Grodno, zbiegu okoliczności ciąg dalszy

Obrazek użytkownika Fedorowicz Ewaryst
Blog

Najdłuższe dni tego roku były w Grodnie prześliczne: słoneczne, bardzo (ale nie dolegliwie) ciepłe, no i dłuuuugie.

Ja jak zwykle mieszkam w samym sercu starego Grodna i flanuję odszukując (a bywa, że niespodziewanie odkrywając) interesujące (mnie przynajmniej) miejsca.

Jedynie na kościele pobernardyńskim nie ma już dumnego i napisanego po polsku świadectwa o 400 latach konsekracji tej katolickiej świątyni.

No cóż – rocznica minęła z końcem grudnia, następna w miarę okrągła będzie za lat 50, co znaczy i to, że ja jej już nie doczekam.

Ale na wieczorną msze do tego ulubionego, grodzieńskiego kościoła poszedłem.

W kruchcie od razu zwróciłem uwagę na leżące w widocznym miejscu dwie, stare książeczki: modlitewniki? Katechizmy? Śpiewniki?

 

 

Zacząłem je oglądać: to były Ewangelie i Dzieje Apostolskie (wydawnictwa jezuitów) oraz Pieśni Kościelne.

 

 


Wydane przed wojną, rzecz jasna z Imprimatur, a przedmowa do Ewangelii ma wymowę aktualną i dziś. Rzekłbym – szczególnie dziś.

Obie książeczki nie tyle nosił ślady, co świadczyły o ich wieloletnim i częstym używaniu.

Czyje ręce przekładały ich kartki? Kto się modlił i o co? Kto nad nimi płakał?

Przecież one były świadkami opuszczenia Grodna przez Wojsko Polskie we wrześniu 1939,

bohaterskiej i rozpaczliwej obrony miasta przed sowieckimi zagonami pancernymi przez uzbrojone w dwa działka przeciwlotnicze i butelki z benzyną pospolite ruszenie,

zdrady i dywersji miejscowych Żydów i Białorusinów,

zdobycia miasta i bestialstw sowieckich zwycięzców,

terroru NKWD, w tym czterech wywózek na Sybir lat 1940 1941,

zdobycia miasta przez Niemców i równie potwornego, germańskiego terroru lat 1941-1944,

ponownego zdobycia Grodna przez Sowietów,

ponownego terroru NKWD,

ponownej beznadziejnej walki, tym razem tamtejszych „żołnierzy wyklętych”,

wygnania zwanego repatriacją,

nieustannych od 1939 prześladowań katolików, czego puentą było już za Chruszczowa wysadzenie w powietrze gotyckiej, Witoldowej Fary, po której został tylko zakłamany pomniczek,


prawie dwóch dekad „zwykłych”, breżniewowskich represji,

chwili gorbaczowskiej pierestrojki zakończonej wybuchem polskości, znów przygniecionej przez przefarbowaną na nacjonalistów białoruskich starą nomenklaturę.

Odłożyłem te dwie książeczki na miejsce i poszedłem na mszę.

Odprawiał proboszcz.

Policzyłem – 130 wiernych, w różnym wieku, niekoniecznie starych. Przy mnie w ławce siedziała para może 20 latków.

Znów, jak przed rokiem modlitwy i śpiewy po polsku.

I czas zatoczył koło – na tacę zbierał ten sam ksiądz, który rok temu zaczynał posługę tej parafii i który chrzcił malieńko Walierie.

***

Następnego dnia poszedłem sobie przed południem na piwo nad Niemen.

Dlaczego przed południem?
A bo zaraz po południu wracałem do pojałtańskiej Polski, więc chciałem jeszcze lidzkiego piwa się napić

Nabrzeże imienia Józefa Jodkowskiego.
Kto zacz? A, taki Białorusin, podobnie jak Orzeszkowa, Moniuszko, Mickiewicz, że o Napoleonie Ordzie, Konstantym Kalinowskim czy Duninie-Marcinkiewiczu nie wspomnę.

Oni wszyscy Białorusini, i już. Taka u nich polityka historyczna, a jak ktoś nie rozumie, to mu w Biełsacie wytłumaczą.

Restauracja ładna, boksy w solidnej, drewnianej wiacie czyściutkie, obsługa kelnerska, duże piwo za 4 ruble, czyli niecałe 7 złotych (gdzie indziej, z eleganckim ogródkiem na głównym deptaku, czyli na Dominikańskiej /Sowieckiej włącznie, jeszcze taniej), widok na Niemen i Stary Zamek, który z każdym moim przyjazdem robi się coraz nowszy, bo zapadła decyzja o (budzącej dąsy purystów) jego rekonstrukcji, a na Białorusi jak jest decyzja – to prace idą pełną parą.

