Ach, palenie,… palenie, czyli moje spojrzenie na palacza po literaturze Krzysztofa Jaworuckiego

Obrazek użytkownika Satyr
Blog

W nawiązaniu do artykułu Krzysztofa (tutaj), zdecydowałem się „odkryć swoje karty” i napisać, jak to z tym paleniem u mnie było i… niestety, nadal jest. W treści mojego artykułu przeplatają się wątki poważne z wątkami humorystycznymi.

 

Pierwszego papierosa zapaliłem mając zaledwie (o zgrozo!)… lat dziewięć.
Było lato, koniec czerwca. Rodzice zawieźli mnie na wieś do mojej mamy kuzynki na wakacje. Po kilku dniach totalnej nudy, postanowiłem „uatrakcyjnić” swój wakacyjny pobyt. Za swoje „kieszonkowe” kupiłem w tamtejszym sklepie GS-u paczkę papierosów o nazwie „Start”. No i… wystartowałem. W zasadzie był to falstart, bo z tej paczki wypaliłem – jeszcze się nie zaciągając – zaledwie dwa papierosy. Resztę papierosów zarekwirował mi wujek, który „dostał cynk” od ekspedientki sklepu, że raczyłem zrobić taki zakup. Po tym zdarzeniu, które po powrocie do domu odczułem na własnej skórze – „przygodę” z papierosami „zawiesiłem” na 5 lat.

„Drugie podejście” do papierosów zrobiłem w wieku 14 lat. Kończyłem wówczas ósmą klasę. Na balu absolwentów – oprócz przytulania się do dziewczyny będącej moją „pierwszą miłością klasową”, – w zaciszu budynku szkoły sięgnąłem po papierosa, a po zaciągnięciu się dymem, przepijałem… winem wyprodukowanym przez tatę tejże dziewczyny, a przemyconym przez nią na teren szkoły.
Powiesz teraz Krzysztofie, że… był ze mnie niezły gagatek, hehehe :-) Ano był. Tyle tylko w tym dobrego, że ów gagatek nie krzywdził innych, bo nie namawiał ich do papierosa czy wina.

Po tej pamiętnej imprezie papieros przestał być dla mnie obcy. Spalałem od 3 do 5 papierosów dziennie. I tak powoli zacząłem wpadać w objęcia „błękitnej chmurki”. Paliłem papierosy z kolegą po kryjomu w piwnicy, na strychu, w garażu i w ogrodzie wśród owocowych drzewek i krzewów. Także w szkolnej toalecie. Wszędzie, gdzie się dało, oby tylko nie widzieli tego moi rodzice. A oni… widzieli i w dodatku czuli w domu mój nikotynowy oddech. Kiedy powracałem do domu z podwórka, często zdarzała się kontrola typu „chuchnij”, którą z upodobaniem stosowała Mama. Pamiętam, że któregoś dnia po wypaleniu papierosa, wracając do domu postanowiłem zrobić Mamie dowcip. Miał on „oduczyć” Mamę kontroli typu „chuchnij”. Będąc tuż przed drzwiami wejściowymi, wsypałem sobie do buzi… mąkę, którą wcześniej wziąłem ze sobą z domu w pudełeczku po zapałkach. No i… chuchnąłem, czego domagała się Mama. Po tym „chuchu” twarz i włosy na czole Mamy przypominały zjawę-ducha. Jej reakcja była natychmiastowa. Dostałem „z liścia”, a Tata poprawił pasem. Pewnie nie byłoby tak ostro, gdyby nie to, że Mama właśnie wróciła od fryzjera, bo wieczorem Rodzice wybierali się na imprezę do przyjaciół.

Wkrótce nastał czas, kiedy postanowiłem rzucić palenie. Motywacją było to, że wstąpiłem do klubu sportowego do sekcji kolarstwa szosowego juniorów. Ciężkie treningi i uczestnictwo w wyścigach zmotywowały mnie do tego stopnia, że przez pierwsze 3 miesiące nawet nie myślałem o zapaleniu papierosa. Dodatkową motywacją było i to, że zacząłem osiągać pierwsze sukcesy, jak chociażby zdobycie mistrzostwa Mazowsza w indywidualnej jeździe na czas czy drużynowego wicemistrzostwa Polski juniorów w wyścigach na krętych, wąskich i nierównych drogach Warmii i Mazur. Trener stawiał mnie i moim kolegom coraz wyżej poprzeczkę. Marzyło się jemu nie wicemistrzostwo, a mistrzostwo Polski. Zresztą nam też. W klubie „się gotowało”, bo nie mogliśmy spełnić ambitnych planów trenera. Działacze klubu mieli… „węża w kieszeni” i mimo sukcesów, nie finansowali nam nowych rowerów (jeździłem na własnym f-my „Diamant” prod. DDR, za który zapłaciłem tyle, ile mój Tata wówczas zarobił przez 3 miesiące), „szytek” (ogumienia), klocków hamulcowych, butów tzw. kolarzówek czy koszulek. spodenek i kasków ochronnych. Zła atmosfera w sekcji kolarskiej, zawiść i spory nie były dla mnie, więc odszedłem z klubu. Skoro nie byłem już sportowcem wyczynowym, za sugestią mojego kolegi Andrzeja – znowu sięgnąłem po papierosa. Potem po drugiego, trzeciego, i… po następnego.    

