedliwości obojętna prawda. A to, że zasadnicza odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego spoczywa na osobach oskarżonych o jego autorstwo, prawdą nie jest". - pisze na łamach Dziennika Polskiego, 22 września 2008 r. historyk, profesor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu - Janusz Ekes.

Artykuł ten przytacza bez komentarza  blog Klubu Jagiellońskiego  http://jagiellonski.salon24.pl/index.html

 

A jaka jest ta prawda?

WRON, Jaruzelski to tylko urząd i funkcja namiestnikostwa Moskwy. Zdaniem autora, to Kreml odpowiada za wprowadzenie stanu wojennego, bo nieprawdopodobnym jest, by bez wiedzy władzy, której namiestnikiem był Jaruzelski,  można było cokolwiek uczynić.  

Obrońcy nie mają więc racji przypisując generałowi obronę narodu przed skutkami większego zła, a oskarżyciele  upatrując w tym zbrodnię przeciwko narodowi sądzą nie tego, kto winien. A wszystko razem przeczy zdrowemu rozsądkowi.

Pisze to historyk zajmujący się  historią  myśli i idei politycznej. Można więc w filozoficznej frazie naukowca nieco się pogubić. Jednak przy uważnym czytaniu sens wywodu jest jasny. Żaden Kmicic czy Wallenrod z Jaruzelskiego nie był, to tylko namiestnik Moskwy, któremu dziś przypisuje się role nieadekwatne do tej, jaką w rzeczywistości pełnił. Proces ten   przeczy prawdzie i zdrowemu rozsądkowi. A służy wszczepieniu polskiemu narodowi implantu. Jest nim wpajanie  przekonania, że można sprzeniewierzyć się swoim obowiązkom w imię obrony narodu przed większym złem. Jest więc niczym innym jak usprawiedliwieniem wszystkich, którzy w różnych okolicznościach przez lata komuny dezerterowali do obozu namiestnikowskiego.

Pointa artykułu Janusza Ekesa jest tak przekonywująca, że w pierwszej chwili przysłania wszystko to, co zostało powiedziane na początku.

O cóż bowiem tak naprawdę chodzi w procesie Jaruzelskiego i członków WRON?

„Jest naród i jest byłe namiestnictwo. Naród chce odzyskać swą jakość. Czego natomiast chce byłe namiestnictwo?" - pyta autor i natychmiast odpowiada retorycznymi pytaniami, które prowadzą do jedynego wniosku. Proces ten „za grzechy tyle niezwykłe, co nie popełnione" potrzebny jest, by nie odpowiadać za winy w „psiej służbie" namiestnikostwa, by wokół tego procesu zjednoczyć   klientelę tegoż namiestnikostwa, która zaczyna dezerterować. Wszystko po to, by „dezintegrującym polską świadomość implantem, spowolnić proces odzyskiwania jakości przez naród".

To ta efektowna myśl o implancie każe nie zauważać inną, która się kryje w tekście, a którą ja nazywam machiawelizmem, bo tak naprawdę jest usprawiedliwieniem samego czynu wprowadzenia stanu wojennego. Autor bowiem słusznie podkreślając, iż nie ma zła większego czy mniejszego, są tylko większe lub mniejsze skutki tego zła, mimo woli naprowadza dyskusję na ten właśnie tor, przed którym ostrzega w zakończeniu artykułu.

Różne  opinie na temat wojny Jaruzelskiego z narodem zdążyłam już przeżyć, ale takiej jeszcze nie słyszałam. Oto proces potrzebny jest samemu namiestnikostwu, by  brud kolaboracji z komuną  usprawiedliwić u wszystkich; duchownego, żołnierza, urzędnika i filozofa. Do tego jest tylko potrzebne jedno; wykazać, że to była słabość, która zapobiegała „złu większemu".

Czy można się z taką diagnozą nie zgodzić? Doświadczamy tego przecież przy każdej wiadomości informującej o kolejnym TW w  Kościele, urzędzie, wojsku, czy na uniwersytecie. Każda z nich natychmiast umaczana jest w niekończące się dywagacje; winien - nie winien, skrzywdził - nie skrzywdził, musiał - nie musiał, zrozumieć, usprawiedliwić , przebaczyć - potępić  i ukarać. A jeśli tak, to w jaki sposób?

Może właśnie dlatego artykuł Janusza  Ekesa spotkał się z aprobatą w naszych komentarzach.  I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że kryje się w nim przemycona chyłkiem teza, że proces Jaruzelskiego przeczy zdrowemu rozsądkowi i prawdzie, bo w procesie tym na ławie oskarżonych powinna zasiąść ówczesna władza Moskwy, bez woli której ani WRON, ani Jaruzelski palcem nie kiwnęliby. Mogę się tylko domyślać, że autor domaga się sądu nad całą przeszłością PRL i nad nami, którzy w mniejszym lub większym stopniu sprzeniewierzyliśmy się swoim obowiązkom wobec narodu. Czy nie jest to kusząca teza? Ona przecież wpisuje się w tezę „Umysłu zniewolonego" Miłosza.