 

I proszę mi tu nie wierzgać, bo pamiętam „odwilżową” gierkowską decyzję o odbudowie nieporównanie bardziej zniszczonego Zamku Królewskiego w Warszawie, który raptem po 50 latach tak wrósł w pejzaż Warszawy, jakby był tam bez przerwy.

Pewnie i tak będzie z zamkiem w Grodnie, i pewnie ta jego dość dowolna rekonstrukcja też jest „odwilżowa”.

***

Do knajpki nad Niemen schodzi się przyjemnie – wraca się już trudniej, bo dość stromą drogą.

Na szczęście wracałem po jednym tylko piwie.

 

 

Skorciło mnie, żeby wejść jeszcze raz do kościoła pobernardyńskiego i sprawdzić, czy dwie książeczki jeszcze tam są.

Były.

Wyszedłem ze świątyni i nagle zobaczyłem siedzące na ławeczce 3 starsze osoby – mężczyznę i dwie kobiety.

Po chwili poznałem proboszcza (był „w cywilu”).

I wtedy doznałem olśnienia (no proszę, Niemen + słońce + piwo = olśnienie).
Podszedłem do siedzącej na ławeczce trójki, i zacząłem od przeprosin – że jestem po piwie.

Na co proboszcz się uśmiechnął i skomentował to tak, że piwo pite z umiarem to nic złego.

No to ja, poczuwszy się rozgrzeszonym, mówię że byłem wczoraj na wieczornej mszy, że odprawiał ksiądz proboszcz, a na tacę zbierał ksiądz wikary, który 13 miesięcy wcześniej przybył do tej parafii i że zwróciłem uwagę na te dwie książeczki w kruchcie
I że zaciekawiło (i zastanowiło) mnie, skąd się tam wzięły?

Rozmowa od razu się „skleiła”, a porozmawialiśmy sobie jak Polak z Polakiem, ale zrelacjonuję tylko wątek książeczek, bo tak uważam za stosowne.

Otóż proboszcz wyjaśnił mi, że to się nierzadko zdarza, bo na przykład właściciel (albo właścicielka) książeczki umarł i rodzina likwidowała mieszkanie albo jest wyznaniowo mieszana lub religijnie obojętna i do kościoła nie chodzi, ale przyzwoita i modlitewnika i śpiewnika nie wyrzuciła, tylko przyniosła.

Ja na to, że dziś jeszcze w kruchcie leżą.
Proboszcz, że z pewnością je ktoś weźmie, bo tak zawsze się dzieje.

Potem jeszcze zapytał, gdzie mieszkam, pokiwał głową, że dobra lokalizacja i podpowiedział, że siostry nazaretanki też mają u siebie pokoje, na co zapunktowałem, że wiem, gdzie to może być, bo naprzeciwko kościoła pobrygidzkiego (a wcale nie od razu wiadomo, że tam są siostry, ale ja mam oko reklamiarza i na szczegóły uwagę zwracam), ale wizyta u sióstr, która miała miejsce parę tygodni później, to kolejny temat na osobne opowiadanie.

Po pewnym czasie ksiądz proboszcz spojrzał na zegarek, na obie starsze panie i powiedział – no, czas na obiad.

Uścisnął mi rękę, ja obie panie rzecz jasna w rękę pocałowałem i poszedłem po bagaż, a potem – jazda na dworzec kolejowy.

cdn

-----------------------------

Informacja dla Czytelników: w związku z trollowaniem moich tekstów nie odpowiadam na żadne komentarze

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)

Komentarze

...o tej europejskiej Polsce, każdy coś potrafi skrobnąć, najczęściej bez sensu.

Marzy mi się wyjazd na kresy...ciągle jednak coś stoi na przeszkodzie...a może brak determinacji... a może ...a może...?

Pozdrawiam Pana Ewarysta, ściskam prawicę, podaję dłoń do ucałowania...."Ach, to może ostatni! patrzcie, patrzcie, młodzi,
Może ostatni, co tak poloneza wodzi!"

P.S. Siedziałam w szkolnej ławie z przemiłą  koleżanką, Haliną, która pochodziła z Grodna.

https://www.youtube.com/watch?v=DX64Vvtieec

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1607629

Zastanawiam się, co za bydło daje te minusy i czym się to bydło kieruje ?...

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1607667