Kiedy miałem lat szesnaście i pół, wyjechałem z całą 5-osobową rodziną w lipcu na nasz prywatny obóz pod namioty w leśną knieję. Był to las na Mazowszu, którym zawiadywał leśniczy – brat mojej Mamy. On to wyznaczył teren naszego obozowiska, na którym rozstawiliśmy w czworoboku dwa namioty (jeden dla mnie i moich dwóch braci, drugi dla Rodziców), obok spięte cztery wojskowe pałatki (stanowiące wiatę kuchenną), a z czwartej strony samochód. Na środku obozowiska wbiliśmy cztery kołki, przykrywając ją płytą paździerzową o wymiarach około 0,6 x 1,2 m przywiezioną z domu. To miał być nasz rodzinny stół, wokół którego postawiliśmy 5 pieńków przytarganych z oddalonej o 200 metrów gajówki, której studnia zabezpieczała nas w wodę pitną. Obozowisko ogrodziliśmy płotkiem jednometrowej wysokości z równych i w miarę prostych gałęzi pozyskanych z wiatrołomów.
Wreszcie uporaliśmy się z postawieniem namiotów i pałatki, stołem i z płotkiem, Tata narysował saperką na glebie naszego obozu dwa okręgi. Jeden o średnicy około 1,2 metra i drugi o tym samym środku równy około 2,2 metra. Następnie wręczył nam saperkę i polecił wykopać rów między tymi okręgami na głębokość pół metra, a wykopany piasek nakazał przerzucać na środek okręgów.
– A po co to? – zapytałem.
Odpowiedź Taty poraziła mnie.
– A co ty sobie myślisz?... że będziesz palił papierosy „po kątach” i… puścisz las „z dymem”??? – Masz palić tu, właśnie w tej zrobionej palarni na wzór wojskowej. I dalej powiedział:
– jak zobaczę któregoś z was z papierosem poza palarnią, to zarekwiruję papierosy i zapałki, a nogi wam z d*py powyrywam! – zagrzmiał. W takiej kwestii z ojcem nie było dyskusji.

W głębi serca przyznałem, że Tata wówczas myślał za nas wszystkich… palących. A w tamtym czasie palił Tata (nałogowo), Mama (sporadycznie i bardzo mało) oraz ja i mój starszy o 2 lata brat. Mój najmłodszy brat jeszcze nie palił, więc dowiedziawszy się, że ów „obiekt” będzie niczym innym, jak typową wojskową palarnią – najbardziej ociągał się przy jej wykonaniu, nie widząc sensu kopania saperką, skoro nie należał do palących.

Po spędzeniu dwóch tygodni na naszym obozie wśród drzew, runa leśnego i świergotu ptaków, nastał czas powrotu do domu, do miasta. A tam… dylemat. Czy rodzice zezwolą na palenie papierosów w domu? Pozwolili.
– Nie będziecie palić w piwnicy, garażu czy na strychu! Tylko tego brakuje, byście puścili chałupę z dymem! – zakomunikował Tata do mnie i brata. I tak, w wieku prawie siedemnastu lat zacząłem palić legalnie do 10 szt. papierosów dziennie. To był limit wyznaczony przez rodziców.