Teza ta jest mi jednak zupełnie obca. Nie odzyska bowiem naród swej tożsamości, nie uzdrowi swego osądu przeszłości bez wiedzy. O tym historyk powinie dobrze wiedzieć. Proces Jaruzelskiego jest okazją, by do narodu dotarły wreszcie dokumenty i fakty potwierdzone rzetelnym procesem sądowym. Autor zapomina, że to obrońcy generała  odsuwają moment odczytywania zgromadzonych akt.

Czego boi się Jaruzelski, Kania czy Kiszczak? Moglibyśmy się wreszcie dowiedzieć, ocenić i  rozprawić się z przeszłością. Tymczasem zamiast tego mamy wciąż teatr usprawiedliwiania i zamazywania przyzwoitości.

Czy nie zakłada autor, że na procesie może się okazać, iż decyzja wprowadzenia stanu wojennego była niesubordynacją przeciwko Moskwie? Czy historyk nie może domniemywać, że to strach przed konsekwencjami, jakie mogłyby spotkać nieudolne namiestnikostwo  z rąk władcy, pchnął desperatów do rozwiązań, które skuteczne były w roku 1956, 1970 czy 1976?

Owi desperaci  zawiązujący WRON mieli prawo bowiem przypuszczać, że jeśli nie uda się im przywrócić namiestnikostwa, władca strąci ich w niebyt i to niekoniecznie tylko polityczny.

A jeśli okazałoby się  ze zgromadzonych dokumentów, że taka jest właśnie prawda, to czy naród nie powinien o tym się dowiedzieć? Czy możliwa jest dziś inna droga od tej, którą wyznacza sąd w kraju, który odzyskał wolność zewnętrzną, ale wciąż nie może odzyskać wolności wewnętrznej?

Czy dla tej wolności nie powinien wreszcie rozpocząć się i definitywnie zakończyć sądowy proces?

 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Bardzo ciekawy artykuł.
Towarzysz generał Jaruzelski śmiertelnie przerażony - od dzieciństwa przez Rosję nigdy nie potrafił się wyzwolić z tego strachu. Przypuszczam że był również zarażony przez komunizm a to bardziej śmiertelna choroba niż AIDS.
Ten drugi wniosek wysnułem na podstawie tekstu, który niegdyś wyczytałem w "Karcie" a piszę o tym w moim blogu pt. Rewelacje "Karty"

serdecznie pozdrawiam AW

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5587

Bardziej pokrętnych wywodów w obronie Jaruzelskiego jak prof.JE nie udało mi się przeczytać. Sama się w pierwszej chwili nabrałam. Teza, o implancie wydała się tak piękna i kusząca, niczym wszystkie nasze gorzkie opinie, że naród ma taką władzę, na jaką zasługuje. Uległam jej w pierwszym odruchu, ale gdy wróciłam, sama z siebie się śmiałam.

Pana blog znam, nie komentuję, bo najgorzej jak człowiek nie ma się do czego przyczepić, ze wszystkim się zgadza.:))
Wrócę jeszcze do tej komunistycznej choroby, bo ona jest wciąż rakiem, który toczy naszą ocenę przeszłości.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Katarzyna

#5590

Katarzyno.Przeczytalem Twoj tekst,nie wiem czy czytalas dokument zaprezentowany przez P.Aleksandra Sciosa w Salonie 24.Po przeczytaniu tego dokumentu, a jest to oficjalne sprawozdanie z obrad Ministrow Obrony Ukladu Warszawskiego w Moskwie,ktore odbylo sie tydzien przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce.W dokumencie sporzadzonym przez Ministra Obrony CSRS do Pierwszego sekretarza CSRS,opisana jest szczegolowa rola jaka odegral Jaruzelski,ktory skamla o pomoc,po sprzeciwie Rumuni a nastepnego dnia Wegier,nasz pozal sie Panie Boze minister obrony przedstawia ogolnie i nie tylko wprowadzenie stanu wojennego w Polsce.Po przeczytaniu tego dokumentu bylem w szoku,mysle ze nawet student prawa po zaznajomieniu sie z tym oficjalnym dokumentem,nie mialby problemu z wydaniem wyroku -kto i z jakich pobudek jest winny wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.Dziwi mnie natomiast cisza jaka w tej sprawie zapadla,przeciez nie tylko ja to czytalem,myslalem nad tym aby w jakis sposob zainteresowac tym dokumentem B.Wildsteina,mysle ze jest to doskonaly material na program ktory prowadzi,mysle ze po przeczytaniu tego tekstu w nowym programie ktory prowadzi,byloby najprawdopodobnie nokautem dla tezy o Wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski.Myslalem o tym aby polaczyc sily z BMPL i wystosowac list otwarty do TVP,byc moze taka akcja przynioslaby skutek,tekst Aleksandra Sciosa jest w mojej ocenie najlepsza odpowiedzia dla wszystkich ktorzy uwierzyli Jaruzelskiemu.pozdrawiam Boniek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5617

Zgadzam się, dziwna cisza panuje, choć dokument ten jest im na pewno bardzo dobrze znany. Na moim blogu w salonie też cisza, nawet trolle się nie zleciały.:))
Nie da się w żaden sposób obronić teorii "mniejszego zła". A pisanie im usprawiedliwień przez najróżniejszej maści profesorów jest próbą obronienia mitu, który tak pracowicie GW przez lata budowała. Odezwał się Gorbaczow, a ostatnio nawet były rzecznik Jana Pawła II. Tajemnica jest chyba również w stosunku Zachodu do komuny, a odpowiedź dał już u progu nowego tysiąclecia G. Herling Grudziński w wywiadzie udzielonym do książki "Inny świat".Zauroczonych komunizmem jest wciąż wielu, stąd też różne usprawiedliwienia dla tych, których usprawiedliwić się nie da.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Katarzyna

#5619

Katarzyno,o tym ze wiele osob jest zauroczonych komunizmem wiem doskonale na przykladzie swojej rodziny,i niech to wystarczy za komentarz.Rozmawialem na ten temat z Gawrionem,przeciez cala ta farsa z procesem generala wali sie w ciagu sekundy.Moze jestem przewrazliwiony,ale ten dokument kladzie na lopatki cala 3 RP.Uwazam ze powinnismy dotrzec do jakiegos dziennikarza,moze Wybranowski?nie wiem,wiem jedno-ze nie wolno nam pozostawic tego bez odpowiedzi.Nie wiem jak dotrzec do Kataryny,byc moze Ona znalazlaby jakies rozwiazanie,powtarzam sie ale wciaz mam w pamieci komentarz P.Aleksandra Sciosa,pod tekstem ze to my jestesmy winni temu iz komuna nie zostala dobita,a cierpiec za to beda nastepne pokolenia.I w zupelnosci sie z tym stwierdzeniem zgadzam,a teraz po tym tekscie nie moge sobie wybaczyc,ze pojawila sie iskierka nadzieji na odklamanie a my znowu milczymy.mam znow ochote krzyczec POMOCY!pozdrawiam Boniek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5625

http://wyborcza.pl/1,76498,5712819,Wat__Jak_upior_staje_miedzy_wami.html

Wat: Jak upiór staje miedzy wami

Zatruwano mnie i mojej rodzinie kazdy dzien. Musialem byc przykladem, co czeka smialka, który zdradza komunizm i przeszkadza partii w robocie - wspominal Aleksander Wat w 1966 roku

Ubolewam, ze zawal serca nie pozwala mi wypowiedziec sie tak, jakbym chcial, jakby nalezalo, w sprawach polskiej kultury w Polsce Ludowej.

Ubolewam gorzko tym bardziej, ze wlasnie ten zawal, trzeci z kolei, jest dalekim, ale bezposrednim skutkiem moich wieloletnich debat i bojów z partia, wlasnie o polska kulture.

Dzis, zatluczony przez partie, od lat 15 zyjac w piekle nieustajacego bólu fizycznego i jego psychicznych implikacji, niezdolny do normalnej pracy, jestem tedy zywym modelem tego, co sprawia kultura komunistyczna.

Bede mówil o sobie. Wiele. Za wiele. Tym bardziej ze w Kraju, bedac od lat na indeksie, jestem juz prawie zapomniany, a co najwyzej obrzucany blotem przez hultajstwo. A na emigracji - nieznany, zapomniany: najstarsi pamietaja tylko Wata-futuryste, Wata-bolszewika z nozem w gebie.

Jestem ostatnim niedobitkiem z pierwszej grupy literatów rewolucyjnych. Komunistycznych i komunizujacych. Czterech: Stanislawa Ryszarda Standego, Witolda Wandurskiego, Jana Hempla, Brunona Jasienskiego zgnojono w lagrach sowieckich. Andrzej Stawar pojechal umierac do Maisons-Laffitte, do "Kultury", przede wszystkim po to, by w Kraju komunisci nie wystawiali mu pomników. Jedynie Wladyslaw Broniewski umarl in odore sanctitatis [z reputacja osoby swietej] - ale w jakim upadku! w jak bolesnej degradacji umyslowej i moralnej! ze zrywami buntu - ten mezny poeta, który w okupowanym Lwowie zachowal sie najgodniej. Co do mnie...