Kiedy w wieku 17,5 roku rozpocząłem pracę w fabryce zatrudniającej ponad 4 tys. pracowników, mój dobowy limit papierosów wzrósł do  20 sztuk. Ale już nie były finansowane z tzw. kieszonkowego otrzymywanego od rodziców, a z moich ciężko zarobionych pieniędzy.
I tak zostałem „zawodowym” palaczem, co dzisiaj z perspektywy lat oceniam nie jako chlubę, a… jako porażkę. Do chwili obecnej nie uruchomiłem tzw. silnej woli, by zerwać z tym nałogiem definitywnie, mimo podjętych kilku prób. Ale podczas tych prób niepalenia – nie potrafiłem być opanowanym i spokojnym. Po prostu byłem niemiłosiernie upierdliwy dla otoczenia – zarówno w domu, jak i w miejscu pracy. Jak to mówili, byłem kłębkiem nerwów. Wówczas nawet najwięksi przeciwnicy palenia z mojego otoczenia poradzili mi, bym jednak powrócił do palenia, bo w przeciwnym razie, nie dość że ich wykończę nerwowo, to i sam wpadnę w głęboką „deprechę”, a nie daj Boże… "zejdę na łono Abrahama".

No i… powróciłem do palenia, – niestety,  W domu i w pracy stałem się bardzo spokojny, opanowany, miły, – rzec by można, do rany mnie tylko przyłożyć.
W sumie palę już pół wieku. To szmat czasu. To ponad 536 tysięcy sztuk wypalonych papierosów. To ponad 402 tysiące PLN-ów wydanych na papierosy. Choć jest to temat poważny – zażartuję, że z każdego roku na rok przybywa mi… agrafek, które spinają moje płuca, by się nie rozpadły pod wpływem substancji smolistych pochodzących z dymu tytoniowego.     

Ale jak każdy niemalże długoletni palacz, również i ja mam w swym życiu mnóstwo chwil refleksji nad sensem palenia tytoniu. Wszystko wskazuje na to, że jest to po alkoholizmie i narkomanii trzeci w kolejności nałóg, który niszczy nie tylko mój organizm, ale także jest niekorzystnym czynnikiem dla budżetu rodzinnego. I mam tego pełną świadomość, ale…
No właśnie, to „ale”. Silniej woli zerwania z tym nałogiem nie można kupić za żadne pieniądze. Jeśli by mi nawet zaproponowano auto Ferrari, ale pod warunkiem, że od dzisiaj rzucę palenie i nigdy do niego nie wrócę, to… wahałbym się z podjęciem decyzji posiadania tak pięknego auta. Tak silnie tkwi w mojej świadomości ten nałóg.

Kończąc ten wątek dodam, że kiedy 6 lat temu kupiłem Forda Focusa Gija, postanowiłem że nie będę w nim palił podczas jazdy, a także na postoju. Na przykład, na 200-kilometrowej trasie zatrzymuję się tylko jeden raz na parkingu czy stacji benzynowej i palę poza autem. Ma to trzy plusy:
1) wchłaniam mniej nikotyny i substancji smolistych, bo mniej palę,
2) oszczędzam pieniądze, bo mniej spalam papierosów,
3) wnętrze auta nie ma nieprzyjemnego zapachu, bo tapicerka i podsufitka nie chłoną dymu papierosowego.

Na koniec dodam coś humorystycznego, ale z nutą poważną.
Otóż, któregoś dnia pochwaliłem się niepalącemu koledze, że ograniczyłem ilość wypalanych papierosów.
– To o ile sztuk mniej palisz? – zapytał.
– Paliłem średnio 26 papierosów w ciągu doby, a teraz… 25, – odrzekłem.
– Ha, ha, ha,… zaśmiał się kolega.
– Dla ciebie kolego, – jest to śmieszne, ale zaraz ci udowodnię, że jest w tym ograniczeniu wymierna korzyść zdrowotna i oszczędność finansowa.
I przedstawiłem jemu następującą „wyliczankę”:
– skoro palę o jednego papierosa mniej w ciągu doby, to mnożąc przez 365 dni – rocznie palę o 18 paczek papierosów mniej. Cena jednej paczki, to średnio około 16 złotych. Zatem pozostaje w moim portfelu 288 PLN-ów. Za te zaoszczędzone pieniądze tankuję etylinę 98 do auta w ilości 54 litry. Na tej ilości paliwa mogę przejechać dość szybko i dynamicznie około 540 kilometrów. A to oznacza, że raz w roku mogę sobie pozwolić „za darmo” na wyjazd na trasę Toruń-Warszawa-Toruń plus przejechanie po Warszawie do 100 kilometrów.
– „Łooo” Matko Boska!!! –  wykrzyknął kolega, po czym spuentował, licząc w pamięci:
– A gdybyś tak całkowicie zrezygnował z palenia, to w twoim portfelu zostałoby 7300 PLN-ów rocznie, za które mógłbyś kupić 1377 litrów paliwa i przejechać na nim około 13770 kilometrów, czyli mógłbyś pokonać wymienioną przez ciebie trasę nie raz w roku, a co najmniej 25-krotnie, tj. na przykład 2 razy w miesiącu.
Potraktowałem jego wyliczankę dość poważnie, ale nie na tyle, by natychmiast zerwać z nałogiem palacza.