W komunizm wdalem sie w r. 1928. Zwabiony, oszukany jak i moi przyjaciele tzw. ideologia i gloszonymi przez nia idealami: idealem wolnosci od wszelkich cenzur i presji, idealem walki z wszelka przemoca panstwa, idealem sprawiedliwosci i równosci spolecznej, glodem wiary.

Bylem tylko tzw. sympatykiem, mimo presji; chcialem bowiem zachowac pelna niezaleznosc mysli, ale i ja mialem swój okres nadgorliwosci. Dla partii bylem cennym nabytkiem. Dynamiczny, kompetentny w sprawach literatury, po "Bezrobotnym Lucyferze" [zbiór opowiadan Wata] mialem dobra pozycje literacka itd., itd. Dwoilem sie i troilem, organizowalem akcje wsród intelektualistów, bylem redaktorem-dyrektorem "Miesiecznika Literackiego", jedynego pisma komunistycznego, które mialo naprawde rezonans wsród polskiej inteligencji radykalnej i uformowalo niejednego z obecnych dygnitarzy.

Komunizm, mój grzech

W r. 1935 przejrzalem do konca, czym jest komunizm. Od r. 1936 odmawialem juz udzialu w imprezach, pismach i organizacjach, rezyserowanych przez partie. W mojej krytyce komunizmu doszedlem do samego gruntu: rozumialem, ze stalinizm jest tylko konsekwentnym i nieuniknionym rozwinieciem leninizmu, i Lenin, Trocki, Stalin stali mi sie na równi odrazajacy. W ciezkich latach bezposrednio-przedwojennych, kiedy wydawala sie wiarogodna gloszona przez komunistów alternatywa: "albo komunizm, albo faszyzm", odsunalem sie po prostu od polityki. A takze od literatury.

Literacko okres komunizowania byl dla mnie niszczycielski. Po "Lucyferze" bylem w tzw. wenie, napisalem wiele opowiesci - o ile mnie pamiec i próznosc nie myla, antycypujacych dzisiejsze kierunki. Ale albo uznawalem je za dobre i niezgodne z doktryna marksizmu, albo - za zgodne, ale liche. Wrzucalem je przeto do szuflady, gdzie splonely w czasie wojny.

Jak powiedzialem, oszukano nas. Bez watpienia. Ale pózniej, w wiezieniach sowieckich, mialem wyborne warunki, by rachunek sumienia doprowadzic do gorzkiego konca. Oszukano nas, poniewaz chcielismy byc oszukani. W r. 1928 byla juz oczywista tatarska geba marksizmu-leninizmu, a tzw. ideologia z jej idealami wygladala juz jawnie jako kolosalna antrepryza [przedsiewziecie] oszukania mas. W r. 1934 elity komunistyczne wiedzialy o tzw. dzis eufemistycznie zbrodniach Stalina. Moje zblakanie mlodziencze bylo zatem ciezkim grzechem, który wypadnie mi odkupic...

Mimo mego zerwania z komunizmem policja przedwojenna nekala mnie nadzorem, rewizjami. Trzy lata temu w warszawskiej "Polityce" ogloszono liste intelektualistów, których w maju 1939 Komisariat Rzadu m. Warszawy przeznaczyl do obozu. Znajduje sie na niej. Gestapo zapewne znalazlo liste proskrypcyjna, bo juz w pazdzierniku szukalo mnie uporczywie u Gebethnera [w wydawnictwie Gebethner i Wolff Wat pracowal od 1932 r., od 1933 byl kierownikiem dzialu literackiego]. Dawniej ludzilem sie, ze mialem przed soba tylko alternatywe: albo Lubianka, albo Oswiecim. Okazuje sie, ze wplatalem sie w historie fatalniej: tak czy owak mialem siedziec.

Straszny Lwów

W pazdzierniku 1939 znalazlem sie we Lwowie. Wiedzialem nieomylnie, co mnie i moja rodzine czeka. Najgorszy, tchórzliwy to okres mojego zycia. Nie zaszkodzilem nikomu, zajmowalem sie wylacznie opieka spoleczna nad kolegami-uchodzcami. Przeciez klamalem: udawalem, ze znów nawrócilem sie na komunizm. Czynilem to zreszta nieudolnie, ze zrywami szczerosci. Byl to juz drugi grzech do odkupienia.

Po kilku tygodniach uwieziono mnie 24 stycznia 1940. Sadzac z poszlak, z Kijowa przyszedl nakaz aresztowania 15 literatów polskich, po jednym z kazdego gatunku. Nazwiska wpisali polscy komunisci.

Straszny byl Lwów okupowany przez sowiecka horde. Straszniejsza byla blyskawiczna korupcja starych, niedawno temu bohaterskich komunistów. Jedni byli zmeduzowani [przerazeni] przez stalinowski terror (z dawna im wiadomy), inni znalezli tu odskocznie do karier i odwetów, najlepsi uciekli z powrotem do Warszawy.

Nie miejsce tu na opis moich licznych wiezien. Wypuszczono mnie w cztery miesiace po amnestii [chodzi o uwolnienie wiezionych na terenie ZSRR obywateli polskich na mocy tajnego protokolu - czesci ukladu Sikorski-Majski z 30 lipca 1941], w stanie "muzulmanina". A juz odtad, do samego konca, deklarowalem sie, nawet z ostentacja, jako kontrrewolucjonista, nieprzyjaciel Zwiazku Sowieckiego.

W marcu 1943 obrócono brutalnie kilka milionów polskich obywateli w poddanych sowieckich. Razem z szewcem Kamerem, starym komunista z Radomia, zbuntowalem posiolek Ili.

Pieciuset Zydów galicyjskich zglosilo sie do komisji NKWD, od razu z workami:
gotowi byli odsiedziec zapowiedziane im dwa lata w lagrze, byleby nie stac sie
poddanymi sowieckimi.

Ale zapedzono ich do lochów trzeciego Otdielenija [wydzialu] w Alma-Acie, gdzie bandyci "przekonali ich" - katowaniem. Wrócili do Ili - w lachmanach, juz obywatele sowieccy. Miedzy nimi zona moja, ze zlamanymi zebrami. Jako instygator, siedzialem jeszcze sam w areszcie w Ili. Z okna widzialem ich powrót - posepny pochód.

Zwolniono mnie po kilku miesiacach, jako obywatela polskiego! Potem lata najciezsze w piaskach ilijskich, w skrajnej nedzy i chronicznym glodzie, w ciaglych ciezkich chorobach. Bylismy oboje proletariuszami. Dzielilismy po prostu los cierpietniczego ludu rosyjskiego. Nie umielismy handlowac ani krasc, zginelibysmy zatem niechybnie, gdyby nie pomoc zaradniejszych rodaków.

Na poczatku 1946 zapowiedziano w Ili ogólna repatriacje. Na liscie repatriantów byla i zona moja, i syn. Mnie natomiast zapowiedziano, ze dla mnie powrotu nie ma... poniewaz pozostalem obywatelem polskim. Zelazna logika leninizmu.

Wrócilem przeciez w kwietniu 1946 na usilne interwencje moich dawnych przyjaciól.

Bezpieka literatów

Fizycznie wyniszczony, od pierwszych dni, w przemówieniach na zjazdach i zebraniach literackich, wykazywalem nedze, prostactwo i niedorzecznosc wszelkich komunistycznych teorii, ich pseudoliteratury oraz pseudokultury.

Sluchano mnie z zainteresowaniem: bylem wtedy niezlym polemista-dialektykiem. Zreszta, rozumowania oraz referaty ideologów - nawet prywatnie wybitnie intelegentnych [tak w oryginale] - byly tak prostacze i niedorzeczne, ze wystarczylo zignorowac tabu dretwej mowy, by ujawnila sie ich nicosc.

Kazdemu, kto tylko nas chcial sluchac, opowiadalismy oboje [z zona] cala prawde o Rosji. Byl to jeszcze okres tzw. lagodnej rewolucji, i, trzeba przyznac, tolerowano mnie dlugo: poniewaz nigdy nie bylem partyjny, przeto nie bylem w scislym znaczeniu renegatem. Partia czekala na powrót marnotrawnego syna. Nie doczekala sie.

W latach 1948-1949 zmarl gwaltowna smiercia liberalizm. W styczniu 1949 powiodlo mi sie jeszcze przemycic w "Kuznicy", dzieki zawilej konstrukcji i ezopowemu slownictwu, "Antyzoila", zjadliwa duza rozprawe przeciw socrealizmowi. W prasie rozpetano nagonke. W KC zapadla uchwala: "Odstawic Wata na boczny tor. Ale dac mu zyc". "Dac mu zyc", tzn. zarobkowac przekladami; widocznie zawdzieczalem to tzw. dawnym "zaslugom", na które sam nigdy sie nie powolalem, uwazajac je slusznie za moja skaze.