 

Około 10 lat temu byłem świadkiem dialogu, który zainspirował mnie do zrobienia takiego oto mema: 
 

 

A na koniec też coś o paleniu, ale z bardzo dużą dozą humoru.

 

Pozdrawiam wszystkich palących Niepoprawnych, którym marzy się rzucenie tego nałogu oraz życzę tym Niepoprawnym niepalącym, by… nie sięgali po papierosa.

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)

Komentarze

Bardzo sugestywny i szczegółowy opis Twego nałogu wraz z faktograficzna pamięcią faktów, której Ci zazdroszczę. Jak takiej szczegółowej pamięci niestety nie mam, ale historię palenia oczywiście tak. Ja zapaliłem pierwszego papierosa w wieku 10 lat, ale tata kazał mi się zaciągnąć, no i się porobiło... po prostu oddałem z siebie resztki jedzenia i przez następne 7 lat już żadnego nie zapaliłem. Później w szkole średniej (od 17 roku życia) już paliłem nałogowo i tak trwa z przerwą 3 letnią do dzisiaj. Szkoda, że wówczas po takim okresie wróciłem do palenia, no ale stało się. Teraz mam okazję, bo mam trochę spokoju w pracy zawodowej, która już nie jest tak stresująca jak wcześniej. A poza tym też finanse... już lepiej strzelić sobie browarka niż palić. 

Pozdrawiam serdecznie palacza

 

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

krzysztofjaw

#1611480

"Do chwili obecnej nie uruchomiłem tzw. silnej woli, by zerwać z tym nałogiem definitywnie, mimo podjętych kilku prób. Ale podczas tych prób niepalenia – nie potrafiłem być opanowanym i spokojnym. Po prostu byłem niemiłosiernie upierdliwy dla otoczenia – zarówno w domu, jak i w miejscu pracy.'...

Wiesz?. 

Czytając Twoje teksty mam wrażenie, że Ty ciągle jesteś na odwyku...

Ps. Może jako człowiek w okowach nałogu, nie zdajesz sobie sprawy z tego, że nałóg ogranicza Cię totalnie. Pozbawia Cię możliwości decyzyjnych, nie można tak naprawdę na Tobie polegać, Czlowiek owładnięt przez nałóg, nawet ten tytoniowy, to człowiek słaby i niegodny zaufania. Samo słowo "nałóg" dyskwalifikuje Ciebie pod wieloma względami.

Nie ma w tym odrobiny złośliwości. 

Życzę Ci powodzenia w walce z nałogiem, bez skutków "ubocznych" o których wspominasz w tekście :). 
 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-5
#1611481

... jestem pewny na 100 procent, że mimo iż nie jesteś nałogowym palaczem - masz takie "zwichnięcia" umysłowe, które kwalifikują cię do co najmniej kilkutygodniowej hospitalizacji na dość specyficznym zamkniętym oddziale szpitalnym. Dlaczego tak sądzę? Ano dlatego, że tylko taki palant jak ty potrafi oceniać drugiego człowieka (że jestem ograniczony, nie mam możliwości decyzyjnych, że nie można na mnie polegać, że nie można mieć do mnie zaufania itp.) - nie znając jego osobiście, nie pracując z nim, nie obcując przynajmniej okresowo. 

Ponadto,... tylko prostak taki jak ty nie może sobie poradzić z moimi tekstami, by je przeczytać ze zrozumieniem. W nich to bowiem "nie przelewam żółci" wobec bliźnich - dając tym samym upust rzekomej frustracji, co mnie przypisujesz,... durniu.

EOT!!!

Satyr 

P.S. 
1) Nie zaśmiecaj mojego bloga!  
2) Określenie "dureń" nie jest obraźliwe - jak napisał J. Tuwim. On to bowiem stwierdził, że to określenie jest diagnozą stanu umysłowego adwersarza.

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
-2

___________________________
"Pisz, co uważasz, ale uważaj, co piszesz". 

© Satyr


 

#1611482

Pomijam twój "kwiecisty" język, bo tu ci na pewno nie dorównam (zapewne lata ćwiczeń), natomiast przeczytaj sobie definicję nałogu, a może zrozumiesz, w czym tkwisz. A tkwisz w "szponach" nałogu. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki ten nałóg ma wpływ na twoje życie, ale skąd ty to masz widzieć ?. 