"Dano mi zyc" niedlugo. Z Paryza sprowadzono ekonoma z batem, Putramenta. Ze Zwiazku Literatów uczynil rychlo przybudówke Bezpieki. Ze mnie darl pasy, jak w r. 1959 na konfrontacji z nim u premiera wyrazil sie Antoni Slonimski. Co prawda, im wiekszy byl terror, tym dobitniej i zjadliwiej wystepowalem przeciwko rezymowej literaturze, estetyce i polityce kulturalnej. Korzystalem z kazdego zebrania. W latach najczarniejszych - 1951 i 1952 - bylem juz jedynym literatem w bloku komunistycznym, który publicznie i bez obslonek przeciwstawial sie rezymowi i jego pseudokulturze.

Nie czynilem tego bynajmniej ani przez donkichoterie, ani z samobójczego instynktu. Zapisywalem sie do glosu zawsze ostatni. Oczekiwalem, ze przy zaklamaniu ogólu literatów i przy milczeniu najlepszych, ktos przeciez powie slowa, które musialy byc powiedziane. Mialem ponadto wlasny rachunek do splacenia: widzac w pierwszych rzedach dygnitarzy, z których wielu uformowal mój "Miesiecznik", wiedzialem, ze powinienem i musze odkupic dawna wine.

Ostatnie moje glosne przemówienie odbylo sie w najciemniejszym r. 1952. W póltoragodzinnej improwizacji wykazywalem, ze pod komunizmem autentyczna kultura jest w ogóle niemozliwa.

Po dlugiej naradzie aktywu ze sprowadzonym szefem wydzialu kultury w KC uchwalono wykonczyc mnie ostatecznie. Melania Kierczynska [zajadla partyjna strazniczka doktryny socrealizmu] histeryzowala: "Wszyscy sa juz przekonani". I wskazujac na bylego oenerowca: "Nawet kolega Ygrek. Pozostal tylko jeden wróg: Wat".

Uznano, ze jestem wrakiem

Odtad z przemyslna systematyka zatruwano mnie i moim najblizszym kazdy dzien. Musialem byc przykladem, co oczekuje smialka, chocby i zasluzonego, który przeszkadza robocie partii. Az wpedzono mnie w koncu r. 1952 w apopleksje, z jej nieustajacymi dotad strasznymi skutkami.

Lezalem w szpitalu, gdy zmarl Stalin. Prawie natychmiast odmienil sie stosunek do mnie.

Pod naciskiem lekarzy, kolegów i wielu przedwojennych komunistów, ministerstwo zdrowia wyslalo mnie za granice, na operacje do Szwecji, a potem na póltoraroczne leczenie. Sam równiez o to zabiegalem.

Nie mialem wyboru. Nie moglem zyc w klimacie Polski, meteorologicznym, a takze moralnym. Juz same slowa: marksizm, leninizm, Stalin itd. sa dla mnie chorobotwórcze. Budza we mnie taki wstret, ze gdy w r. 1962 pisalem ksiazke "Kilka rysów do przyszlego portretu Stalina" - braklo mi tylko trzech rozdzialów - z obrzydzenia zapadlem na uporczywa egzeme. Musialem poniechac pracy.

Przyjalem zatem te hojna zaiste pomoc rzadu, traktujac ja jako nalezne mi odszkodowanie, slusznie czy nieslusznie.

Poniewaz w Kraju zostal mój syn jako zakladnik, przeto wrócilem w lipcu 1957.

W grudniu nastepnego roku mialem zawal. Jesien i zima w Polsce byly dla mnie nie do wytrzymania. Nacisk wielkich lekarzy i Zarzadu Literatów spowodowal ze mimo ze mój syn byl juz za granica, w lipcu 1959 wypuszczono nas oboje do Francji. Widocznie uznano, ze i tak jestem wrakiem.

W r. 1963 ubeki z polskiej placówki zmusily mnie do zerwania z Krajem.
Amputacja wlasnoreczna, odciecie od Kraju, od bliskich, od przyjaciól i moich czytelników, byla dla mnie, starego, wstrzasem, z którego sie nie podnioslem.

"Wybralem wolnosc!" Mój Boze, nigdy nie poczuje sie tak wolny, jak wtedy, gdy w almatanskim trzecim Otdieleniju na okrzyk szefa MGB, plk. Omarchadzewa: "Wat, przeciez ty byles komunista!", odpowiedzialem z flegma: "Zdaje sie, ze cos takiego bylo, ale tak dawno, ze juz nie pamietam".

Wszystko sfalszowane

Napisalem o sobie za wiele. O wiele za duzo. Po raz pierwszy. I chyba ostatni. Nie jest to apologia pro domo sua; przywolujac cala pokore, na jaka mnie stac, sadze, ze nie mam powodu usprawiedliwiac sie przed kimkolwiek. Nie jest to tez akt samochwaly. Cóz to za przechwalka mówic o sobie, ze sie nie bylo lgarzem, pisarzem sprzedajnym. Miliony Polaków bylo odwazniejszych ode mnie, i los tysiecy, zameczonych w Bezpiece, byl nieporównanie ciezszy od mojego.

Przez lat blisko 40 bylem czynnym w zyciu literackim. Znam z bliska setke z góra kolegów. W najgorszych latach terroru wielu, bardzo wielu przychodzilo do mnie potajemnie, na zwierzenia. Takze komunisci, i to czolowi. Zareczam, ze nie bylo miedzy nimi ani jednego, który by zachowal jakiekolwiek zludzenia. Jedni mieli komunizm za zbrodnie, inni za nieszczescie lub chorobe, wszyscy - za zlo, zlo podstawowe.

Wszystko, co wyprodukowano w latach 1949-1954 jest smieciem, którego dzis wstydza sie autorzy.

Piekny wybuch twórczosci w okresie Pazdziernika wyniknal z naglego wyzwolenia z pet. Byl euforia wieznia, który po latach wyszedl z ciemnicy na wolnosc, na swiatlo dnia. Krótkotrwala wolnosc. Partia skonsolidowala sie i znów zainstalowala kraty, co prawda juz wokolo rozleglego Kindergartenu. Wszystko, co w Polsce bylo i jest jeszcze wartosciowego w literaturze, jest z inspiracji niekomunistycznej, antykomunistycznej.

Jak moglaby powstac, tworzyc sie i ciagle na nowo odtwarzac kultura narodu, gdy terrorem policji i korupcja narzucane jest barbarzynstwo? Jak moze tworzyc sie kultura narodowa, gdy wszystkie podstawowe slowa, jak wolnosc, prawda, sprawiedliwosc, piekno, dobro ludu sa od podstaw sfalszowane? Jak moze istniec literatura narodowa, gdy jej jezyk jest okaleczony i skorumpowany?

A z drugiej strony, czy kultura narodu moze zyc dlugo i rozwijac sie wylacznie aluzjami, kontrabanda?...

W istocie, kultura marksizmu-leninizmu w najczystszej postaci - to dzisiejsza rewolucja kulturalna w Chinach.
Antykultura, nihilizm, wandalizm. Dzis komunisci obrzadku sowieckiego ze wstretem odwracaja sie od swoich chinskich wnuków. Kaliban, który wyszedl ze snobistycznego zakladu kosmetycznego, juz nie rozpoznaje siebie w konterfekcie swej mlodosci. Cóz innego robil Komsomol? Zetempowcy? Nie palili ksiazek, ale falszujac sens slów, tyranie mianujac wolnoscia, a nedze - dobrobytem, nie musieli niszczyc dawnych "klasyków", którzy o prawdziwa wolnosc walczyli, czynili wiec gorzej - swietokradczo przywlaszczali sobie wielki ich dorobek.

Odezwijcie sie!

Kto z uczestników Kongresu Kultury we Lwowie w r. 1936 [zorganizowanego przez KPP] mógl pomyslec, ze w 20 lat po wymarzonej rewolucji w Polsce cenzura bedzie nieporównanie srozsza i czujniejsza niz za sanacji, a policjant bedzie dyktowal filozofom, co i jak maja myslec? Kto z uczestników owego kongresu we Lwowie osmieli sie na obecnym kongresie skonfrontowac ówczesne rewindykacje z ich dzisiejszym urzeczywistnieniem? ["Obecny" - Kongres Kultury Polskiej w Warszawie, 7-9 pazdziernika 1966; jego celem bylo m.in. podkreslenie lacznosci pracowników kultury z "ambitnymi i dalekowzrocznymi celami, jakie stawia PZPR"].

W komitecie Kongresu Kultury prócz funkcjonariuszy zasiadaja ludzie bezsprzecznie czcigodni, nawet tacy, co przez najgorsze czasy przeszli niezbrukani. Nikt nie ma prawa czynic im zarzutu, ze zmeczeni, bez nadziei na zmiane, aranzujac kazdy swoja "mala stabilizacje" i usilujac ocalic co sie da z autentycznej kultury polskiej, przymuszaja siebie do wiary w patriotyczna frazeologie komunistów i zgodzili sie byc ozdoba lipnej parady. Niejeden z nich byl swiadkiem, jak mnie przez wiele lat batozono; jedni zamykali oczy, inni, bezsilni, po cichu wyrazali mi sympatie i solidarnosc.