 

 

"Ale podczas tych prób niepalenia – nie potrafiłem być opanowanym i spokojnym. Po prostu byłem niemiłosiernie upierdliwy dla otoczenia – zarówno w domu, jak i w miejscu pracy.'...

 

Sam widzisz, opisujesz dokładnie to, co prezentujesz powyżej...

Z tego też powodu wybaczam, i życzę powodzenia w walce z nałogiem :). 

   

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-5
#1611485

Po tym tekście próbuję sobie wyobrazić minę studenta, który pozwolił sobie nie zgodzić się z tobą...

 

Kiedyś wykładowca akademicki , to była elita intelektualna narodu, a teraz ...

Słuchać hadko...

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-5
#1611503

zdrowie tracisz. Tracisz nie tylko swoje zdrowie, ale ściągasz choroby także na swoich najbliższych. Palący rodzice zatruwają organizmy swoich dzieci, które gdy dorosną stają się bardziej podatne na ten nałóg i chorują częściej na raka, astmę i inne choroby. Dają także swoim i innym dzieciom zły przykład. Do tego dochodzi problem zatruwania środowiska i jego szpecenie. Wstrętne pety z filtrami widoczne są wszędzie, na ulicach, chodnikach, a nawet na ścieżkach w lasach.

Kosztami leczenia palaczy obciążone jest całe społeczeństwo, także niepalący. Jedynym "plusem" jest skrócony okres wypłacania palaczom emerytury. Poniżej można sobie oglądnąć zdjęcia płuc palaczy i niepalących, oraz artykuł na temat szkodliwości palenia, które jest także przyczyną impotencji.

https://www.google.com/search?sxsrf=ACYBGNTqbpRsB025VE65M7zzDpfDdGmijA:1576099594083&q=pictures+of+smoker+lungs&tbm=isch&source=univ&client=firefox-b-1-d&sa=X&ved=2ahUKEwj68L3DxK7mAhUGV80KHazyD1kQsAR6BAgHEAE&biw=1920&bih=944

https://www.lung.org/our-initiatives/tobacco/reports-resources/sotc/by-the-numbers/10-health-effects-caused-by-smoking.html

 

 

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Bądź zawsze lojalny wobec Ojczyzny , wobec rządu tylko wtedy , gdy na to zasługuje . Mark Twain

#1611484

ja paliłem 37 lat, nawet ponad 2 paczki dziennie. Trzeba było mnie przestraszyć stanem zdrowia. Tak się stało. Nie palę od 11 lat.

Pozdrawiam walczących

Honic

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0
#1611527

Połowa lat 70-tych, od ok. 10 lat wypalałem po dwie paczki dziennie extramocnych (może nie sam, wówczas częstowało się ale ja nie korzystałem z innych papierosów, koledzy czasami próbowali moich). Podczas uzyskiwania tzw. "żółtego czepka" pływackiego wraz z dużą grupą Klubu Żeglarskiego, egzaminator zaproponował powołanie w klubie grupy ratowniczej po uzyskaniu stopni ratowniczych. Na egzaminie wstępnym trzeba było znaleźć i wyjąć spod wody o głębokości 2,5 metra (basen) 3 krążki oddalone od siebie o jakieś 2 m jeden od drugiego. Starczało mi powietrza na dwa. Pytanie egzaminatora - Palisz? = Tak. - "To albo papierosy, albo ratownictwo". Ubierając się w szatni ze złością wyciągnąłem kończącą się paczkę i nową już kupioną rzucając je na podłogę i ze złością depcząc. Po dwóch tygodniach bez papierosa ale z ostrymi biegami codziennymi, bez najmniejszego problemu i z zapasem jeszcze  powietrza wyciąqałem trzy krążki. Czasami chwytałem się na chęci zapalenia, a nawet, po paru latach bez papierosa, wypalałem parę sztuk przy alkoholu, z czasem zanikła chęć, a dzisiaj odstręcza sam zapach.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

antyleming

#1611584

... potrzebny jest impuls z zewnątrz, by rzucić palenie.
Chwała Tobie, że skorzystałeś z tego impulsu.

Dla mnie takim impulsem były treningi i starty w wyścigach kolarskich. Szkoda, że klubowe "zgrzyty" doprowadziły do tego, iż zaprzestałem uprawiać sport wyczynowo. A jazda rekreacyjno-turystyczna mnie nie interesowała.

Pozdrawiam,

Satyr 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

___________________________
"Pisz, co uważasz, ale uważaj, co piszesz". 

© Satyr


 

#1611588