Do was zwracam sie, moze po raz ostatni: przy ogólnym zaklamaniu musi znalezc sie ktos, kto powie slowa, które musza byc powiedziane, slowa najprostszej prawdy. O tym, ze korzeniem zlego jest marksizm-leninizm; ze autentyczna literatura i kultura narodowa moze istniec i rozwijac sie tylko pod warunkiem, ze partia raz na zawsze przestanie sie do niej wtracac.

Mysle, ze mam prawo powiedziec za Schopenhauerem: "Podczas gdy wy znów intonujecie piosenke o waszym najlepszym ze swiatów, ja jak upiór staje miedzy wami i pytam o zródlo zlego...".

Nie, nie pytam. Po prostu nie pozwalam wam zapomniec.

*** Tekst ukazal sie pod tytulem "...Jak upiór staje miedzy wami i pytam o zródlo zlego. Glos Aleksandra Wata" w pismie "Na antenie" (dodatku do londynskich "Wiadomosci") nr 43/1966. Publikowalo ono zapisy audycji Radia Wolna Europa.

Teraz artykul ten trafil do zbioru tekstów Aleksandra Wata "Publicystyka", który (opracowany przez Piotra Pietrycha) wyjdzie 24 wrzesnia w Czytelniku.

Skróty i sródtytuly od redakcji

* Aleksander Wat urodzil sie w 1900 r. Jeden ze wspóltwórców polskiego futuryzmu - autor poematu proza "Ja z jednej strony i Ja z drugiej strony mego mopsozelaznego piecyka" (1920) i tomu opowiadan "Bezrobotny Lucyfer" (1927).
W latach 20. sympatyk komunizmu, 1929-31 redaktor lewicowego "Miesiecznika Literackiego".

We wrzesniu 1939 r. znalazl sie we Lwowie, gdzie w 1940 r. zostal aresztowany przez NKWD i zeslany do Kazachstanu (na zeslanie trafila równiez jego zona).
Do Polski wrócil w 1946 r. W 1957 r. wydal tom "Wiersze"; dwa lata pózniej wyjechal na Zachód, by juz nie wrócic do kraju. Zmarl we Francji w 1967 r. - popelnil samobójstwo.

Na emigracji ukazaly sie m.in.: obszerny wybór jego liryki "Ciemne swiecidlo" (1968), eseje "Swiat na haku i pod kluczem" (1985), i obszerna rozmowa z Czeslawem Miloszem "Mój wiek" - analiza stosunku intelektualistów do komunizmu i ZSRR

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5620

Dzięki za tekst i link. To postać, z którą w żaden sposób nie potrafią sobie poradzić flirtujący z komunizmem, usprawiedliwiający takich jak Jaruzelski czy Kiszczak. Szkoda, że o Wacie zwykło się mówić w kontekście znajomości z Miłoszem, głównie jego opinie się cytuje. Miłosz nie mógł być jego najlepszym adwokatem, bo nie umiał zło komunizmu nazwać po imieniu. "Umysł zniewolony" Miłosza wzbudził śmiech i wzruszenie ramion u Wata. Wat - ten najlepiej wiedział, jakie jest oblicze komunizmu. Przećwiczył go on sam. Przećwiczyła to jego ukochana Ola i syn mieszkający obecnie chyba we Francji. Przejmującą opowieścią o lasach tych dwojga jest film Roberta Glińskiego "Wszystko co najważniejsze" nakręcony na podstawie wspomnień żony Wata. Ten tekst, który wkleiłaś, i wspomniany film powinien być obowiązkową lekturą uzupełniającą "Inny świat" Gustawa Herlinga Grudzińskiego.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Katarzyna

#5628

Droga Pani czy Panie Pyzol.
Kochani, jeśli mnie choć trochę polubiliście, to podajcie mi choćby tylko imię, bo jako żywo uwierają mnie te pseudonimy.

Ale do rzeczy. Niegdyś dawno temu przeczytałem sobie Miłosza - Rozmowy z Watem i mimo, że zachwalano mi tę książkę jako tekst demaskujący komunizm nie wzbudził on we mnie ani odrobiny sympatii ani do autora ani do interlokutora.

Dopiero tem tekst był dla mnie odkrywczy. Pan prokurator powinien na procesie go odczytać i zapytać Jaruzela - czy to prawda.

Kochani wy najczęściej nie macie odobistych wspomnień z początków zniewalania. Napisałem o tym dwa teksty, ale po piewsze - kiedy się wojna kończyła miałem 14 lat a więc zupełnie inną mentalność niż Wat i inne doświadczenia niż Wat.
Jeśli u Miłosza w "rozmowach" tego nie ma -znaczy to, że albo jeden się ciągle bał powiedzieć, albo drugi to napisać, albo obaj trzęśli portkami. KGB .iało długie rące.

Serdeczne dzięki za ten tekst.

AW

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#6296